JENSEN SPORTAG

 

"Jackie"
Koniu pisał kiedyś, że to kawałek, przy którym wszyscy ochoczo tańczą. Hmm, możliwe, ale jest to w sumie podejrzane. Aktywność duetu z Nashville (ale o co biega w ogóle?) sprowadza się bowiem do syntezy post-disco zadłużonego u Chic i ich epigonów z progresywnymi irregularnościami na modłę Yes. A jedyny odpowiednik takiej filozofii w ostatnich latach = Max Tundra. Rozpatrując sprawę w tym świetle, nawet jeśli proporcje komplikacji do groove'u są tu inne (Tundra w kategorii pojebstwa gra w jednej lidze ze Squarepusherem, mind you), to raczej muzyka "do słuchania" (nawet jeśli w gronie znajomych przy drinku), niż pląsów. A i wśród Jensenowych singli lepiej na parkiecie śmiga taki "Cocktease" czy "Power Sergio". Samo pierwsze wejście wokalu jest tak specyficznie przesunięte w stosunku do bitu, że łatwo się potknąć. Aha – najlepszy element kawałka: ta "syrena" odpowiadająca zaśpiewowi "city... city... city...".
(Porcys, 2010)

Stealth Of Days (2013)

Synth-pop jest opętany wiernością próbkowania od dobrych paru lat, rodząc mikro-gatunki na podstawie tego, jak duża chmurka audio pokrywa piosenki danej grupy. Korzeniami tkwiąc w sypialnianych nagrywkach, Jensen Sportag z łatwością połknęli konkurencję, będąc de facto chillwave'owym zespołem zdolnym wydusić dźwiękowe demony na brzegach amatorskich jakościowo nagrań. Ale w miejscach, gdzie niefiltrowane promienie słońca znajdują luki w chmurach, znaleźć też można piękno i ów kontrast dał Jensen Sportag nową, wartościową broń na ich pełnowymiarowym debiucie, nawiedzonym Stealth Of Days.

Ta nowa sztuczka jest wyraźna już od pierwszej nuty w "Rain Code", gdzie ostrą krawędź odtwarzanej od tyłu pętli zmiękczono ambientowym płynem i kruchymi dźwiękami elektro-akustycznymi, równie delikatnymi co porcelana. Dalej płyta szczebiocze wyczekująco między sfazowanym znakiem firmowym zespołu, a przejrzystością hi-fi, zanim nie spełni obietnicy openera w łamiącym serce "Bellz", w którym produkcja jest tak migotliwie lśniąca i świetlista, że ciężko na nią patrzeć bez mrużenia oczu. Kiedy twoimi głównymi tematami są przemijanie i śmierć, skrywanie emocji pod warstwami analogowego szumu jawi się wykrętem. Na Stealth Of Days Jensen Sportag pokazują, że ból śmiertelności może ranić nawet bardziej w jaskrawym blasku dnia, niż późną nocą.

Gdy pół roku temu didżejowałem standardy Kylie, Madonnę i Roisin na weselu kolegi, podszedł do mnie pewien blondwłosy Niemiec i z wyraźną satysfakcją zaczął szydzić, że to co gram to jakieś "gay mjuuziiik", po czym dodał łamaną polszczyzną, że "u nas w Berlinie to jest na imprezach TAKA muzyka" (pokazując gest "jest zajebiście" czyli przykładając zaciśniętą pięść do brzucha przy zgiętym łokciu). Jakkolwiek surrealistycznym doświadczeniem był zarzut o "gay music" na imprezie tanecznej, biorąc pod uwagę historię tego "medium", to może faktycznie istnieje coś, co dałoby się sklasyfikować jako "gay music" które jest "polityczne przez małe p" niejako z definicji, bez uciążliwego ideologizowania i ukontekstowiania sztuki. I nie wiem, ale może tym albumem jest właśnie Stealth Of Days - być może kolekcja gejowskich doświadczeń wyciągniętych z prawdziwego życia, literatury i zakamarków umysłu.

Może to właśnie Stealth Of Days daje głos postaciom, które nigdy nie miały szansy przemówić w swoim imieniu i uczuciom, które zbyt często są relegowane do pamiętników i listów pożegnalnych. Być może w sercu Stealth Of Days tkwi szczerze wielkoduszny komunikat, skierowany do tych, którzy zmagają się z przeciwnościami albo czują się samotni bez względu na osobiste okoliczności: nie jesteś sam i zaznasz chwil radości, które usprawiedliwią twoją walkę. Może to coś więcej niż płyta: hołd dla tych, którzy nie potrafią znaleźć spokoju, na który zasługują, i celebracja tych wszystkich, którym udało się przejść na drugą stronę. "Może po prostu zaczął oszczędzać". "Może".
(Porcys, 2015)