Ja vs Pitchfork

 

O rankingu płyt lat 60. na Pitchforku

Schreiber z dumą ogłasza, że tym ficzerem zmieniają i poszerzają skostniały kanon lat 60. jeśli istotnie taki był zamiar, to mam tu drobną wątpliwość. rozczarowało mnie bowiem przesadnie luźne podejście do samego formatu albumu. 11 lat temu przy rankingu piosenek z 60s redakcja akcentowała wybitnie singlowy i mało płytowy charakter tamtej dekady, przy okazji zarzekając się, że raczej nigdy nie zrobią listy longplayów 60s (a jak zrobią, to wygra Revolver).

lecz kiedy już nadszedł ten moment, to ich główny trick (prawdopodobnie o silnym zabarwieniu społeczno-polityczno-kulturowym) polega de facto na wyniesieniu (zwykle czarnego) chart-popu do rangi długogrającego dzieła. i chociaż zawsze sympatyzuję z podobnymi gestami, to tym razem wydają mi się one lekko naciągane. czy naprawdę, z ręką na sercu, uznamy River Deep – Mountain High, Where Did Our Love Go, Leader of the Pack, La La Means I Love You czy Reach Out za wielkie ALBUMY, a nie single? :/ akurat znam te KRĄŻKI i cóż – to urocza koncepcja, ale chyba zbyt życzeniowa. jednak to tak nie działa. moim zdaniem wspaniały długograj to coś więcej niż, powiedzmy, dwa mistrzowskie hity i miłe wypełniacze trzymające solidny poziom, opakowane w ikoniczną obwolutę. a tak właśnie te nośniki traktowano na etapie produkcji. więc "nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych, nie bądźmy Pewexami". zresztą nie ma co tego wartościować, bo przecież w non-rockistowskim dyskursie nie istnieją "obiektywne argumenty" za tym, że album jest czymś "lepszym", "ważniejszym" od singla. ale każde medium rządzi się swoją specyfiką i próby "naginania" tych definicji rażą nieco tanim ideologizmem.

a samo zestawienie bez zaskoczeń. tradycja deprecjonowania muzycznych walorów Sierżanta z powodu jego konserwatywnego, mało kontrkulturowego rezonansu "sięga rodziny SFOŻÓW" – to samo próbował udowodnić już magazyn Q w 2000 roku i w sumie należy zrozumieć ludzi, którym wpajano nietykalną pomnikowość Pieprza na siłę. to trochę syndrom Ludwiga Vana u Gombro. a tak w ogóle to nie wiem, czy to bardziej powód do radości czy smutku, że po lekturze tej listy nie poznałem nic ciekawego. jak wyliczył "Tygodnik Kibica", z dwustu tytułów nie słyszałem wcześniej zaledwie ośmiu. i są to głównie rzeczy z kręgu bluesa/country/folku/gospel, a więc dość daleko od mojej "core'owej" estetyki (sprawdziłem, nic powalającego). a kiedyś panie to się poznawało mnóstwo super płyt dzięki rankingom dekady na Pitchforku. ale na to w moim przypadku już chyba za późno.
(2017)

O rankingu płyt 1998 na Pitchforku

garść wrażeń z tego FICZERKA... ranking na pewno spełnia swoją rolę, jeśli przyjąć transparentną zasadę, że chodzi tu mniej o walory estetyczne, a więcej o "naprawianie nierówności społecznych", parytety rasowo-płciowe i walkę polityczną "doby Trumpa". według takich kryteriów faktycznie Aquemini i Miseducation ciężko przebić (coraz częściej przywoływana kategoria "struggle"). pytanie tylko, kiedy w końcu redakcja otwarcie to przyzna i przestanie zasłaniać się "krytyką muzyczną", bo wielu starych czytelników wciąż się łudzi :) cieszy detronizacja In the Aeroplane oraz pamięć o solowym Hollisie, Maxwellu i Mouse on Mars. a z rzeczy które mnie rozbawiły? droga "od zera do bohatera" Boy With the Arab Strap (lol), sięganie po płyty "których nikt nie słucha" (HELLO Ray of Light) + ogólnie taka refleksja, że dzisiejszy Pitchfork bardziej przypomina "Tylko Rocka" z 1998, niż Pitchforka z 1998 (Adore, Is This Desire?, Sketches for My Sweetheart..., A Thousand Leaves). reasumując: niczego tu dla siebie nie odkryłem (pyszną selekcję rapsów – zresztą niekompletną – prezentował już choćby FactMag), a o "brakach"/uzupełnieniach nie będę nawet zaczynał – pod koniec roku i tak "zmaterializuję" je w formie własnej listy.
(2018)