HAPPY MONDAYS

 

Z trzech głównych gwiazd festiwalu, Happy Mondays powstali najdawniej, bo aż w 1980 roku. Jednak droga do sławy i zenitu artystycznych możliwości była w przypadku tej formacji długa, kręta i wyboista. A także eklektyczna. Pochodzący z Salford pod Manchesterem skład pierwszą EP-kę wypuścił w 1985 roku, a później otarł się o tak różne szufladki stylistyczne, jak psychodelia, pop, rock, house, funk czy soul. Ten manifestacyjny kolaż miał się okazać jednym z wyznaczników unikatowości "Madchesteru". Za produkcję albumów Mondays zawsze odpowiadały głośne nazwiska – John Cale, Martin Hannett, Paul Oakenfold, Steve Osbourne i duet Tina Weymouth-Chris Frantz (a więc Tom Tom Club).

Historia zapamięta ich głównie za spektakularny longplay Pills 'n' Thrills and Bellyaches z 1990 roku, dziś uznawany za klasyczne dzieło, wspaniale definiujące nastroje tamtej ery. Już sam tytuł w praktyce opowiadał "co tam się wtedy działo", a muzyka tylko to podkreślała. Zestawiani często (i porównywani) z The Stone Roses, w rzeczywistości Mondays brzmieli zupełnie inaczej. Zamiast folkowych w duchu (inspiracja Byrdsami), lirycznych piosenek granych przez regularny, solidny kwartet, prezentowali niekończącą się muzyczną balangę, opartą na murzyńskim rytmach spod znaku wytwórni Motown, demonstracyjnej bezczelności ("Kinky Afro" to plagiat z popularnego przeboju "Lady Marmalade") i, naturalnie, nieodzownym ecstasy.

Centralną postacią zespołu jest kontrowersyjny frontman Shaun Ryder. Jedni traktują go jak zdegenerowanego narkomana, który dorwał się do mikrofonu. Drudzy upatrują w nim mesjasza madchesterskiego ruchu, który jak mało kto czuł acid-bluesa. Podobno pisał teksty tylko dlatego, że "pozostałym członkom się nie chciało". Ale właśnie za te bełkotliwe wersy i mamroczący sposób ich podania wierna publiczność go kochała. Gdy w 1992 roku Happy Mondays rozpadli się, Ryder i inna sławna postać rave'u, obsługujący perkusjonalia tancerz, niejaki Mark Berry (znany też jako "Bez"), założyli projekt Black Grape, jednak z mniejszym powodzeniem niż w macierzystej grupie. Mondays powracali dwukrotnie – wpierw w 1999, a potem w 2004. Ostatni ich album, Uncle Dysfunktional sprzed roku, nie spotkał się ze specjalnym rozgłosem w mediach. Ale ponoć ich zwariowany koktajl dźwiękowy nadal najlepiej sprawdza się w wersji live.
(Clubber.pl, 2008)