ISOLEÉ

 

We Are Monster (2005, electro house) 6.5

Debiutancki krążek Rajko Müllera jako Isolée, Rest z 2000 roku, uważany jest w kręgach fanów nowoczesnej elektroniki za jeden z kamieni milowych house'u. Gdyby Krzysztof Z. sygnował tę reckę, dowiedzielibyście się, że Rest to było coś, a We Are Monster rozczarowuje. Ale niżej podpisany ma diametralnie różne zdanie na ten temat. Mnie Rest nudziło, ale to potwornie. Przypadkowość plumknięć, unfocused konstrukcji i pozbawione emocjonalnego impaktu bity wywoływały w Borysie D głęboki ziew. (Wow, syndrom Wałęsy w tym wieku – żałosne.) Słysząc zachwyty nad prekursorstwem płyty zastanawiałem się dlaczego nikt nie widzi jak Luomo czy przykładowo wczesne próby kolegi Jelinka ją odsadzają. Opinie podkreślające wkład Isolée w ukonstytuowanie estetyki micro-house'u wywołują u mnie konsternację. Właściwie jedynym historycznym aspektem Rest była antycypacja mody na nurt w techno, który swoje pięć minut przechodzi właśnie obecnie, charakteryzuje się monotonią, chłodem, mrokiem i zwykle uczuciową pustką, a nazywają go "electro-house". Nic więc dziwnego, że środowiska otaczające Niemca estymą zwariowały gdy pół dekady później ogłosił on oficjalny comeback.

Sofomora We Are Monster otwiera wprawdzie zbędna wprawka "Pictureloved", jawiąca się konsekwentną kontynuacją nijakości poprzednika, ale na szczęście to tylko zmyłka. Resztę materiału na dwoje babka wróżyła. Część chwyta odbiorcę bogactwem dźwiękowych faktur, eklektyzmem odniesień i melodycznym sprytem. Weźmy drugi w zestawie "Schrapnell", krzyżówkę westernowego riffu gitary i syntezatorowych teł/loopów. Ruszają też odpowiednio: kanciasty computer-funk "Enrico", detaliczny prog-minimal "Mädchen Mit Hase" czy transprzestrzenne wibracje "My Hi-Matic". Co więcej, znaczny rozwój sygnalizuje zacieranie się linii między instrumentalną strukturą kolaży, a regularną logiką "piosenkową". W tej ambiwalencji króluje pełniący tu rolę highlightu, halucynogenny trans "Face B". Pozostałe kawałki rozmywają się natomiast w dość denerwującej manierze bezwładnego cykania/prychania, interesującego w szczegółach, lecz niefortunnie pozbawionego kompozycyjnej magii. Nie ujmuję wcale zasług Müllera w polu na którym działa, aczkolwiek uniwersalność to jedno z kryteriów ponadczasowej technicznej muzy. Nie chcę się powtarzać, ale "Tendency" i "Synkro" zagrane na fortepianie ujmowałyby pięknem zbliżonym do wersji pierwotnych. Spory wycinek twórczości Rajko tego testu by nie przeszedł, choć w tym co robi jest bezdyskusyjnie świetny.
(Porcys, 2006)