JAN JELINEK

 

Loop-Finding-Jazz-Records (2001, microhouse) 8.1

Może i kliki były elektroniczną modą jednego sezonu, ale ile wspaniałej muzyki zostało po tej modzie! Jeśli chodzi o redukcję aspektu stricte parkietowego ze zwyczajowego "cykania" muzyki house w obrębie microhouse'u, Jan posunął się chyba najdalej. Kontynuując zabiegi zapoczątkowane jeszcze pod szyldem Gramm, sympatyczny Niemiec uwolnił intymną muzykę taneczną od bitu, który teraz funkcjonował jedynie w naszej wyobraźni, domyślny, jakby naszkicowany przerywaną linią. Na pierwszy plan wysuwają się oleiste, słodkie krople gęstego syropu, ponoć wysamplowane z jazzowych winyli. Nikt wcześniej tak nie grał – deklarują znawcy tematu. Estetycznie bliższe ambientowi, choć zachowujące napięcie właściwe IDM-owym szkicom, niektóre z Jelinkowych impresji ("Them, Their", "Do Dekor", "Rock In the Video Age") ocierają się o błogość.
(T-Mobile Music, 2011)

Gdyby w momencie roztapiania kostki masła w piekarniku wstawić do środka mikroporty zdolne przetrzymać wysoką temperaturę i wychwycić atomistyczne drgania dźwiękowych fal jako odgłosy dające się opisać nutowo, efektem takiego procesu byłby ten krążek. Głębiej rozmyte niż single zebrane na Textstar, impresje wypełniające Loop-Finding to Jelinek at his most poetic & ambivalent – refleksyjny nastrój dominuje nad technicznym zapleczem, a pulsujące non-stop syntetyczne perkusjonalia nie dość że nie mają w sobie nic tanecznego, to jeszcze rezonują organicznie, niczym kod porozumiewawczy drobnych owadów. Środkowa, mistrzowska sekwencja płyty, od "They, Them", przez mój highlight "Them, Their" z kręcącą modulacją sygnału, po erotycznie migający "Tendency" (ta zmiana tonacji na 3:22 to blueprint dla Delaya na Present Lover oraz wszelkich pochodnych wykonawców) przypomina o charakterystycznej tylko serdecznemu Jankowi opcji: mimo, że przecież instrumentalne pejzażyki namalowane dość luźną łapką, utwory pilnują logiki "piosenkowej", ze stopniowym przeobrażaniem stadiów, repetycyjnym napięciem (a nie hipnozą) i actual "mostkami". Gdy nocami zmęczony siedzę za kompem pracując nad jebanymi updejtami waszej ulubionej witrynki, tego najczęściej słucham.
(Porcys, 2005)

Jan Jelinek avec The Exposures: La nouvelle pauvreté (2003, microhouse) 7.3

W pewnym momencie złapałem się na mimowolnej rytmizacji kończyn, wprost proporcjonalnej do przebiegu improwizowanych sączków dźwięku. Klarowne i rozpoznawalne dotąd elementy faktury ewoluowały stopniowo ku syropicznej, gęstawej magmie. Tuzin zdezorientowanych tańczących, zgromadzonych tuż przed hojnie obstawionym sprzętem podestem, zerkało po sobie otumaniałym od używek wzrokiem. Wygłodniali bardziej konkretnego bitu klubo-fanatycy wołali: "dawaj, Jasiu!" i "jelonek, czadu!", na co sympatyczny młody geniusz odpowiadał szczerym, poczciwym uśmiechem, nie rezygnując z automatycznych pionowych ruchów tułowiem. Pogrążałem słuch w absolutnie już wyciszonym, czarownym naparze. Jacek Kinowski, oparty jednym ramieniem o betonową, zaokrągloną ścianę, odezwał się zamyślonym, niedowierzającym tonem. "To jest niesamowite, koleś zahacza o jakąś metafizykę, rozważania o śmierci normalnie". Spojrzałem za siebie. Tej wczesno-majowej nocy około stu szczęśliwców, którzy zawitali do pewnego klubu przy ulicy Racławickiej, miało okazję obcować z absolutnie niezwykłym doświadczeniem, nawet, jeśli nie wszyscy o tym wiedzieli.

Przed koncertem staliśmy sobie we czterech, to jest Jacek właśnie, Michał, Tomek i niżej podpisany, naprzeciwko Jana i zadawaliśmy wszystkie pytania, jakie przyszły nam do głowy wobec tej nagłej, nieco fantastycznej scenerii. Jelinek jest przeskromnym, przeserdecznym człowiekiem, jak to zauważył Michał – nie do końca jakby zdającym sobie sprawę ze swojej wielkości. Może dlatego rozmawiał zupełnie swobodnie z czwórką obcych jeszcze chwilę wcześniej studenciaków, podczas, gdy dookoła powoli zbierała się publika na występ. Cała konwersacja potrwała półtorej godziny i w ciągu tego czasu artysta zdołał zahaczyć o wiele tematów. Mówił o swojej fascynacji jazzem (Sun Ra), hip-hopem (Slum Village) i o znajomości z Markiem Leclairem. Przyparty do muru prośbą o odniesienie się do swojego nowatorstwa, pochylił głowę nieco zawstydzony. Na każdy nasz komplement, czy pochwałę (które i tak nic przecież nie znaczą w kontekście jego muzyki), reagował uśmiechem i podziękowaniami. Nie omieszkałem, a jakże, dowiedzieć się o genezie i treści cudownego sampla dziewczęcego szeptu w "Farben Says: So Much Love", i już wszystko wiem, ale obiecałem Janowi nie zdradzać nikomu tego sekretu. Obgadaliśmy też Francuzów, polską emigrację w Stanach i parę znanych komercyjnych płyt. Ale był tam również wątek nowego albumu.

Będąc zupełnie dokładnym, trzeba zaznaczyć, że tak naprawdę najnowszym projektem Jelinka jest właśnie ukończony, czekający tylko na wydanie krążek – efekt kolaboracji z pewnym jazzowym triem (pianino, kontrabas, perkusja) z Australii, jakby kolejny odcinek serialu zapoczątkowanego przez Improvisations And Edits, zeszłorocznego wydawnictwa zrealizowanego we współpracy z japońskim elektronicznym tercetem Computer Soup. Brzmienie ocierać ma się o klimaty bliskie post-rockowi, co zresztą ma swoje źródło w zainteresowaniu Jana katalogiem firmy Thrill Jockey. (I uwielbia Sea And Cake, jak ja!) Zdaje się, że to wszystko jest jakiś szerszy proces, polegający na uwalnianiu się od micro-house'owych klisz, od wizerunku wykonawcy dub-techno. Potwierdził to Berlińczyk w rozmowie z nami, podkreślając rolę poszukiwania nowego soundu w swoich poczynaniach. I z pewnością La Nouvelle Pauvreté jest takim krokiem w stronę nieznanego, próbą redefinicji stylu. Ale przynajmniej ze względu na fakt sygnowania własnym nazwiskiem, fani będą porównywać płytę ze wcześniejszymi, solowymi dokonaniami mistrza, także tymi jako Farben i Gramm, i pozwolicie, że pójdę tym tropem.

Ok, a więc wiadomość pierwsza jest taka, że La Nouvelle Pauvreté to rzecz bardzo eklektyczna, złożona. Postawiona twarzą w twarz z Loop-Finding-Jazz-Records na przykład, wygląda jak odważny manifest krzyżówki stylistycznej. Podczas, gdy dotąd gość kojarzony był z równą, wypolerowaną powierzchnią (i osiągnął na tym polu absolutne mistrzostwo), teraz łatwo posądzić go o skłonności do "mieszania". Znamienny jest fakt użycia aż w czterech fragmentach ("Facelift", "There Are Other Worlds", "Trust The Words Of Stevie", "A Waste Land") głosu Jana. Bardziej są to przeszkadzające, denerwujące, niespodziewane wtręty o charakterze pół-pastiszu, niż natchnione wokale, jakimi znienacka popisał się na swojej drugiej płycie Max Tundra. Ważne w kontekście całości wydaje się też dłubanie w aranżacjach. Żywe instrumentarium – choć zatrudniane wyjątkowo ostrożnie i perfekcyjnie sklejone z syntetykami – jest wręcz wszechobecne. Wprawdzie czasem ciężko odróżnić sample od zwyczajnie zarejestrowanych ścieżek, ale wrażenie pozostaje.

Jednak uznajmy, że eksperymenty z fakturą doskonale spełniają się tu w formie pokazania, żartu. Bo esencją La Nouvelle Pauvreté są mimo wszystko utwory utrzymane w dawnej, dobrze znanej i kochanej, budyniowej konsystencji. "My Favourite Song" mogłaby zagościć na Loop-Finding ze swoją chłodną dramaturgią i rozkładającym balansowaniem na granicy rytualnej nostalgii. Słówko "song" w tytule jest jak najbardziej na miejscu, od kiedy Jelinek konstruuje swe kompozycje jak przemyślne, eleganckie piosenki. Zostawia miejsce na rodzaj "refrenu" i "mostka", przy jednoczesnym zachowaniu flow, który jednoznacznie kojarzy się z dubem. Podobnie wciągają "Trust The Words Of Stevie" (który bez tajemniczej recytacji także budziłby skojarzenia z Loop-Finding) i "Davos S (Trio 'Round Midnight)", statyczny, zbudowany jak miniatury wczesnego Briana Eno, ale też w swojej repetycji zmienny i żywy, w końcówce zalatujący kojącą jazzową estetyką.

Problem jazzowych źródeł Jelinka, notabene nadający się na temat pracy magisterskiej, albo co najmniej rocznej, otwiera nam drogę do analizy najbardziej kręcącego (w dosłownym znaczeniu) kawałka z La Nouvelle Pauvreté, "If's, And's And But's". Klamrą dlań jest sielankowa próbka smyczków, rodem niczym z beztroskich soundtracków do romantycznych filmów z lat sześćdziesiątych. Tymczasem kręgosłup utworu to średniego tempa groove z ledwo słyszalnym basem i klikami imitującymi zachowanie się w takim środowisku jazzowego perkusisty. Do połowy obcujemy z oszczędnym ubarwianiem głównego wzoru, przywołującym skojarzenia z fusion sprzed trzech dekad, ale zredukowanym do minimum. Następuje wartka akcja: jak zwykle nieoczekiwany motyw przejmuje wątek i narasta z całym dostojeństwem, a nie muszę chyba dodawać, że ten pan nie zwykł serwować słabych motywów. To w swej poetyce i ogólnym wydźwięku fragment najbliższy "tanecznej muzyce do snu" Textstar i pewnie stąd ma moje pełne poparcie.

Do rywalizacji o miano ulubionego kawałka z płyty może stanąć tylko "Music To Interrogate By". To rodzaj improwizacji, absolutnie jazzowej, ale wyegzekwowanej z taką ambiwalencją i sprytem, że można ją z powodzeniem testować na bywalcach parkietów. Pętelka kontrabasu i multikolorowe szelesty talerzy są kartką, zapisywaną wariacyjnie przez "kosmiczne" pianino. Efektem – duchowy trans, z odrobiną niesamowitości. Szkoda, że takie momenty nie przeważają na La Nouvelle Pauvreté... Cóż, pomysł z sygnowaniem albumu razem z wyimaginowanym ansamblem The Exposures pachnie mi lekkim brakiem wiary w samego siebie. Jakby Jan swoje niekiedy cholernie odważne pomysły bał się podpisać tylko swoim nazwiskiem; czysta psychologia. Transformacja i uwolnienie, o których tak chętnie artysta opowiada, kosztują z początku spójność i urok. Ale nawet gdyby uznać La Nouvelle Pauvreté za płytę przejściową, pomost między poprzednim i następnym jego wcieleniem, nie sposób nie docenić talentu człowieka, który niezależnie od aktualnych zainteresowań wciąż pozostaje jednym z prawdziwych geniuszy elektroniki.
(Porcys, 2003)

* * *

daaawno temu miałem okazję niezobowiązująco zamienić kilka słów z tym uroczym okularnikiem. i do dziś trudno mi uwierzyć, że tak skromny, niepozorny w sposobie bycia człowiek jest współodpowiedzialny za dyskretną, cichą rewolucję w świecie cykającej elektroniki.

Berlińczyk w dźwiękowych ekskursjach zbadał wiele nieodkrytych terenów. bounce'ował "w skali mikro", proponując rewers (albo lepiej: negatyw) formatu house'owego. kolaborował z fikcyjnym (Exposures) i prawdziwym (Triosk) ansamblem jazzowym. odkrywczo czerpał z medytacyjnej odmiany krautrocka i "kosmische musik". flirtował z glitchem i "czystym ambientem". niedawno sypnął też garścią remixów, które w bieżącej dekadzie mają niewielu rywali pod względem ożywczej dekonstrukcji.

jednak w każdym z tych wcieleń i pod każdą nazwą pozostawał nad wyraz pilnym, czujnym kompozytorem. a w minimalistycznych impresjach dotykał sedna, sięgając po brakujący element muzycznej materii, po niewytłumaczalny racjonalnie eter, po nieodgadnione "quinta essentia" techno-ekosystemu.

w tym roku Jan skończył 45 lat , a jego albumowa dyskografia nareszcie w pełni zagościła na Spoti. uczciłem to chronologiczną playlistą 50 ulubionych nagrań z jego obszernego katalogu.

moje top 20 (ileż długich wieczorów...):

1. So Much Love
2. Them, Their
3. Non-Relations
4. Heimkehr Der Vulgaren
5. Beautone
6. They, Them
7. Love to Love You Baby
8. Type Zwei
9. Live at the Sahara Tahoe, 1973
10. Do Dekor

11. Legends / Nugroove TM
12. Tendency
13. On the Lake
14. Helio
15. St. Moritz
16. A Concert for Television
17. Lucifer Rising
18. If's, And's and But's
19. Rock in the Video Age
20. Kader Dolls
(2016)