JAMES FERRARO

 

Son Of Dracula (2009)

Były członek projektu The Skaters mógł (i nadal może) sobie solo grać bubblegum-glam-core, plunder-lo-fi-pop, industrial-r&b-new-wage czy "po prostu" vaporwave, ale ta lista byłaby zwyczajnie niekompletna, gdybyśmy nie uwzględnili w niej reprezentanta nurtu niefiguratywnych, amorficznych, obskurnych, free-flowing DUMBIENT jams. I ten oto materiał spełnia wszelkie kryteria idealnie. Powiem tak: gdy miałem lat 7, to obejrzałem przez chwilę z dziadkiem fragment Nosferatu. Potem poszedłem spać i jak w pewnej słynnej recce "I slipped into a dream", ale niestety dalej nie było tak różowo. Wspominam to, bo słuchając tego krążka zostajemy spuszczeni ściekiem, w którym płyniemy razem ze wszystkimi groteskowymi koszmarami i zjawami, które nawiedzają podświadomość. To rzecz tak unfocused, że aż czyni z tego siłę, której wszelako należy się bać. Jak to kiedyś ujął nieco rozczarowany Gravity lider młodzieży Clifford Wednesday: "chciałbym zobaczyć przemielone, przewałkowane okolicznościami ciało gnane jakimiś pierwotnymi odruchami, wolałbym żeby jej się nie udało i żeby wszyscy tam się rozjebali w dwudziestej minucie filmu, a reszta byłaby jakąś medytacją z ich dryfującymi szczątkami". Z kolei kumpel ze studiów straszył przed kilkunastu (!) laty, że ilość informacji skumulowanych w necie musi w końcu zaowocować "przebudzeniem się świadomości". Zerkam więc na YT i widzę taki komentarz do Son Of Dracula: "dream simulacrum – floating between grotesque remnants of saturated human consciousness". W PUNKT. Parafrazując redaktora Nowo z głębokiej przeszłości: ja bardziej Son Of Dracula nie wiem niż wiem, i to jest inspirujące.
(Porcys, 2017)

Night Dolls With Hairspray (2010)

 

Miejsce:

Garbage Pail Studios (USA).

Lata studyjnej aktywności:
2010.

Kluczowe postaci i ich wkład:
James Ferraro, Olde English Spelling Bee, Air Head Entertainment Production.

Dlaczego właśnie ten album?
Kojarzycie poczucie gumy balonowej? Nie? A poczucie dietyloamidu kwasu D-lizergowego?

Dziura w stogu siana:
Koniunkturalizm (hypnagogia) nie wyszedł mu aż na takie dobre, jakiego oczekiwaliby fani.

5 esencjonalnych kawałków:
"Lipstick on Ants", "Killer Nerd", "Leather High School", "Dollhouse Frotteur", "Runaway".

Cytat do tweeta:
"So if you wanna sing along in a friday night’s bubble bath or stalk the midnight streets dressed as a baroque pervo in make up pick this one up, for Night Doll’s With Hairspray has it all!!!!!!!".

Format, którego wstyd nie mieć:
Oryginalnie płytę wydano na winylu, większość ludzi słucha jej pewnie z YouTube lub Bandcampa, ale najlepiej pasowałoby do niej edycja na kasecie – i to nie mangetofonowej, a VHS.

Influenced by:
R. Stevie Moore, Iggy Pop circa The Idiot, Black Sabbath, Flaming Lips do połowy 90s, Antonio Vivaldi, power pop, Andrzej Warchoł, Donatien-Alphonse-François de Sade, Byle Do Dzwonka (oglądałem codziennie!), erotyka klasy B z 70s (nie oglądałem codziennie!).

Influence on:
Dean Blunt, Eleventeen Eston, Unknown Mortal Orchestra, Yves Tumor, Eric Copeland circa Black Bubblegum.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Ariel Pink (doh!), Joe Knight, Outer Limits Recordings, John Maus, Gary War.

Coś jeszcze?
Legenda głosi, że James nie tylko lubił się przebierać i malować na Halloween. Otóż pewnego dnia, w czasach, kiedy James odkrywał siłę tkwiącą w glamie i obnosił się z nią, dostał od taty kostium, dzięki któremu mógł zmieniać się w maleńką lalkę. Tak maleńką, że musiał chodzić w pozycji przygarbionej, aby nie rozerwać na strzępy swojej nowej powłoki. Poszedł tedy Mały James do przedszkola z resztą rodziny OESB. Legendarność polega na tym, że obce mu dzieci, jakie tam spotkał wraz z ziomkami, pobiegły do najbliższego pracownika i zakomunikowały jak potrafiły, że jedna z lalek uciekła. Jakaż furia wstąpiła w Todda, założyciela wytwórni! Jął ciskać przedmiotami w przerażonych opiekunów sztucznie utrzymywanych zabawek; uspokoił się dopiero z przyjazdem funkcjonariuszy ochrony. James już nigdy nie przebrał się za lalkę.
(Porcys, 2017)

Far Side Virtual (2011)

Czasem w tym całym Suplemencie przychodzi moment, w którym trzeba sobie "odpowiedzieć na wielokrotnie wcześniej postawione pytanie" (czyli "czy mogłem zostać mistrzem świata" – Jan Tomaszewski, z książki pod tym samym tytułem, która też mnie bardzo ukształtowała, notabene, na etapie nauczania początkowego). To pytanie przewijające się we wstępie "serialu" i w paru innych jego scenach, między wierszami: czy coś pominęliśmy? Czy zdarzyły się karygodne braki w archiwum serwisu, zwłaszcza w optyce "relewantności", "zeitgeistu" i "wpływowości"? A jeśli tak, to które najdotkliwiej, i jak można je dziś zrefundować?

Odpowiedź musi być ambiwalentna. Z jednej strony "kurwa nie sądzę", bo nawet jeśli akurat redaktorzy zamulili ("fucking primadonna writers"), to przecież research co najmniej kilkunastoosobowego thinktanku na różnych piętrach wieżowca nie kłamie jak biodra Shakiry: świadomość nie śpi. Z drugiej jednak post-kultura doby "zaawansowanej sieci" przybiera kształty coraz bardziej amorficzne, nieuchwytne i nieraz "pismak niejeden nie wie, co to za ksywka" wykonawcy, którego dekadę później ogłaszali zbawcą i prorokiem. Innymi słowy coraz częściej "słuchać" nie równa się "słyszeć" i rubryka "on second thought" to też rodzaj suplementu.

Niegdyś dywagowałem z kolegą o tym, czy można przeoczyć jakieś istotne zjawisko penetrując rynek fonograficzny w stopniu ostro ponadprzeciętnym. A było to w epoce, gdy liczba wydawnictw "ogarnianych" przez biurowiec Porcys (w tym zawiera się nie/sławne "samplowanie" ichże) sięgała mocno kilkuset. Ba, w "korytarzowych" plotkach ocierała się nawet o tysiaka – aczkolwiek to dane, które chyba nigdy nie zostały oficjalnie potwierdzone – trochę jak mityczne DZIESIĘĆ BANIEK Solidarności (to kultowe "blisko 10 milionów członków", wciąż czekające na policzenie w "Wiadomościach") lub DJ Shadow samplujący Papsów na Endtroducing. Więc jak może coś przeciec przez palce przy tak rozległym, mrówczym researchu?

"Wam przeciekł Burial", uśmiechał się ciepło, acz odrobinę ironicznie kolega. Cóż, prawda nigdy nie leży pośrodku, ale tu akurat leży pomiędzy kategoriami historyczności i subiektywnie pojmowanej jakości. Nikt z nas nie przewidział, że te "germańskie rzygowiny na 1.0-3.5" (cytując ówczesnego redaktora MZ) okażą się tak centralne dla specjalistycznego dyskursu, otworzą nowe ścieżki interpretacyjne (Burial antycypujący wielki technologiczny fakap, Burial oddający dźwiękami obrazy Whistlera etc.). Aczkolwiek czytając ficzer FACT na 10-lecie s/t Bevana wciąż nie mogę się nadziwić jak z tak bliskich mi inspiracji (Mezzanine, jungle i drum'n'bass, Todd Edwards, deszcz w Blade Runner) powstało coś tak mi odległego.

I tu pojawia się niepokój, czy z dekady obecnej, jeszcze świeżej i niezastygłej, coś nam umyka. A raczej wiele niepokojów szczegółowych. Czy Laurel Halo coś odkrywa, czy ledwie recykluje 90sowe ambienty z echem proto-elektroniki w tle? Czy Dean Blunt samplując "Echoes" Floydów wyraża jakiś zeitgeist, czy po prostu przyznaje, że jest "wychowany na Trójce"? I czy Hype Williams chwilami nie brzmi totalnie jak Geogaddi, które w miesiącu premiery kupiłem w Media Markt i nie ma w tym nic mitycznego? Czy Actress NAPRAWDĘ serwuje soundy, jakich dotąd nie było, czy też writerzy techno "mają go na kuponie" ("to co on gra to jest jakaś dywersja!"). Haxan Cloak i Andy Stott są straszni czy tylko przerażająco komiczni? OPN faktycznie metakomentuje "obrzeża internetu" czy tylko za dużo nasłuchał się Klausa Schulze? Rustie to szalony modernista, czy w prostej linii akolita Daft Punk z Discovery?

Każdy ma swoje odpowiedzi i dopiero w ich konfrontacji, jako rzecze Cliff Wednesday, uciera się intersubiektywny konsensus, który następnie zapuszkowany trafia na sklepowe półki w dyskontach i ludożerka raczy się tym przysmakiem przez kilka dekad, aż pewien nadpobudliwy doktorek wykryje szkodliwy skład, podważając wieloletnią dietę podejrzanie otyłego społeczeństwa. "Na naszych oczach rodzi się historia". Aczkolwiek w tym krajobrazie James Ferraro wydaje się już postacią względnie bezpieczną i zalegalizowaną, a moim zdaniem wynika to z jednego, prostego, choć piekielnie odważnego ruchu. Otóż można być sobie centralną postacią kręgu "hypnagogic", królem złotym pasmowego sedesu (aka "no-fi"), wypuszczać dziełka tak zasłużone dla nurtu, jak choćby Last American Hero, Night Dolls With Hairspray, On Air, Son Of Dracula czy KFC City, gdzie często same tytuły przyprawiają o ciarki. I samo to zapewnia podziemny cred.

Ale nic nie przygotowywało na obrót o 180 stopni, a jednocześnie najbardziej logiczne i spójne wyjście z tego całego nawiedzonego podziemia, najsensowniejsze rozwinięcie o wyraźny "krok dalej" całej tej zajadającej już wtedy własny ogon hauntologii, którym było Far Side Virtual. Ferraro ryzykował, bo spora część fanów nienawidziła tej płyty za sprzeniewierzenie się mglistym ideałom. Lecz na poziomie w sumie banalnego i przewidywalnego konceptu materiał ów pozostaje nietknięty. Adaptację cyfrowych dźwięków codziennej konsumpcji ciężko podważyć, bo wedle słów samego artysty - on tu niczego nie kreuje, zaledwie rejestrując fikcję, w której i tak jesteśmy zanurzeni. A nawet gdyby oddelegować ten projekt do kategorii instalacji w MOMA, to z czysto muzycznego punktu widzenia samo przefiltrowanie przez MIDI pop-minimalizmu spod znaku Glassa i Nymana pachnie post-informacyjnym geniuszem. Sumując, "precedensu nie stwierdzono" (może poza relacjami z MŚ USA 94 - ....) i mogę tylko zakończyć sakramentalnym "Galeria Mokotów... zakupy i pełnia wrażeń".
(Porcys, 2016)

Human Story 3 (2016)

Że się powtórzę, pt. 2 – metamorfoza ostatniego amerykańskiego bohatera od post-Arielowego no-fi w pięciu smakach do manifestu vaporwave'u poczynając od Far Side Virtual pozostaje nietykalna. Dzieje się tak, GDYŻ metoda Ferraro na dobrą (?) sprawę niewiele różni się od strategii wczesnego Throbbing Gristle. Wspólny mianownik to postawa "reporterska" – wierne, dźwiękowe relacje z otaczającego nas świata. James dokumentuje – w największym skrócie – "realną fikcję" nieuchronnego uwiązania masowo użytkowej technologii z galopującą kontrolą korpo-demokratycznego systemu opresji. Abstrahując od warstwy stricte producenckiej (gość z grubsza "nosi cały vaporwave na barkach"), jego krytyczne, ale i przesycone gorzko ironicznym humorem spojrzenie doczekało się już swoich bezpośrednich naśladowców, vide choćby głośna "instalacja płytowa" mijającego roku czyli Disruptive Muzak niejakiego Sama Kidela (żart który PRAWIE mnie przekonał – brawa za podjęcie wyzwania).

Tu jednak zostawiam pole interpretacyjne akademickim onanistom, bo przestrzeń dla konfabulacji, nadużyć i lansu widzę równie ogromną, co szansę, że za kilkadziesiąt lat Ferraro zostanie zapamiętany jako szalbierz, który nabrał wiele tęgich głów na swoje tanie androny. Dlatego odniosę się do muzyki sensu stricto. Ferraro na HS3 "upiększa upadek", operuje groteską i krzywym zwierciadłem za pomocą własnej wizji midi-poważki, która ma wszelkie dane, by na długo zdefiniować mglisty dotąd teren "nieklasyki" ("non-classical", as in "non-musician" u Eno). Jego KOM-POP-ZYCJE budzą skojarzenia z minimalizmem (Glass, Reich, Nyman), ale także – jak podpowiadają znajomi – z różnymi odmianami new age (Oldfield, Sakamoto, Enya). I samo zagospodarowanie tej niszy, nawet bez uruchamiania aparatu kontekstowego, przemawia do mnie jaśniej, niż Sushi, NYC, Hell 3:00AM i Skid Row. Czy Ferraro "weźmie dalszą odpowiedzialność" za komentarz do przyśpieszonego rozkładu tradycyjnie rozumianego człowieczeństwa w obliczu nadchodzącej epoki Hyperloop, komputerowo sterowanych powietrznych taksówek i A.I. przejmujących etaty? Facet dopiero co skończył 30 lat i paradoksalnie ma sporo dystansu do swoich eksperymentów, więc coś czuję, że o ile nie zachłyśnie się swoją rolą, to jeszcze się z nim tutaj zobaczymy.
(2016)

Fanfare For The Boston Marathon 2017

Ekspresowo domykając pierwszy rok niezobowiązującego cyklu okrągłym, trzydziestym wpisem, zwracam nieśmiało uwagę na jedyny quasi-poważkowy moment mojego top 50 płyt 2017. Autorem tej pracki – NACZELNY TROLL post-hypnagogii, który po wygrzebaniu się (i "otrzepaniu") z lo-fi, współzdefiniował vaporwave, a następnie zanurkował w midi-klasykę i musnął skrzydełkiem geniuszu w ubiegłorocznyym Human Story 3. A w tym kwietniowym, bandcampowym nagraniu (digitalowa "epka"?) twórca Far Side Virtual po swojemu adaptuje i zapętla fanfarowy idiom po linii "Sinfonietty" Janáčka, co samo w sobie frapuje. Użytkowość aside, Ferraro oczywiście konsekwentnie kpi z jałowości muzyki programowej, po raz kolejny skutecznie demaskując "kłamstwo cywilizacji" na tak wybiórczym odcinku. I znów udowadnia, że nie ma dla niego granic – ani konceptualnych, ani dźwiękowych.
(2017)