J. K. & CO.

 

Suddenly One Summer

Parę lat temu "taka kochani krążyła legenda" po sieci – wraz z linkiem do "full album" na YouTube – że ten album to sixtiesowy odpowiednik OK Computer. Sztuczka polegała na tym, że po kliknięciu leciał utwór, który rzeczywiście wręcz łudząco przypominał natychmiast rozpoznawalny styl kwintetu z Oksfordu circa przełom MILENIJÓW. I nie tam jakieś dalekie, naciągane skojarzenia, tylko jakby IDENTIKO: futurystyczne efekty dźwiękowe, puszczona od tyłu pętla, która "zapierdala na taśmie jak jebany playback" (niczym w "Like Spinning Plates"), podskórnie wyczuwalna paranoja w melodyce, "atmosfera o konsystencji cementu"... No i GWÓŹDŹ PROGRAMU – głos wokalisty godny miana starszego o trzy dekady TIMBRE'OWEGO SOBOWTÓRA, podkręcony jeszcze reverbem niby z walizki Godricha. SUMA SUMARUM, rzecz brzmi cholernie KONTEMPORALNIE. Gdyby czas płynął wstecz, chłopaki mogliby śmiało startować w "Twoja Dupa Brzmi Znajomo" jako Radiohead i raczej wygraliby odcinek. Więc co? MOKUMENT? Głupi internetowy żart? Koncept-ustawka a la Science of the Sea? Nie, to AUTENTYK (Vienio & Pele). Niewiele wiadomo o kanadyjsko-amerykańskim projekcie, poza tym, że (czyżby urban legend?) niejaki Jay Kaye napisał i zaśpiewał te kawałki w wieku lat (usiądźcie...) PIĘTNASTU. Temat z rzeczonego "Fly" pełni na płycie rolę klamry, powracając też na sam finał. To co dzieje się pośrodku już raczej nie EWOKUJE RH (poza tym voice'em...), ale materiał wcale nie rozczarowuje i raczy nas popołudniowym art-popem, którego (podtrzymując analogie z przyszłości) nie powstydziliby się na przykład Grandaddy w szczytowej formie. Ciekawe, ile jeszcze takich jednorazowych strzałów kryje końcówka 60s. Strach się bać.
(2017)

 

JACK PENATE

 

Everything Is New (2009, new wave) 5.3

"Tonight's Today"
Młodzież może nie pamiętać, ale w roku 2005 był taki typ co się zwał Tom Vek i wydał jedną, za to jebaniutką płytkę We Have Sound. Nie ma co się śmiać – to było cztery lata temu, więc dzisiejsza osiemnastka wtedy była czternastką i interesowała się nie "indie", tylko… Właśnie, czym się zajmują czternastki? Nieważne. Chociaż Tom Vek nie był do końca "indie" – raczej widział siebie wśród najinteligentniejszych spadkobierców tradycji nowofalowej od strony Remain In Light, właśnie bez jakiegokolwiek elementu pozersko-lansersko-NME'owego. Boss, znaczy się. Człowiek, który otarł się najbliżej o "Once In A Lifetime" ze wszystkich naśladowców... Zresztą czemu ja się tu rozpisuję. Jackowi udało się wskrzesić identyczny klimat w tym nagraniu, to właśnie chciałem przekazać. ŹŹŹŹWIETNE.
(Porcys, 2009)

 

JACKIE MCLEAN

 

Destination... Out!

"Jackie, you yourself said it best when you said
There's been a break in the continuum
The United States used to be lots of fun
Back when the man and the myth
Of the sands and the cliffs
Composed a symphony to good works and better business"

Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością McLeana dzięki One Step Beyond. Uderzyło mnie wtedy, że gościu sam maznął liner notesy do własnej płyty, wikłając się w jakieś detaliczne analizy poszczególnych kawałków. Btw – chętnie zadedykowałbym je współczesnym stróżom bezpretensjonalności i self-indulgence. Albowiem nad tym wstępem, wydrukowanym z tyłu oryginalnego, winylowego wydania, unosiła się aura może nie tyle megalomanii, co lekkiego nawiedzenia, a może "pozytywnego zakręcenia". W każdym bądź razie ewidentnie zaabsorbowany sobą nowojorski saksofonista zakończył esej profetyczną wizją kolejnego dzieła, jakie chciałby stworzyć w podobnym składzie. Miałby tym razem obrać "nowy i uwolniony" kierunek. "Destination unknown..." (?). I jak obiecał, tak uczynił (nie omieszkając zwyczajowo pozwierzać się z tego faktu słuchaczom w kolejnym wprowadzeniu na rewersie obwoluty – urocze).

Wprawdzie z personelu pozostało tylko dwóch towarzyszy przygody, ale może właśnie tych kluczowych – puzonista Grachan Moncur III i wibrafonista Bobby Hutcherson. Pierwszy jeszcze znaczniej niż na poprzedniku zdominował Jackiego materiałowo, dostarczając aż 3 z 4 wyśmienitych utworów (i dlatego z mojego, kompozycyjnie-skrzywionego kąta widzenia, miałby w sumie większe prawo, by nazywać tę płytę "swoją", niż nominalny lider). Z kolei obecność drugiego była kontynuacją zamysłu McLeana o zastąpieniu fortepianu wibrafonem. Dzięki temu zabiegowi chwilami Destination... Out! mieni się proto-psychodelicznym blaskiem, w pół drogi między jeszcze wtedy nienarodzonymi "Set the Controls" Floydów i Buckleyem z Happy Sad. A zatem One Step warto znać, ale następczyni to nie jeden, a kilka kroków "poza". Przyczajony post-bop jako pre-post-rock – tyleż ambitnie progresywny, co wysmakowany i inteligentny w gładkiej ekonomii gestu.
(2017)

 

JACQUELINE DU PRE

 

Genialna (i też "prześliczna", jak u Skaldów niejaka Anna Wójtowicz) wiolonczelistka zmarła 30 lat temu po długiej walce ze stwardnieniem rozsianym. Była fenomenem, a niektóre z jej porywających, dość "idiosynkratycznych" i bardzo emocjonalnych wykonów to już abecadło popkultury, na podobnej zasadzie jak – dajmy na to – Bach w interpretacjach Goulda. W świecie poważki, gdzie w powszechnym odbiorze status solistów bywa trochę niejasny, Jacqueline stała się ikoną, postacią kultową. W jej repertuarze szczególne miejsce zajmuje Koncert wiolonczelowy autorstwa Elgara, z którego wideo zamieszczam niżej w wersji Philadelphia Orchestra pod dyrekcją Daniela Barenboima. A tak o utworze zdarzyło mi się kiedyś pisać na Porcys:
(2017)

Możecie kojarzyć Elgara dzięki jego Wariacjom "Enigma", w których sportretował muzycznie swoich najbliższych, wijąc wątki wokół "niewidzialnego", "ukrytego", tytułowo "zagadkowego" motywu. Ale to był Elgar wczesny, jeszcze od początku lotnictwa, a właściwie z przedostatniej dekady XIX wieku. Koncert wiolonczelowy to z kolei najpóźniejsze wielkie dzieło kompozytora, pochodzące z 1919 roku. Zaskakująco intensywnie mroczny i elegijny, nawiązujący do koszmaru zakończonej dopiero wojny, był utworem wtajemniczającym w zagadnienie śmierci. Mityczne wykonanie to: na instrumencie solowym Jacqueline du Pré, w tle Londyńska Orkiestra Symfoniczna, a całość zamachał John Barbirolli. Mało jest wykonań uważanych za "ultimate", bo, jak wiadomo, poważka opiera się na wyścigu wykonań. Ale to, co zrobiła wtedy du Pré (cholernie dosadna, wyrazista, "wczuta" jak Danuta u Władka, interpretacja) sprawiło, że niejeden wiolonczelista zawiesił swój instrument na kołku. Wirtuozka zmarła przedwcześnie z powodu choroby i często, na zasadzie "urban legend", wiązano te fakty, łączono kropki. Osobiście widzę tu jednak związek taki, jak między smutkiem Freddiego w słowach "I don't want to die / Sometimes wish I'd never been born at all" a jego AIDS.
(2010)
 

JAMES BLACKSHAW


James Blackshaw
22 października, Kraków

Wychodzi zaokrąglony, pogodny, zamyślony nieco gość z gitarą, przestraja ją co "numer", gra sam dla zgromadzonej milczącej ("zamurowało?") widowni, czasem się przywita i przeprosi za spóźnienie w imieniu brytyjskich linii lotniczych. I jest magia, a co głównie zaskoczyło – że w wersji live zarówno fragmenty Glass Bead Game jak i starszych albumów wypadają lepiej, niż na płycie. Jestem zwolennikiem teorii odwrotnej, zwłaszcza w kwestii wykonawców rockowych, ale James jest nie tyle potwierdzeniem reguły, co należy do nieco innego świata – bliższego poważki – gdzie stopień rezonowania dźwięku i wkład "ducha" w interpretację (nie mówiąc o bezcennym widoku z cyklu "ej, on to gra, naprawdę!") gra dość istotną rolę.
(Porcys, 2010)

 

JAMES BROWN

 

Live at the Apollo!

"Osiągnąłem to dzięki pełnej aktywności w życiu", rzekł 29-letni James w nocy z 24 na 25 października 1962 roku, po zarejestrowanym ze swojej inicjatywy występie w nowojorskim Apollo Theater. "Najciężej w szołbizie pracuję, wszystkiego przypilnuję, i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mi szpilki". Szpilka (taki bokser) jest od lat jedna, ale za to poważna. W zależności od punktu widzenia dramatyczny przełom zaserwowany przez Browna można uznawać za najlepszą bądź najgorszą rzecz, jaka przytrafiła się muzyce popularnej w XX wieku. Polegał on na przeniesieniu akcentu z melodyki na rytmikę, a dokładnie na nieokrzesany, pełen seksualnych podtekstów, spocony groove. Dzieje soulu, funku, disco i ogólnie r&b mają tu jeden ze swoich tekstów założycielskich. The Famous Flames (jak każdy band u boku J.B.) trzęsą się nierówno, ale gęsto i zawsze "do siebie". Pędzą na oślep, biorąc hit za hitem niczym płotki w rekordzie na 110 metrów. A James (DYNAMIT) hi(p)steryzuje niemiłosiernie, jęczy, skrzeczy, zawodzi. Te uniesienia wokalne zapożyczył wprost z atmosfery murzyńskich kazań w kościele (czytaj: gospel), niemal rytualne show było skrzyżowaniem sportowej gali z cyrkowymi akrobacjami, a dość groteskową osobowością sceniczną wskrzesił topos błazna, który na koniec okazuje się być prawdziwym bossem na królewskim dworze. I pomyśleć, że wytwórnia (notabene o nazwie King) wahała się z publikacją tego materiału. Śmieszne, dość.
(2017)

JANE BIRKIN

Di Doo Dah

Dla wszystkich miłośników Historii Melody Nelson to jakby naturalny ciąg dalszy, reboot, sequel, a może spin-off 🤔 W porównaniu do pierwowzoru wytrawnej urody Brytyjka już nie kwęka, nie stęka, nie chichocze, nie dopowiada słów nieletnim timbre – dla odmiany śpiewa tu wszystkie leady, jak na solistkę przystało. Same piosenki są bliżej konwencji, zawierają czytelny podział na zwrotki i refreny, z reguły mieszczą się w ramach stu pięćdziesięciu sekund. Warstwa literacka nie układa się w perwersyjną fabułkę. Ale reszta bywa łudząco podobna do poprzednika – to barokowe chanson z twistem. Repertuar dostarcza czterdziestopięcioletni już wtedy Lucien, kawał SKURWIELA na tym terenie. Sporadycznie pomaga mu Vannier, odpowiedzialny też rzecz jasna za markowe orkiestracje "pod prąd". Zawiłości kompozycyjno-tekstowe upraszcza sama Jane, "nieczęsto, niejednokroć" dla niepoznaki lawirująca szeptem między półtonami, odpowiednio tajemnicza i erotyczna, ale w nowo dojrzały, zdystansowany sposób. Kiedy true hipsterzy zrzędzą, że dziś takie płyty nie mogłyby już powstać, to niestety mają rację.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=GNP36h6QAZY (evocative moment: co tu się odgainsbourgowało w następstwach akordowych, to ja nawet... "they don't call me Serge for nothing, all of a sudden")
(2018)

 

JANELLE MONÁE

 

The ArchAndroid (2010, pop/r&b) !6.2

Ok, posłuchałem tego wreszcie. Sorry za frazes, ale ta retro-futuro opera to rzeczywiście w znacznej mierze "wyrób czekoladopodobny" - "czarna muzyka dla białych" i to nudziarzy. Z przydługiej powodzi owszem kompetentnych i zawodowo wyciosanych, acz zapominalnych i przez to zbędnych imitacji standardów r&b, soulu, folku, popu, rocka lub jazzu (czasem wariacko zmieszanych w obrębie jednego tracka) ocalało "Locked Inside" (Stevie circa "Golden Lady" przechodzący w latynoski jam a la Earth, Wind & Fire) oraz "Wondaland" (fikcyjna kolaboracja Gorillaz z Kylie) i to nie dzięki mimikrze soundowej, a zmianom akordów. Ja lubię eklektyzm, jeśli "koloryzuje" piosenki, a nie je "konstytuuje". Śmiesznie, że numer Barnesa nie pasuje do reszty swoją powyginaną kawalkadą glamowych zakrętów - i to też nic nie pomaga, bo brzmi jak odrzut z False Priest. Porównania z maksymalistyczną wizją późnego Outkastu (Big Boi jako szef operacji) ubliżają talentowi Andrego - The Love Below chrupie Janelle na śniadanie i popija kawą. Ech, nawet Yahzarah ją przebija, zresztą bez wielkiego budżetu i całej armii sidemeńsko-studyjnego personelu. Czy Monae jest taka fajna, bo wymawia "samsara" jak "some sorrow"? A kto tak nie wymawia? Świetny pomysł na wizerunek, mocarny głos, full energia, chodząca encyklopedia idiomów i fascynujący na papierze koncept. Lecz zbyt często przerost formy nad treścią i w rezultacie... wydmuszka.

JANUSZ SKOWRON


Zmarł Janusz Skowron. Kaskadowe pianino Tiritaki, hauntologiczne keyboardy w "I co z tego masz?", proto-vaporwave'owe pejzaże Yamahy DX7 na The Montreux Performance, ilustracyjne syntezatory na Roberto Zucco, piszczałkowe arpeggio w "Oh, Luczija!", olśniewająca kolorystyka (clavinet, akordeon) Obywatela G.C. czy (last but not least) elektryczne piano, Hammond, Polymoog i nawet puzon na Workoholic. Legenda "jazzu i muzyki rozrywkowej", R.I.P.
(2019)

 

JARVIS COCKER

 

Jarvis (2006, singer/songwriter) 4.7

Further Complications (2009, alt-rock) !3.7

Ja w ogóle nie wyobrażam sobie, że ktoś zasiada do płyty Jarvisa produkowanej przez Albiniego i mówi, zacierając ręce: "no, będzie się działo!". Zawartość krążka potwierdza wyobrażenia o drętwocie tej kolaboracji. Ciekawe, czy gość rozumie, że takich piosenek jak on pisze to było już miliard. Nic zatem dziwnego, że trafiają się plagiaty: "Pilchard" ("L.A. Woman" Doorsów), "I Never Said I Was Deep" ("Feeling Yourself Disintegrate" Lipsów) i "Slush" (Sonic Youth coś z Murray, ale płyta leży aktualnie u dziewczyny, więc tytuł uzupełnię wkrótce). A jedyny rozsądnie brzmiący numer, kończący "You're In My Eyes", to praktycznie Glass Candy, nie żaden Jarvis. Ale ludzie nie znają Glass Candy, to będą się jarać: "wow, Jarvis, zajebisty tune, normalnie David Bowie!". Rzygać się chce.

 

JARY BAND

 

"To co ważne"
Zdaje się, że ten numer pochodzi dokładnie z roku 2004, ale postanowiliśmy go wziąć pod uwagę, ponieważ... Posłuchajcie anegdoty. Pewnego letniego bodajże dnia w 2005 przerzucałem kanały spożywając lunch i natrafiłem na program "Randka W Ciemno", który możecie kojarzyć. Ja też kojarzyłem, ale nigdy nie śledziłem ewolucji tego programu i zaskoczyło mnie, że funkcję przerywnika między wybieraniem kolesia przez laski i wyberaniem laski przez kolesi pełnią teraz gościnne występy grup muzycznych. Miałem akurat okazję oglądać odcinek, w którym prowadzący zapowiedział formację Jary Band byłego lidera Oddziału Zamkniętego. Kamera zrobiła efektowny najazd na grupę i natychmiastowo wiedziałem czego się spodziewać: bluesujące progresje, kaczka gitary, chrypiący "rockowo" wokal, tja. Mogliby se darować. I wtedy gość zapodał takiego hooka, że opadła mi szczęka. Niestety nie zapamiętałem ani słowa z tekstu, więc szukając info na temat piosenki w necie miałem utrudnione zadanie. W końcu trafiłem na "To Co Ważne" z solowej płyty Jaryczewskiego Vinyl. I teraz dylemat kwartału: czy właśnie *to* grali w "Randce", czy coś innego? Ciężko mi stwierdzić pod przysięgą. Na 45% to. Heh. Ale nawet jeśli nie, to okazja wyśmienita żeby wzmiankować faceta, bo zrobił na mnie wrażenie – w swojej niszy stylistycznej i z zerowym image'm frontmana po przejściach nie miał PRAWA zrobić już niczego porywającego. A zrobił, i ten singielek też jest ok.
(Porcys, 2006)

 

JAVIERA MENA

 

Mena (2010, pop) !6.8

Dziewczę samo sobie "żeglarzem, sterem i okrętem" (pisze, aranżuje, śpiewa, produkuje) i z grubsza udaje chilijską Annie ("Hasta La Verdad"), co idzie jej nieźle, ale jeszcze barwniej wypadają wyskoki stylistyczne - radio Kalifornia (Fleetwood Mac circa Mirage) w openerze "Ahondar En Ti", przepiękna ballada "No Te Cuesta Nada" czy księżycowa keyboard-pościelówa closera "Un Audifono Tu, Un Audifono Yo".

 

JEFFERSON AIRPLANE

 

Surrealistic Pillow

SOFOMOR tej ferajny z Frisco zwykle identyfikujemy "w dwójnasób" ("komentowaliśmy ten mecz w dwójnasób..."). Po pierwsze jako synonim głupawego, naiwnego, stereotypowo "hippisowskiego" lata miłości, co bezwględnie wyszydzał na bieżąco Zappa. A po drugie jako objawienie Grace Slick – atrakcyjnej, utalentowanej songwriterki, wokalistki i pianistki, która bodaj jako pierwsza przełamała tabu "kobiet w rokendrolu". Ale ciekawsze wydaje się to, że z pomocą producenta Ricka Jarrarda zespół uosabiający na scenie narkotyczną podróż został studyjnie WYPOLEROWANY, co według wielu fanów zabrało mu spontan i część energii. Dyskusja filozoficzna – czy istotnie "perfection isn't perfect", czy może w rezultacie każdy indeks to "cukiereczek". Tyleż staroświeckie, co wciąż mocarne hooki Slick ("White Rabbit" i "Somebody to Love") są dziś trochę jak "Meller w punkt", ale album tracki kryją dobroć – hipnotyzują folkowe winietki (Stina Nordenstam spapugowała tytułowy na And She Closed Her Eyes z "Comin' Back to Me"), a np. w końcowym "Plastic Fantastic Lover" słychać wstawki proto-rapowe. Yup. Go figure.
(2017)

 

JENNIFER PAIGE

 

"Crush"
"Not like I faint". Gdy myślę o "Crush", natychmiast dźwięczy mi w uszach ta fraza. W ogóle one hit wonder Paige posiada wiele walorów. Plastyczną, hollywoodzką (w przenośni i dosłownie) produkcję. Fantastycznie rozegraną panoramę wokalnych nakładek. Pyszne studyjne tricki w rodzaju przyśpieszających nabić bębnów przed refrenem. Wzrastającą dramaturgię zwrotki, znajdującą emocjonalne ujście w ckliwym refrenie... Ale jeśli miałbym zredukować "Crush" do jednego kluczowego elementu, byłby nim bosko zawahany, nieodgadniony, strachliwie desperacki zaśpiew "not like I faint". Typowy przypadek niepozornego niuansiku, który w sumie "robi" numer – to znaczy transferuje nominalnie przeźroczyste adult contemporary do ekstraklasy sophisti-popowych skarbów.

Nie tylko kompozycyjnie jest to najmocniejszy fragment (ten zwrot melodii "rozjaśnia" watpiący nastrój całości "że jak siemasz"). Rozwiązuje on też kwestię interpretacji tekstu. Pamiętam jak MTV katowało teledysk, sprzedający "Crush" jako balladę o namiętnym romansie, który nie rozwinie się w nic poważniejszego, bo chociaż chłopak jest na maksa zadurzony, to dziewczyna trzyma go na dystans, traktuje przelotnie i ostrzega przed zbytnim zaangażowaniem. "Nie żebym mdlała za każdym razem kiedy się dotykamy", oznajmia. I dodaje po chwili "wszystko co mogę ci obiecać to... może". Haczyk polega na tym, że ona mówi to do siebie – sama się oszukuje i próbuje przekonać, że wcale jej tak nie zależy, bo tak naprawdę przeczuwa poważną miłość "na zawsze", a boi się zaangażowania.

Zauważmy, że "not like I faint" jako jedyny fragment tekstu zostało zaśpiewane inaczej niż reszta. Jakoś tak nosowo, na dziwnej, niezrozumiałej granicy łkania. Tak, Jennifer Paige śpiewa "nie żebym mdlała" w sposób taki jakby trochę w tej sekundzie... mdlała. Andy Goldmark i Jimmy Bralower to czujne gamonie. Wychwycili unikatowość frazy "not like I faint" i jeden raz wypuścili ją osamotnioną, na tle chórka (2:50). To nie tylko najlepszy moment kawałka, ale i jedno z najbardziej niezwykłych zdarzeń w komercyjnym popie lat 90-tych. Konkretnie dzięki niemu "Crush" idealnie portretuje incepcję uczucia – tę niepowtarzalną chwilę, w której nagle zdajemy sobie sprawę z nieuchronnego już zakochania, choć jeszcze nie umiemy przyznać tego wprost słowami.

I ona jeszcze śmie mi tu śpiewać "let's not overanalyze, don't go to deep with it, baby". Jak na utwór, który przez to "not like I faint" doprowadza mnie do podobnego rozedrgania, co najkruchsze lamenty Kozelka – to niezła, w mordę, bezczelność.
(Porcys, 2012)
 


JENS LEKMAN


"The Opposite of Hallelujah"
Z cyklu zajebiste kawałki, których nie zmieściłem w top 250 lat dwutysięcznych: moja ulubiona piosenka Belle and Sebastian. "You don't know what I'm going through" = jeden z najmroczniejszych wersów dekady. Zawsze mam ciarki przy tym. Precyzyjnie, po cobainowsku odmierzony dysonans między muzyką i tekstem. 
(2011)
 

JERZY MILIAN

 

Baazaar (1969)

Polskie słowo "bazar" pochodzi z tureckiego (tam wymawiane chyba przez "p") i oznacza mniej więcej targowisko, ale nasze, słowiańskie, bezsłoneczne, deszczowe i chłodne pojęcie o targowisku bliższe jest chyba targowicy, niż temu, co kryje się za nieuchwytnym, sekretnym powabem południowo-wschodnio-europejskiego "baazaaru". Nie byłem w Aszchabadzie, ale dla odmiany byłem niedawno w Skopje, gdzie mieści się Stary Baazaar czyli drugi w kolejności największy bałkański bazar po Stambule. I zaprawdę powiadam Wam, że rozpostarty na lekkim wzniesieniu, pełen tajemniczych skrótów między straganami, zaklętych uliczek, skonstruowany nieco jak labirynt Stary Baazaar w stolicy Macedonii – zwłaszcza pilotowany przez chętnego do pomocy i przewodnictwa lokalsa – jawi się miejscem, w którym łatwo się zatracić. Malownicza feeria barw, sugestywna symfonia smaków i zapachów oraz łaskoczący ucho gwar przechodniów reprezentujących oczywiście tak wiele narodowości, ile pomieszkuje w FYROM (a więc niemało) składają się na tygiel obezwładniający bogactwem doznań zmysłowych. Podobnie nieco ponad półgodzinny Baazaar, dzieło życia poznańskiego koryfeusza modern jazzu – ono również imponuje kolorowym wachlarzem tropów, a do tego kusi subtelną nieprzewidywalnością, znienacka prowadząc ku zakamuflowanej, niedopowiedzianej narkotyczności. A mówiąc po ludzku, ta płyta jest trochę jak nocny, międzyimprezowy, spontanicznie zszamany kebs z Efezu na Saskiej, obowiązkowo w wersji z hummusem i mieszanym sosem, którego intrygujący impakt pozostaje w konsumencie znacznie dłużej, niż byśmy tego oczekiwali.

Wprawdzie "Memory of Bach" Komedy (u którego Milian terminował) zaczyna krążek całkiem konserwatywnie (i wzorcowo w tym temacie), prowokując do porównań z afroamerykańskimi tuzami w rodzaju Hutchersona czy Milta Jacksona (wiele lat temu sporo słuchałem Fontessy, więc mi się kojarzy, c'nie). Szybko jednak pan gospodarz przejmuje kompozycje i zabiera nas w egzotyczną podróż, zdradzając skłonności hipnotyczne, a ostatecznie i wprost psychodeliczne. Już z samej biografii JM można sporo wywnioskować, że skoro zaczynał jako pianista, studiował kompozycję i na boku maluje sobie ikony, to jego styl wibrafonowania niekoniecznie musi należeć do najgeneryczniejszych. Ale frazowanie na vibesach swoją drogą, a spektrum penetrowane przez trio wspierane sekcją Jacek Bednarek & Grzegorz Gierłowski swoją. Jeśli sięgający znienacka po marimbę (jak w rewelacyjnym "Rewelacyjnym Luciano") lider zahacza nagle o proto-indonezyjskie rytuały zgromadzone na składakach typu Bali: Music From The Morning Of The World, jeśli gościnny flet Janusza Mycha i abstrakcyjne żeńskie wokalizy Ewy Wanat mimochodem mrugają znacząco do Reichowszczyzny ("Szkice Ludowe"), a numer quasi-tytułowy niewiele odróżnia od wydanego ledwie rok wcześniej przećpanego transu "Set The Controls For The Heart Of The Sun" Floydów (mówię o wersji studyjnej), to jakby żarty w tym momencie się kończą. Aha, zdaje się, że w tym roku jest w ogóle jakiś revival i lans na pana Jerzego. "Good... Well done...".
(Porcys, 2014)

 

JESSIE WARE

 

Devotion (2012, sophisti-pop) !6.9

Sade > Lisa Shaw > Jessie Ware. Niby TEMAT RZEKA, ale generalnie to TYLE W TEMACIE.

 

JESU

 

Nic się nie działo przez następne pół godziny, więc zasiedliśmy na usytuowanych bokiem do sceny miejscach siedzących amfiteatru ATP i czekaliśmy na wejście dwóch smutnych facetów sygnowanych nazwą Jesu. Jezu, jakie to było dołujące. Nie mówię, że złe, ale hiszpański gamoń układający grafik trochę chyba przyspał przesłuchując sampler tego projektu. Jedyna możliwa pora na prawidłowy odbiór tych mrocznych, egzystencjalnych wyziewów na przecięciu Tremolo MBV i "Hero Of The Day" Metalliki to ciemna zasrana noc i to najlepiej w klimatycznym namiocie przy świecach. Tomasz Beksiński się wkrada, a tymczasem pogoda była turystyczna – wakacje, jesteśmy na wczasach, słoneczko przypieka, woda lśni błękitem, niebo rozmarzone... Ocenę wystawiam obiektywnie, bo niby sami muzycy nie są tu niczemu winni, ale ten kwadrans nazwałbym ciężkostrawnym.
(Porcys, 2009)

 

JJ

 

jj no 2 (2009, balearic) !4.4

Ja pierdolę, jakie nudy! Ale ktoś się tym serio zajawia czy szwedzkie labele wykupiły wspólnie karnet na wysokie noty w amerykańskich serwisach? Od kiedy to "produkcja" = "muzyka"? Rozumiem Studio, rozumiem nawet Air France, ale te mierne smęty? Żarty jakieś.

jj no 3 (2010, balearic) !5.4

Nauczyli (uczą?) się pisać pół-piosenki ("Let Go", "You Know").

 

JJ72

 

I To SKy (2002)

Jestem cholernie wkurzony. Otrzymałem na parę dni egzemplarz nowej, drugiej płyty irlandzkich małolatów z JJ72, pod tytułem I To Sky. Przed oddaniem zamierzałem sobie rzecz przegrać na CDR. Po co? Żeby mieć, na pamiątkę, do kolekcji. (Niekoniecznie będę do tego albumu wracał, ale zawsze mieć warto.) No, jeśli takie tłumaczenie nie bardzo was przekonuje, to powiedzmy, że wchodząc w posiadanie kopii I To Sky, byłbym następnie w stanie przegrać jeszcze jedną kopię i wysłać ją redakcyjnemu koledze, w celu takim mianowicie, aby napisał on recenzję rzeczonego krążka. Takie były zresztą plany. Ale nie, dysk odmówił posłuszeństwa. Zachowywał się tak, jakby go w ogóle nie było. Komputer nie chciał go przeczytać. Patrzę, a na okładce widnieje: "Will not play on PC". Fuck. Firmy płytowe i artyści bronią się przed plagą CDRów. W efekcie I To Sky mam na kasecie, a tak nisko, żeby przesyłać recenzentom MCR, jeszcze nie upadłem. Stąd ta cała recenzja.

----- Original Message -----
From: Jędrzej
To: borys
Sent: Saturday, September 21, 2002 12:02 AM
Subject: Re: JJ72


>aha, byłbym zapomniał: jak tam twoje układy z grupą JJ72?

niezbyt mnie przekonują, mam ich debiut i trochę za mało od siebie
dodają na mój gust. a ten nowy singiel również kiepawy mi się wydaje...
w porównaniu do innych kapel (no jak choćby sp czy placebo) nie ma porównania, heh

Hehe. Że za mało dodają od siebie, to jasne. JJ72 są jedną z tych grup, które właściwie nic nie dodają. Tylko świeżość, polot, rodzaj młodzieńczego zaangażowania. To są dzieci jeszcze, więc pewne sprawy traktują nadzwyczaj poważnie. Czarna tonacja towarzyszy im nieustannie, zaczynając od okładki pierwszej płyty, przez preferowane kolory ubrań, na tematyce utworów kończąc. To tacy egzystencjaliści, naturalnie, jeśli można być egzystencjalistą mając dwadzieścia lat i sprzedając mnóstwo płyt na całym świecie! Załóżmy, że wzorowanie się na Mellon Collie And The Infinite Sadness, oraz Without You I'm Nothing jest cnotą bardziej, niż przewinieniem. Wtedy JJ72 czeka "po żywocie rajski przebyt". (Przepraszam wszystkich, ale jeszcze nie mogę się otrząsnąć po niedawnych zajęciach poświęconych "Bogurodzicy".)

Mówiąc o kiepawym singlu, znany w pobliskich rejonach redaktor Porcys (pseudonim "pogański chemik", dla przyjaciół "Ctrl+C Ctrl+V") miał na myśli kawałek "Formulae", który, zaiste, promuje I To Sky. Kłopot w tym, że o ile jak najbardziej jest on kiepawy, to jednak na tle reszty wręcz wyróżnia się swoją spójną melodyką. Pozostałe numery w większości gubią niemały wcale potencjał i prowadzą do nikąd, choć wierzę, że mogło być inaczej. Czar takiej muzyki, jednorodnej, monotonnej w wyrazie, powinien chyba tkwić w konkretnych piosenkach, a te niestety na I To Sky nie przekonują. Oczywiście, płyta potwierdza jakieś tam aspiracje grupy, ale wydaje się, jakby sympatyczna trójka z Dublinu za bardzo chciała coś osiągnąć, a tymczasem chęci pozostają chęciami.

Hej, to nie tak, że fanom JJ72 się I To Sky nie spodoba. Sądzę, że dla wielbicieli debiutu będzie to atrakcja – posłuchać czkającego głosu i drżących gitar Marka, równego basu Hillary i hipnotycznych bębnów Fergala. Brzmi całość bardzo porządnie – zasługa pewnie Flooda (produkcja) i Alana Mouldera (miks). No a raz na parę minut zdarzy się taka "7th Wave", naprawdę zajmująca próbka dużych możliwości tercetu. Ale ogólnie musiałbym powtórzyć za Michałem: "przeciętne granie". Kto wie, może JJ72 uwolnią się od wszechmocnych wpływów Smashing Pumpkins, Placebo i Nirvany. Może nagrają kiedyś wspaniały materiał. Zobaczymy. Na razie bardziej mnie jednak interesuje, dlaczego do cholery niektórym płytom wytwórnie zakładają blokady. Co to jest, kurde, "Ophrah Winfrey Show"?!
(Porcys, 2002)

Już nie nastolatkowie, ale wciąż młodzi Irlandczycy kontynuują na nowym wydawnictwie drogę obraną na uznanej pierwszej płycie. I To Sky ma być ponoć określeniem idei ogólnej ucieczki od spraw przyziemnych ku wielkim. Ucieczki wraz z muzyką.

Rockową, gitarową płytę otwierają niepozorne akordy pianina. Pomysł mógł Mark Greaney podpatrzeć u swych największych mistrzów, Smashing Pumpkins, którzy podobnie zaczęli Mellon Collie And The Infinite Sadness. Zaraz jednak pojawia się głos Marka, gdyż Nameless to nie instrumentalna impresja, lecz krótka, smutna ballada. Dobrze wprowadzająca w świat JJ72, który do najweselszych nie należy. Później dominują już zdecydowanie gitary. Raczej o monolitycznym, niż bogatym brzmieniu. Zabieg to chyba celowy. Najważniejszy jest tu przecież sam Mark, śpiewający w sposób aktorski i zaangażowany. Przynajmniej takie robi wrażenie. Porównanie do wokalu Billy Corgana jest chwilami nieodzowne.

Serpent Sky i Half Three odsyłają natomiast do mrocznych interpretacji Briana Molko i w ogóle do ostrzejszych elementów w twórczości Placebo. W takich chwilach furii JJ72 radzą sobie chyba lepiej, niż w wolnych, zrezygnowanych pieśniach. Ważne są też melodie. Sądzę, że stać ich na więcej, ale kilka kompozycji może się podobać. Singlowy Formulae to najbardziej przebojowy tu temat, z charakterystycznym echem gitary w roli patentu, dzięki któremu kawałek się zapamiętuje. Znakomicie wypada też 7th Wave, w którym muzycy chcieli podobno wyczarować klimat adekwatny do tytułu i naprawdę im się to udało.

Gdy zapytałem Marka o główną jego zdaniem różnicę między I To Sky, a debiutem, odparł nieco wymijająco, że nowe teksty są mniej osobiste, że teraz chce bardziej komunikować się z odbiorcą. To się zgadza. Trochę żałuję jedynie, że podobna przemiana nie nastąpiła na gruncie muzycznym. Ale JJ72 dopiero zaczynają, mają czas. Zobaczymy, w którym kierunku podążą. Czyżby kolejne dwa lata czekania?
(Tylko Rock, 2002)

***

WYWIAD Z JJ72

 

Pochodzące z Dublinu trio JJ72 dwa lata temu zapisało się w świadomości szerszego grona słuchaczy dzięki udanej debiutanckiej płycie. Teraz, w atmosferze sporych oczekiwań ze strony mediów, formacja powraca z nowym albumem I To Sky. Przy tej okazji rozmawialiśmy z liderem, wokalistą i gitarzystą grupy, Markiem Greaney.

Rozmowa z Markiem Greaney:

– Chciałbym rozpocząć od pytania o nazwę waszego zespołu. Co właściwie oznacza JJ72? Powstało na ten temat wiele teorii... Może teraz zdradzisz wreszcie dlaczego nazywacie się tak, a nie inaczej?

– (śmiech) Nie, chyba nie. Chyba pozostawię pole do popisu naszym biografom (śmiech). Geneza samej nazwy jest prosta. Fergal (Matthews, perkusista grupy – przyp. bd) i ja wymyśliliśmy ją jeszcze w szkole, jako roboczy tytuł wspólnego projektu. Spodobała nam się jednak na tyle, że pozostawiliśmy ją na stałe. To wszystko.

– Powiedz coś o początkach JJ72.

– Cóż, nasze pierwsze spotkanie było dość nietypowe... Hillary (Woods, basistka formacji – przyp. bd) była tancerką w przedstawieniu, w którym ja również uczestniczyłem, jako skrzypek; Fergal natomiast zasiadł na widowni. Tak los zetknął nas ze sobą. Chociaż skłamałbym, gdybym powiedział, że nie widzieliśmy się wcześniej na oczy – wszyscy mieszkamy niedaleko siebie w Dublinie. Mając z Fergalem zalążki rockowego zespołu, szukaliśmy kogoś grającego na basie. Nagle olśniło nas – Hillary! Wiesz, w wielu fajnych kapelach na basie grała dziewczyna. Smashing Pumpkins, Sonic Youth, Pixies... No a Hillary była naszą świetną przyjaciółką. Pomyśleliśmy: czemu nie?

– Gdy JJ72 stawiało pierwsze kroki, miałeś szesnaście lat. Powiedz, czy nie obawiałeś się show-buisinessu, czy nie drżałeś na myśl o graniu koncertów?

– No tak, trochę byliśmy zdenerwowani. Ale jeśli człowiek naprawdę wierzy to, co robi, jeśli jest w stu procentach przekonany o szczerości swych starań, to wtedy pewność bierze górę nad strachem. Tak było i w moim przypadku.

– Smashing Pumpkins, Nirvana, Placebo – to są wykonawcy, do których najczęściej porównywano JJ72. Czy można ich uznać za wasze główne inspiracje?

– Smashing Pumpkins są bodaj najbardziej cenionymi przeze mnie artystami. Uważam, że mieli do przekazania wyjątkowo dużo i że zawsze im się to udawało. Zwłaszcza podwójny album Mellon Collie And The Infinite Sadness postrzegam jako dzieło wybitne. Przyznaję, że dwie rzeczy miały na mnie największy wpływ, jako na twórcę: literatura Jamesa Joyce’a i właśnie muzyka Billy Corgana. Nirvanę podziwiam za jedną rzecz – za cudowną surowość, która w pewnym momencie odmieniła losy muzyki rozrywkowej. Co do Placebo – cóż, nigdy nie byli oni bardzo bliscy memu sercu.

– Domyślam się, że po udanym debiucie musieliście odczuwać potężną presję w związku z nagraniem drugiej płyty? Jak sobie z nią radziliście?

– Wiesz co, ogólnie poszło nam chyba łatwiej, niż się zapowiadało. Przeczekaliśmy odpowiedni czas, koncertowaliśmy. A kiedy byliśmy już gotowi, weszliśmy do studia. Sądzę, że to najlepszy sposób pracy nad płytą. Wielu wykonawców zapomina o tym i przystępuje do sesji bez gotowego materiału. My piosenki doszlifowaliśmy już wcześniej i dzięki temu proces nagrywania przebiegał spokojnie.

– Jak wam się pracowało z takimi uznanymi producentami, jak Flood i Alan Moulder?

– Z Floodem znaliśmy się jeszcze przed spotkaniem w studio, gdyż podobnie jak my, mieszka on w Dublinie. Był dla nas trochę jak przyjaciel, był po naszej stronie. Specyfika Flooda polega na tym, że on słucha muzyków, bierze pod uwagę ich punkt widzenia i sugestie. Z kolei Alan Moulder miksował I To Sky. Nie wiem, jak on to robi, ale ten facet potrafi usłyszeć dźwięki, których inni nie zauważają (śmiech).

– Mark, napisałeś całą muzykę, jesteś też autorem tekstów na I To Sky. Jaki był udział Hillary i Fergala w przygotowaniu albumu? Czy są oni zadowoleni z sytuacji, w której pełnisz funkcję zdecydowanego lidera?

– Wydaje mi się, że ich obecność w znacznym stopniu decyduje o obliczu naszego zespołu, jak i również o jakości nowej płyty. Gdybym przyniósł te same kompozycje i słowa dwóm zupełnie innym osobom, wtedy rezultat byłby diametralnie różny od tego, co słyszysz na I To Sky. W obecnej sytuacji wszyscy czujemy się komfortowo, ale kto wie, czy w przyszłości coś się w tej materii nie zmieni.

– Koncertowaliście w Stanach Zjednoczonych razem z zespołem Coldplay? Jakie masz wspomnienia z tej trasy?

– Całe to wspólne tournee było fantastyczną przygodą. Coldplay to przemili ludzie. Zadziwiające, że choć sprzedali miliony egzemplarzy płyt, to wciąż zachowują się przyjaźnie i serdecznie. No a do tego tworzą wielką muzykę. I wierzę, że nagrają jeszcze wiele wspaniałych płyt.

– Niektórzy uważają JJ72 za tercet smutasów, pławiących się w mrokach istnienia. Czy rzeczywiście jesteście aż tak bardzo przygnębieni? Potraficie się cieszyć, być szczęśliwi?

– (śmiech) Jasne, że tak. Widzisz, muzyka i wszystkie związane z nią sprawy to tylko jedna strona naszego życia. Przypuszczam jednak, że gdybyś teraz przeprowadził ze mną wywiad o piłce nożnej, poznałbyś kompletnie inną osobę.
(Tylko Rock, 2002)

 

JOE HARRIOTT

 

Abstract

Całkiem możliwe, że to najważniejsze świadectwo żywotności brytyjskiego jazzu przed nadejściem fusion. Chodzi, gwoli ścisłości, o "brytyjskość" w znaczeniu "nad imperium słońce nigdy nie zachodzi" – obsługujący alt i baryton Harriott urodził się w INDIACH ZACHODNICH, skąd dopiero wyemigrował do Londynu. Gdy wcielił w życie swoją odważną koncepcję "muzyki abstrakcyjnej", porównywano ją z deklarowanym równolegle free Colemana, ale to zupełnie INNA PARA KALOSZY, bliższa "uporządkowanego chaosu" Mingusa. Joe objaśniał w chwili wydania Abstract, że jego COMBO zachowuje co najmniej jeden konwencjonalny "komponent" w improwizacjach – będzie to metrum, symetryczna fraza czy logiczna relacja melodii do harmonii. Stąd mimo klawych, acz nieco przydługich sekwencji perkusyjnych (na pokładzie dwóch bębniarzy i przeszkadzajkarz), efekty bywają zadziwiająco przyswajalne.
(2017)

 

JOE HENDERSON


In 'n Out

Henderson przewijał się w paru miejscach tego rankingu, co unaocznia jego niebagatelny wkład w dorobek tamtej dekady. Ostatecznie w płytach za lata 60. finiszuje u mnie na miejscu 35. – hey, not bad! I chyba zasłużenie, bowiem In 'n Out to moim skromnym zdaniem przypuszczalnie apogeum jazzu "ładnie popisanego" – czyli takiego, w którym autentycznie chodzi tylko i wyłącznie o kunsztowność tematów, rozprowadzenie ("zamotanie") ich z polotem, po czym ponownie elegancki "zjazd do bazy". Wszystko z rozdania swingowo-improwizowanego, co znajdzie się tu wyżej, podlega już nieco innym prawom krytycznej fizyki – pojawiają się takie parametry, jak uduchowienie, osobowość, teoria muzyki, rozmach aranżacyjny i pionierskie patenty produkcyjne. Natmiast jako lider Joe miał po prostu cenny dar układania przejrzystych, proporcjonalnych hooków i/lub rzadką wprawę w "niemarnowaniu" ich potem na przestrzeni całego nagrania. Tylko tyle i aż tyle.

"He had the ability to make a routine bop piece sound complex and the most complicated free improvisation seem logical", zauważał Scott Yanow. "Wykształcił osobisty styl, nacechowany połączeniem urzekającej melodyki z logiką, pomysłowością i szczyptą eleganckiej abstrakcji", dodawał Dionizy Piątkowski. "He does not permit his technical fluency to overwhelm his thinking", zachęcał w oryginalnych liner notes Don Heckman. Zarzucano wprawdzie kopiowanie Coltrane'a, ale któż go wtedy nie kopiował? Poza tym na to skojarzenie spory wpływ miał zapewne dobór sidemenów. Mistrza tenoru wspierają bowiem Tyner i E. Jones, co MUSI rzutować na finalne wrażenie "coltrane'owości". Stawkę uzupełniają doświadczony Kenny Dorham na trąbce (niczym najstarszy góral pamiętający jeszcze Birda), no i wyborowy strzelec Richard Davis na basie. Niech mi ktoś powie, że "Punjab" i "Serenity" Hendersona czy "Short Story" Dorhama to nie są jakieś kryształowe motywiki. Mała rzecz, a cieszy tak, że plus milion do grywalności. Tylko tyle i aż tyle.
(2017)

JOHN CALE

Paris 1919

Roger Ebert oznajmił kiedyś, że według niego prawdziwi geniusze rzadko traktują swoje dzieła serio, bo twórczość przychodzi im z łatwością. I dlatego u wielkich pisarzy dzieła wyglądają na dobrą zabawę, zaś u "prawie wielkich" pisarzy dzieła przypominają raczej "herkulejski triumf". A można tę analogię przesunąć na inne dziedziny sztuki. Niezależnie, czy się z tą wykładnią zgadzamy, to bez trudu znajdziemy podobne przypadki w sferze popu. Walijski POLIMAT wyrastający z akademii i awangardy (Fluxus, Theatre of Modern Music) na zawsze zmienił sound rocka działając w VU, a solowo też nieraz wypuszczał rzeczy trudne, eksperymentalne (choćby Church of Anthrax z Rileyem). Tym bardziej zdumiewa pewna bezproblemowa LEKKOŚĆ, z jaką facet przeprowadza nas przez pół godziny Paris. Dzieli tę cechę z Eno, dla którego miększych śpiewanych nagrywek tych dziewięć piosenkowych miniaturek stanowiło niewątpliwy precedens i bezpośrednią referencję. Z podobnym zamiłowaniem do późnej, około-barokowej "beatleszczyzny" i opanowanej, zdystansowanej narracji, lecz ze znacznie większą skłonnością do otwartej nostalgii, Cale bryluje tu, jakby umiał w ten teren niczym we własną kieszeń. Ktoś postulował, że raz zasłyszane, te songi nigdy nas nie opuszczą. Istotnie, obcując na przykład z "Hanky Panky Nohow", "Andalucią" czy tytułowym zadajemy sobie pytanie – czemu nikt na to nie wpadł wcześniej? The reason: you're not John Cale.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=r7iLFuapeY8 (evocative moment: 1:00-1:16 – chwila muśnięta efemerycznym pięknem)
(2018)

JOHN MARTYN

Solid Air

Dobra, KAWA NA ŁAWĘ. Jeśli jest noc, a Wy macie nastrój refleksyjny i zastanawiacie się "nad życiem" i nad problemami tego "łez padołu", to na niniejszej płycie są takie dwa SZMARAGDY, że albo coś w Was potężnie drgnie, albo "nie jesteście dla mnie ludźmi". Pierwszy, tytułowy, artysta zadedykował swojemu przyjacielowi, Nickowi Drake'owi. A w drugim (trzecim według kolejności) na tle wysokiego rejestru kulistych fal elektrycznego pianina oznajmia bezsilnym, zbolałym timbre, że nie chce nic wiedzieć o ZŁU, a jedynie o miłości. Oba promieniują niewymuszoną, prostolinijną mądrością i szlachetnością, której PRÓŻNO SZUKAĆ w muzyce w ogóle. Promieniują na resztę skądinąd zacnego czwartego longplaya PÓŁ-SZKOTA tak silnie, że trochę "EOT". ROZUMISZ MNIE? Ujmę to tak – w pozostałych trackach mogłoby się nie wydarzyć nic, GUNWO – a nawet więcej, Martyn mógłby na nie [niskim, zachrypniętym, przyciszonym, parodystycznym tonem leciutko wstawionego Clifforda Wednesdaya] "nasraaać... naszczaaać... narzygaaać..." – a i tak ta płyta trafiłaby do mojej setki dekady. OKEJ, SŁUCHAJCIE... (https://www.youtube.com/watch?v=VAtQ4jYrANA&t=1m24s), "jest już późno, piszę bzdury", ale chodzi mi o to, że naprawdę rzadko spotykam się z sytuacją w której na podstawie dwóch z dziewięciu indeksów mam na wieki wieków wyrobione zdanie o jakimś dziele. Te inne numery są naprawde przyzwoite i ogólnie McGeachy był czarującym folk-jazzowym bardem, starannym stylistą i wykwintnym kameralistą. Bez dwóch zdań. Tyle że w świetle wspomnianych DWU pieśni – nie ma to już dla mnie żadnego znaczenia.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=NIqQ01RduIw (evocative moment: muskające ucho tło elektrycznego pianina w pierwszej połówce = poezja)
(2018)

 

JOHNNY CASH

 

"Hurt"
Reznor to ćwok, ale akurat closer Downward Spiral udał mu się jak rzadko – to wywołująca drgawki rozprawa z masochistycznym aspektem bytu i tragiczny, pełen niemocy manifest strachu przed samotnością. Cash przywłaszczył sobie ów psalm, dokonując rzeczy niebywałej. Nie tylko zastąpił post-industrialną instrumentację aranżacyjną ascezą (akustyk, pianino, smyki), a neurotyczny szept ciepłym, mądrym croonem, co wtem nadało utworowi wszelkie znamiona ponadczasowego standardu folk-country, ale także – a może przede wszystkim – jakby "zabrał" znaczenie słów z oryginału i nadał im własne. To niesamowite i w przeróbkach zdarza się raz na kilkaset przypadków. Przez dwieście dwadzieścia sekund świętej pamięci bard wikła się w rozważania o przemijaniu z pozycji osoby, która jedną nogą czuje się już w grobie. Oryginalna refleksja egzystencjalna "I hurt myself today / To see if I still feel / I focused on the pain / The only thing that's real" u Casha funkcjonuje po prostu na zasadzie "Jeżeli budzę się rano i mnie coś boli, to wiem że wciąż żyję". "Try to kill it all away / But I remember everything" w wersji NIN chwyta nabrzmiały teraźniejszy moment; tu natomiast spogląda wstecz z perspektywy siedemdziesięciu jeden lat na karku. "Everyone I know / Goes away in the end" pierwotnie markowało paraliżującą pustkę i osamotnienie, by w omawianym opracowaniu dotknąć bezceremonialnie nieuchronnej Prawdy. Dziś to porażające przekontekstowanie, reinterpretacja, przekształcenie wynika ze słuchania w świadomości, że narrator tych słów przeszedł już na drugą stronę. Długo nie zapomnę jak kiedyś na imprezce (czy posiadówie, yeah, whatever) u Kinola poleciał teledysk do tego coveru dekady i się cisza zrobiła, i zamurowało nas po prostu. Wkradła się transmistyka, substrady neuronowe i śmiertelność: "I See A Darkness, Pt. 2". Sorry, w necie się o takich rzeczach nie rozmawia.
(Porcys, 2005)

 

JÓNSI
 

Go (2010, baroque pop) !3.4

Okej, oficjalnie przestaję dawać szansę projektom Jonsiego. Ta płyta to farsa. Najgorsze co jest w patosie i najgorsze, co jest w cipieniu się, zebrane razem. Przelewające się, mdłe, łzawe i oparte na maksymalnie oczywistych zwrotach akordowych impresje, w których coś takiego, jak "treść" nie istnieje. Dekadę po Byrjun typ nie umie zrobić ani kroku w bok. A "Tornado" to jakby jego islandzki cover "How To Disappear". Rezultat wymyślcie se sami.

 

JOSÉ JAMES
 

Blackmagic (2010, r&b) !6.9

Generalnie ten José "to nie są leszcze, Stefan". Gamonia trudno zbyć frazesem o revivalu neo-soulu i namecheckiem Maxwella. On się tu permanentnie ociera o kameralny jazz i to w sensie wsobnej koncentracji, a nie "improwizacji". Nazwanie "The Light" współczesnym "Blue In Green" na głos zamiast trąbki = hiperbola, ale "ja bym chciał, żeby państwo zrozumieli ZASADĘ (zasadę, prawda, ta)". Uważne zaklęcia "Code" czy "Love Conversation" paraliżują w skali mikro kumulującymi energię repetycjami. I kto wie, czy skuteczny kamuflaż FlyLo nie zalicza mu się w sumie na plus.

No Beginning No End (2013, neo-soul) !6.7

✂ "Vanguard", "Make It Right".

 

JOY FORMIDABLE

 

Wolf Alice vs Joy Formidable...

...Wolf Alice nagrali piosenkę pt. "Formidable Cool"

...Joy Formidable nagrali utwór i płytę pt. "Wolf's Law"

...chociaż Wolf Alice są bardziej selektywni brzmieniowo i powstali w Londynie, a Joy Formidable są bardziej hałaśliwi i powstali w Walii, to formacje te sporo łączy, bo obie mają:

– atrakcyjną wokalistko-songwriterkę
– udział w trwającym revivalu 90s
– słabość do chwytliwego grunge-popu po linii Pumpkins
– skłonność do przystępnej chromatyki riffów
– zamiłowanie do malarskiej przestrzeni w miksie
– srebrzyste przestery gitar
– pistacjowe melodie
– moje zainteresowanie i przychylność
(2017)

 

JUAN MACLEAN

 

"One Day"
Imho ten track mógłby wyjść w 2005 roku i nikt by go nie uznał za nic sensacyjnego. W takiej "muzie" to szmat czasu, co? Electro-house'owy chłód przeżywał już swoje pięć minut i osobiście nie potrzebuję powrotu do tej, nieszczególnie "mojej" estetyki, nawet przy odpowiednio zaakcentowanej (refren) dozie popu. "Z bogiem" (postać czerstwości tego powiedzenia rodem z klas 1-3).
(Porcys, 2009)

"Here I Am"
Któż z nas, miłośników dokonań Luomo, nie marzył kiedyś chociaż przez sekundę o tym, żeby skromny blondyn został zatrudniony na pełen etat do produkcji regularnego komercyjnego popu? Z jednej strony niby łatwo to sobie wyobrazić, z drugiej jednak… cholernie trudno. Dlaczego?

Łatwo, bo czysto stylistycznie najbardziej piosenkowe momenty z Vocalcity, Present Lover czy późniejszych albumów typa miały w sobie całkiem sporo potencjału parkietowo-chartsowego, gdyby je sprzedać ładną buźką solistki-celebrytki. Nie wspominając o tym, że Kylie na Body Language w paru indeksach właściwie otarła się o takie rozsadzenie systemu od środka, w epoce kiedy microhouse-pop wydawał się mieć szanse na zostanie "next big thing" w świecie mainstreamu.

Trudno, bo niestety poza tym chlubnym epizodem zachodni wielkobudżetowy pop raczej nie flirtował ze wspomnianą estetyką i po kilku latach dawania nadziei naiwnym… z hukiem skręcił w stronę wielkiego zasranego gówna. Co symptomatyczne w tym roku Ripatti nie dostał wizy do USA i swoje gorzkie żale postanowił ująć w ambientowym, sygnowanym jako Vladislav Delay protest-albumie Visa. Przy tak złym humorze artysty o żadnym popie (tym bardziej komercyjnie zamerykanizowanym) nie ma w ogóle mowy.

Tymczasem John "The Juan" MacLean zawsze pozostawał nieco w cieniu sławniejszych kolegów ze środowiska DFA. Niby krytycy umiarkowanie chwalili jego longplaye Less Than Human i The Future Will Come, a singiel "Happy House" zrobił nawet ćwierć furory w kręgach zblazowanych post-ironistów spod znaku ILM. Mimo to ten "inny łysy gamoń" z tanecznego podziemia NYC (w odróżnieniu od Morgana Geista) nie należy do ikonicznych postaci elektroniki, nie ma na koncie nagrań przełomowych czy stylotwórczych, uosabiając za to etos solidnego i rzetelnego rzemieślnika, na którym zawsze można polegać, aczkolwiek nikt nigdy nie wymaga od niego niczego "ekstra".

Tegoroczny album MacLeana In a Dream, choć (zaryzykuję) najrówniejszy w jego dotychczasowym katalogu, raczej nie zmieni wyżej nakreślonych skojarzeń. Bo wyłączając dość topornego openera zawiera on imponującą porcję owszem znakomicie zrealizowanego, "szóstkowego", nienagannie skrojonego electro-popu w różnych smakach, który wszelako… "nie fruwa". Na szczęście nie fruwa poza indeksem drugim, który chętnie nominowałbym do nagrody house'owego hita roku.

Tu, podobnie zresztą jak w innych numerach, głosu użycza Nancy Whang ("naturalizowana" Chinka z Portland, znana chociażby ze śpiewania i klawiszowania w LCD Soundsystem tudzież goszczenia przy mikrofonie na płycie Classixx), która nie tylko efektownie uwodzi chłodną manierą rozkapryszonej elitystki (artystycznie jest dla MacLeana tym, kim Siciliano dla Herberta), ale i zapodaje hooki ewidentnie kojarzące się z archiwum top 100 Billboardu. Dość powiedzieć, że melodyjka "All I wanna do is talk to you…" imituje słynną wznoszącą linię "Don't think about it, boy leave her alone" Charliego Wilsona w "Signs" Snoopa i Justina.

Utwór nie posiada ani wstępu, ani zakończenia - składa się tylko z rozciągniętego do maksimum "rozwinięcia", wyłonionego w epicentrum dyskotekowego obłędu i wyciszonego po sześciu minutach fazowej ekspozycji. Nie ma "akordów" - oś stanowi mechaniczna, acz giętka partia synth-basu, sprytnie oplatana klawiszowymi tłami. Ciekawe czy MacLean zdaje sobie sprawę, że tak być może brzmiałby wyimaginowany romans Luomo z przysłowiowym "Hollywoodem": modalny "techno-pop", który Kraftwerk wynaleźliby w połowie lat 80-tych, gdyby skusili się na kolabo z jakąś wschodzącą chicagowską divą i skutecznie powściągnęliby jej soulowe zapędy.
(Porcys, 2014)

 

JULIAN LYNCH

 

Mare (2010, post-folk/experimental) !6.9

Wow, przez moment powiało PFM z początku ubiegłej dekady.

 

JULIA MARCELL

 

It Might Like You (2009, singer/songwriter) 5.2

Ta "niemiecka Polka" niewątpliwie ma osobowość. A z jej materiałem jest SIXTY SIXTY. At her worst, sięga po modną smykowo-over- ekspresyjną manierę właściwą nu-indie ("Words Won't Save You"). At her best, ewokuje fikuśne, staroświeckie, fortepianowe wprawki Nellie McKay ("Dancer"). Zaś po środku szczypta barokowego, Sufjanowego folku z połowy 00s ("Night of the Living Dead").

 

JULIAN CASABLANCAS

 

Phrazes for the Young (2009, alt-rock/synth-pop) !4.1

Niczym dorobek Strokes (poza wieloma innymi podobieństwami), ten solowy debiut autora 95% materiału Strokes nie jest tak dobry, jak chciałaby brytyjska prasa i nie tak słaby, jak chciałbym ja. Długo oczekiwane syntezatory pod jego chrypliwy (choć tu podejrzanie wygładzony) voice = musztarda po obiedzie (najlepszy "Left & Right in the Dark" udaje trochę Briana Eno produkującego A Flock of Seagulls). Mimo ostrej selekcji materiału trafiają się słabe imitacje Mekons ("Ludlow St.") i They Might Be Giants ("River of Breaklights").

 

JULIANNA BARWICK

 

Florine (EP) (2009, psych-pop/modern classical) 6.6

The Magic Place (2011, ambient) !6.3

No przyjemna indie-Enya, ale chwila, przecież "każdy z nas mógłby to skomponować", nie? Koncepcja nieco "banalistyczna", hm? A zatem drażni mnie, że środowisko zajawia się aspektem lo-fi, tym pedalskim oddechem puszczy, a nie samym materiałem. Który notabene jest max spoko - odpowiednio maligniany i utylitarny zarazem. Ale jeśli ktoś liczy na "Lennox spotyka Fraser", to się zawiedzie. "Keep Up the Good Work", though.

 

JUSTIN FAUST

 

"Holdin' On"
Taka anegdota. Poznałem tego gościa parę miesięcy temu, gdy didżejowaliśmy z nim w Kamieniach, bodaj na urodzinach PULP. Wtedy był dla mnie zupełnie anonimowy. Ja wykazałem się wzorową ignorancją i oczywiście nie sprawdziłem uprzednio, co gość gra. Ale mój towarzysz z kolektywu SM zdążył obczaić wcześniej Niemiaszka z Monachium na Majspejsie i uznał, że to PRZYTOMNY producent. Tak też się Justin zaprezentował – miły, bezpretensjonalny i właśnie przyzwoity muzycznie German (Ania, LOL [Doruch, LOOOL]). Co jeszcze... Zwierzał się chyba ze strachu przed lataniem, ale nie pamiętam dokładnie o co szło, bo Mikey mówi dziwnym akcentem i nie sposób zrozumieć. Natomiast ten tu numer jest już więcej, niż PRZYTOMNY, bo rzuca w sumie realne wyzwanie Braxe'om i Falke'om tego świata.
(Porcys, 2010)

 

JUSTUS KÖHNCKE

 

Dopelleben (2005)

Moja preferowana metafora odnośnie Dopelleben to wyimaginowana podróż pociągiem przez szwabską krainę, ma się rozumieć z głową przylepioną do okna i miłym, najlepiej jednoosobowym, bliskim uczuciowo towarzystwem przytulonym ściśle z drugiej strony. Startująca album, dubowa wersja "Elan" ewokuje ten stan przemierzania z ogromną prędkością terenów o wysokich walorach estetycznych. Syntezatorowa dioda oddala się i zbliża jak sąsiadujące z torami pastwisko, echa kropel pianina audialnie uosabiają szeleszczący w oddali las. I w takich okolicznościach przyrody to ja mogę zjeździć całą Germanię, jawohl. Co szczególnie fajne u Justusa, to kompletnie niezobowiązująca zależność między housem sensu stricto (rodowód bitów) i synth-popową balladą autorską (niewinne wokale). Wciąż nie pojmuję jak kogoś może ten koleżka irytować. No przecież bezpretensjonalność tego Niemiaszka. Jego dystans, uśmiech i skromność, zasługujące na szacun w świetle stylistycznych manipulacji dokonywanych z łatwością na Dopelleben. A szczytowe chwile tej wojaży – rytmizowanie cięte (niczym w "Toxic") smyki "Schwabylonu" oraz najpiękniejsza niemieckojęzyczna piosenka 2005, wyznaczająca nowy standard elektr-emo-popu "Herz Aus Papier" – sprawią (by pojechać wyświechtanym schematem writerskim), że nie będzie wam się już chciało wysiąść na żadnej stacji.
(Porcys, 2006)