HAL BLAINE

W wieku 90 lat zmarł Hal Blaine, niepodważalny symbol epoki barokowego i studyjnego popu. Zebrałem i ułożyłem chronologicznie 20 perełek z jego imponującej ikonicznością, przepastnej ilościowo dyskografii sidemeńskiej. Wystarczy rzucić okiem w jakich piosenkach i na jakich płytach grał, a legendarny status tego wyśmienitego amerykańskiego perkusisty stanie się czymś oczywistym.
(2019)

HARMONIA

Deluxe

Relatywnie spektakularne (na pewno w skali sceny kraut) kolabo Michaela Rothera i duetu Moebius-Roedelius przyniosło dwa krążki, z których ten drugi (jak na stempel "deluxe") przystało) pokazuje projekt w wersji premium. W pół drogi między proto-punkowymi skłonnościami Neu! (ewidentne w "Monza") i quirky eksperymentami z analogowymi gadżetami Cluster ("Kekse") panowie odnaleźli iście avant-popowy powab ("Golum"), doprawiając go nieraz minimalistycznymi organami po linii Glassa ("Notre Dame") i pływającą düsseldorfską post-psychodelią z której korzystał potem choćby Bradford Cox ("Walky Talky"). A nagranie tytułowe (niedawno przez chwilkę użyte w SUSPIRIACH Guadagnino) zawiera nieśmiertelny zaśpiew "Immer wieder rauf und runter / Einmal drauf und einmal drunter", który zawsze prowokuje mnie do ponownego odpalenia na YouTube kultowej kompilacji "top 10 polskiego Idola", gdzie pod numerem 8 kryje się "młodociany, nierozdziewiczony fan popularnego wtedy Rammsteina", ale frazowanie IMHO odsyła przecież wprost do Harmonii.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=Np0-rk3vW50 (evocative moment: jak koło szóstej minuty z błogiego pejzażu wyłania się szczypta neurozy)
(2018)

HAROLD BUDD

The Pavilion of Dreams

W dzisiejszym SmaczneGO! mamy do dyspozycji następujące składniki: jazzujące łkanie saksofonu altowego, minimalistyczne plumkanie czelesty, marimby i dzwonków, new age'owe trącanie strun harfy, ambientowe tła pianina i operowe głosy ludzkie. Można więc zabrać się za kilka różnych przepisów. Eteryczny koktajl z minimal new age jazzu, surowe operowe partie solowe w ambientowym sosie, kotlet bizantyjski o posmaku repetycji jazzowej proweniencji, zapiekanka z uduchowionych medytacji polana wywarem z klasycystycznych impresji oraz ZRAZY JAZZOWE w polewie z minimalistycznej ilustracji dźwiękowej posypane szczyptą new age'u. Do gotowania przystąpią Harold Budd, Brian Eno, Michael Nyman, Gavin Bryars + kilku asystentów od obierania i krojenia instrumentalnych i wokalnych warzyw. Mam dreszcze proszę państwa, co tu na naszych oczach zostanie zaraz przyrządzone i jak te pyszne potrawy będą odzwierciedlać powolne zamieranie zachodniej cywilizacji.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=b4Yt4NPliXc (evocative moment: "usunięcie rytmu" z muzycznej narracji – skracanie i przedłużanie fraz na zupełnej dowolności, sprowadzenie ich do "czystej gry barw")
(2018)

HATFIELD AND THE NORTH

The Rotters' Club

Pozycja kompletnie niesłusznie spychana na margines fonograficznej mapy nie tylko Canterbury, ale i całego prog-rocka. Już debiut tego fikuśnego ANSAMBLU zapowiadał nie lada atrakcje, ale sofomor stawia kropkę nad i – kładzie na tort truskawkę, czy lepiej winogrono, a może raczej jakiś agrest, jakąś jeżynę? Wspominałem o wciąż stoicko niewzruszonym Richardzie Sinclairze, który jako songwriter i basista zalicza tu życiówkę, ale przecież obowiązki dzielone są równo – komponuje nawet PAŁKER, i to jak! INWENCJĄ twórczą tych ŻYWYCH SREBER można by obdarzyć kilka całkiem treściwych longplayów – tematy w zawrotnym tempie wiją się przed nami i zmieniają stan skupienia, raz to upłynniając frazy, a raz znów w nich zastygając, czasem chyba aż zanadto mętnie. Relacjonowanie tych metamorfoz ma taki sens, jak opowiadanie o hokejowej tiki tace zakończonej golem – owszem da się, ale lepiej to zobaczyć/usłyszeć. Więc albo jutro siadamy wspólnie do rozpisania kwitów dla każdego majstersztyku z tej tracklisty, albo po prostu odpalcie i oceńcie sami intuicyjnie. Na zachętę dodam, że to bodaj jedyna znana mi płyta skrywająca jednocześnie artystyczne nasienie Maxa Tundry i Sea & Cake – kontrolowaną chimeryczność pierwszego i zdystansowaną lekkość tych ostatnich.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=pu1uRC4tOh0 (evocative moment: od 0:01 – jedno z najbardziej niewybaczalnie, bezczelnie bossowskich otwarć jakiegokolwiek albumu, ręce mi opadają każdorazowo)
(2018)

HELADO NEGRO

This Is How You Smile

Ależ to się samo klei do odtwarzacza i nie chce ZEŃ wyjść... Dawno nie słyszałem tak wielu różnych odniesień, nienachalnie i podejrzanie "mądrze" wplecionych w oblicze jednej nowej płyty. Przez 40 minut wychwyciłem tu echa dokonań takich artystów, jak art-rockowa poezja Luisa Spinetty circa Kamikaze, odrętwiałe sophisti Blue Nile circa Hats, nostalgiczna tropicalia KAJTKA Veloso circa s/t 1969, oszczędne MPB Marcosa Valle circa Previsão do Tempo, noir ballady Migali circa Arde, tęskna indietronica Lali Puny circa Scary World Theory, medytacyjne pejzaże Pandy Beara circa "Search for Delicious", dream-glitchowe kolaże Dorine Muraille circa Mani, "elektroniczna Americana" Marka Eitzela circa Invisible Man, alt-smooth-jazz Lambchop circa Is a Woman, egzotyczny folk Devendry circa Niño Rojo czy nerdowski letarg późnego Maca DeMarco. Jednak pomimo gąszczu tropów materiał brzmi wsobnie, skromnie i jakby "niezobowiązująco". Chwilami nawet można go posądzić o lekką nudę, ale... Potrafi tak mnie "ułagodzić" dźwiękowym balsamem, że jakoś nic nie skipuję. Czyżby ten ekwadorski ROBERTO CARLOS z Florydy niechcący swoim relaksującym i refleksyjnym wszech-ambient-popem trafił "z wolnego" (...tempa) w samo okienko? 🤔
(2019)

HELLACOPTERS

 

By The Grace Of God (2002)

Szwedzi z The Hellacopters zebrali się w połowie lat dziewięćdziesiątych, by zaproponować swoją wersję hałaśliwego, garażowego rocka spod znaku „brzmienia Detroit” (Stooges, MC5). Łączy ich wiele z inną podobnie łojącą załogą skandynawską, norweskim Glueciferem, którego ostatnią płytę omawialiśmy na tych łamach kilka miesięcy temu (obie grupy wydały nawet wspólny mini-album Respect The Rock America). To także mieszanka siły brudnych gitar ze wpadającymi w ucho, nieraz aż przesłodzonymi melodiami. Otwiera całość nagranie tytułowe, prowadzone przez łatwo zapamiętywalny riff, któremu towarzyszą różne tła harmoniczne. Prosty, ale efektowny to zabieg, który zaostrza apetyt przed kolejnymi piosenkami. Dalej jest równie przebojowo, chwytliwie, chwilami może i nazbyt komercyjnie, ale daru tworzenia atrakcyjnych refrenów odmówić Szwedom nie można (All New Low, Carry Me Home). Oczywistym hitem albumu jest It’s Good But It Just Ain’t Right; znów daje tu o sobie znać główny motyw, charakterystyczny, zostający w głowie dłużej, niż inne. To chyba połowa sukcesu w tego typu graniu.

Ukłony w stronę różnie rozumianej tradycji są na By The Grace Of God wszechobecne. Nawiązanie do klasyki rock and rolla w Better Than You, całkiem stonesowe w klimacie (pewnie dzięki obecności pianina, z namiastką rytmicznego uderzania klawiszy a la Ian Stewart) Rainy Days Revisited, albo coś z napięcia The Who w U.Y.F.S. Sporo też odniesień, zwłaszcza aranżacyjnych, do hard-rocka w jego najbardziej przystępnych odmianach. To by był główny zarzut – przesadnie, jak na energetyczny potencjał tkwiący w tych kompozycjach, wypolerowana produkcja. Jakby szukali jak najszerszego grona słuchaczy... Ale wtedy z garażu zostaje już naprawdę mało. Trochę też pod koniec spada poziom adrenaliny w muzykach. Tak, czy owak, solidnie się tu Nicke Andersson z kolegami prezentują. By The Grace Of God to równa, raczej pozbawiona karygodnych wpadek rzecz.
(Tylko Rock, 2002)

 

HEMP GRU

 

"Życie Warszawy"
Jeśli historia zapamięta za coś Hemp Gru, to albo za ten incydent albo za teledyskową wersję singla "Życie Warszawy". Obie sytuacje są prawie równie kuriozalne, choć tę drugą cechuje większa ripitowalność, legendarność, no i przede wszystkim – to sprawa "na temat" (czytaj: jest utworem muzycznym). Drugie promo do longplaya Klucz to ogromny klasyk – wielokrotnie omawiany i cytowany, rozkładany na części pierwsze, znany wszystkom rap-zajawkowiczom z Wawy, a nawet sparafrazowany przez Afrojaxa na Połączu. Powód fenomenu wydaje się dość oczywisty: formacji HG udało się zgromadzić przed mikrofonem szereg "przedstawicieli stylu braggadoccio" ze stolicy, którzy ze swadą i zaangażowaniem sportretowali swoje lokalne rewiry. I co "kluczowe" – KAŻDY z MCs robi to na swój sposób – tak treściowo, jak i stylistycznie. Wilku zaczyna od nakreślenia motywu "WWA ulicznych sępów" i skarży się: "człowiek na oriencie, bo psy gończe węszą". Koras przyznaje, że "dla dobrych ludzi dobrem nie chybie" (ale bądź tu mądry kto według niego zalicza się do tych dobrych?). Romeo "kreuje swój charakter siłą rozumu", na pytanie "co u ciebie" odpowiadając: "jak to w życiu, czyli ogólnie". Hm. Zupełnie inne podejście do kwestii rytmu i akcentacji prezentuje Pono, imponując aliteracjami rzucanymi niby od niechcenia, acz gęsto: "spoko git, dalej spryt ponad rozwagę, jak to ZIP daję radę, dalej jadę wraz z ZIP-składem". Felipe przedstawia się "ucieleśnieniem światła i ciemności" (?), dochodząc do konkluzji trochę wątpliwej z punktu widzenia "normalnego" mieszkańca miasta, który często bywa okradany czy sępiony: "jest dobrze ziomale i oby tak dalej". I wreszcie "haszysz-gandzia fanatyk" Eros, nieprzewidywalny epileptyk a la Flava Flav, z którego nic nie przytoczę, bo nie nadążam ze spisywaniem. A dlaczego tylko wersja z klipu? Bo przejście z właściwego "Życia Warszawy" do finałowej gadki Bilona to, jako się rzekło na tych stronach dawno temu, moment olśnienia, wywołujący na przykład u niżej podpisanego ciarki za każdym razem, gdy słuchane. I to, co nawija Bilka w tych ostatnich sekundach video też zasługuje na peany. "Nie zabroni nigdy tlić mi żadna pała / Reprezentuję radosny futbol / Radosny rap / Nie komercyjne gówno" przypomina o Mistrzach Europy z 1984 roku z ich nadprzyrodzoną drugą linią. Ciekawe, co by o tym numerze sądził Platini.
(Porcys, 2010)

 

HENRY FOOL

 

Henry Fool (2001)

Bardzo interesujący debiut współczesnej art-rockowej supergrupy. Okazjonalna współpraca muzyków występujących na co dzień w innych formacjach budzi zwykle, zwłaszcza w przypadku sceny art-rockowej, mieszane uczucia. Najczęściej bowiem chodzi tylko o jeszcze jedną okazję do upajania się wielominutowymi solówkami każdego osobnego instrumentu. Na szczęście, w przypadku zespołu Henry Fool, mamy do czynienia z czymś rzeczywiście kreatywnym. Oczywistym jest, że tych sześciu panów (pochodzących z takich grup, jak Samuel Smiles, No-Man, Pendragon i La Host) to wybitni instrumentaliści. Jednak nie popisy indywidualne stanowią o sile Henry Fool. Tu bardziej liczy się klimat i naprawdę dobre kompozycje. Otrzymujemy bowiem oryginalną mieszankę eksperymentalnego rocka progresywnego lat siedemdziesiątych, ambientowej przestrzeni i jazzowej swobody. Przy tym nie zapomniano o melodiach – kilka śpiewanych fragmentów to naprawdę udane piosenki (The Laughter That Turned To Ice, Judy On The Brink, Heartattack). Są wreszcie dramatyczne, transowe improwizacje znakomicie budujące napięcie, nierzadko urozmaicane świetnymi partiami saksofonu (Bass Pig, Poppy Z, The David Warner Wish List). Czyli jest wszystko to, co w rocku progresywnym najważniejsze. Czuć, że Henry Fool to ludzie wciąż pełni świeżych pomysłów. I że w dodatku potrafią te pomysły realizować. Skoro więc pojawiają się jeszcze takie albumy, to może nie ma co się martwić o przyszłość gatunku?
(Tylko Rock, 2001)

***

Wywiad z Henry Fool

Henry Fool jest swoistą supergrupą, złożoną z muzyków na co dzień działających w innych formacjach kręgu rocka progresywnego. Debiutancki album zespołu, zatytułowany po prostu „Henry Fool”, jest ciekawą próbą urozmaicenia prog-rockowej formuły wieloma innymi pierwiastkami. O samej płycie, ale także o rozległych inspiracjach i o kondycji współczesnej muzyki rozmawiamy z liderem Henry Fool, Timem Bownessem.

rozmowa z Timem Bownessem:

Muzycy Henry Fool są jednocześnie członkami wielu innych grup i projektów. Jak doszło do powstania zespołu?

Wszystko zaczęło się od naszego klawiszowca, Stephena Bennetta. Będąc fanem No-Man, przyszedł kiedyś na nasz koncert. I już od pierwszej wymiany słów wiedzieliśmy, że rozumiemy się doskonale – zostaliśmy przyjaciółmi. Po pewnym czasie postanowiliśmy sprawdzić, czy równie dobrze dogadujemy się w studiu. Nagrałem kilka partii wokalnych w studiu Stephena i okazało się, że tak. Wtedy zdecydowaliśmy się popracować trochę razem nad muzyką.

Czy nazwa Henry Fool coś oznacza?

Tak, oznacza o tyle, że jest to tytuł jednego z naszych ulubionych filmów, autorstwa amerykańskiego reżysera Hala Hartleya. Wiesz, jak to zwykle bywa z nazwą dla nowego zespołu – pojawiają się setki różnych propozycji, ale żadna nie wydaje się odpowiednia. Kiedy już trzeba było się zdecydować, wybraliśmy tę, którą najmniej znienawidziliśmy – właśnie Henry Fool.

Powiedz coś o powstawaniu płyty Henry Fool. Na okładce albumu można znaleźć informację o tym, że nagrywaliście go niemal okrągły rok. Czy sesje odbywały się codziennie, czy też były pomiędzy nimi większe przerwy?

Było bardzo dużo przerw, gdyż w czasie pracy nad płytą Henry Fool zajmowałem się też wieloma innymi projektami, że wymienię choćby No-Man, czy współpracę z Davidem Tornem. Poza tym nasz perkusista, Fudge Smith, również był zajęty – nagrywaniem albumu Pendragon. Sam materiał był kombinacją gotowych, wcześniej napisanych utworów i spontanicznych kompozycji, które narodziły się bezpośrednio w studiu. Zwłaszcza improwizacje sprawiły nam dużo radości. Dzięki obecności tak wspaniałych instrumentalistów, jak Myke Clyfford, czy Fudge Smith, którym kreowanie dźwięków przychodzi z ogromną łatwością, sesje do płyty „Henry Fool” wspominam niezwykle przyjemnie.

Płyta Henry Fool zrobiła na mnie spore wrażenie, głównie ze względu na swój eklektyzm. Słychać na niej inspirację klasycznym rockiem progresywnym lat siedemdziesiątych, ale również poetyką ambientu, jazzu, czy nawet post-rocka. Jak określiłbyś styl Henry Fool?

Przed nagraniem albumu mieliśmy ze Stephenem wizję czegoś, co nazwałbym „dorosłą” wersją progresywnego rocka. I takie było pierwsze założenie. Z drugiej jednak strony, inspirują nas przecież jako muzyków przeróżni artyści. Weźmy choćby wspomniany post-rock. Naturalnie, bardzo lubię Tortoise, Godspeed You Black Emperor!, czy Trans Am. Fascynują mnie eksperymenty Radiohead – zarówno „Kid A”, jak i „Amnesiac” to znakomite albumy. Dalej, jesteśmy wszyscy wielkimi fanami jazzu: kochamy wszystko, od Alice Coltrane przez Pharaoah Sandersa do Jana Garbarka. Wreszcie, w ostatnich dziesięciu latach pojawiło się także wielu interesujących wykonawców w kręgu brzmień nowej elektroniki, jak Bjork, Goldie, czy Goldfrapp. I cała ta muzyka ma na nas w jakimś sensie wpływ. Tak więc inspiracje te w naturalny sposób się mieszają i w efekcie owocują tym, co słyszysz na płycie.

Trzynastominutowa suita „Late Show”, choć przywołuje na myśl tradycyjne, progresywne formy, ma w sobie również coś świeżego, zwłaszcza z powodu wprowadzenia w środku dwóch ambientowych interludiów. Czy mógłbyś powiedzieć, jak powstał ten rozbudowany utwór?

„Late Show” jest jakby miniaturową wersją całego albumu. Naszym celem było stworzenie kilkudziesięciominutowej całości z różnych dźwięków, i taka w właśnie moim przekonaniu jest ta płyta. Natomiast w przypadku „Late Show”, postawiliśmy sobie jeszcze trudniejsze zadanie. Chcieliśmy mianowicie zmieścić to wszystko na przestrzeni kilkunastu minut. I to właśnie zrobiliśmy – „Late Show” to taki album „Henry Fool” w pigułce. Masz tam dwie piosenki, dwa uspokajające przerywniki i jedną agresywną improwizację. Jednocześnie kompozycja ta jest w pewnym sensie całością.

Henry Fool uważa się powszechnie za zespół prog-rockowy. Jaka jest twoim zdaniem przyszłość tego gatunku? Czy w dzisiejszych czasach jest jeszcze miejsce dla rocka progresywnego?

To zależy jak na to spojrzeć. Nie jestem do końca przekonany, czy rock progresywny sam w sobie wciąż cieszy się taką popularnością, jak przed laty. Natomiast jestem pewien, że idea progresywności w muzyce przetrwa i zawsze będzie obecna. Najlepiej świadczy o tym fakt, że dostrzec ją można u wielu przeróżnych współczesnych artystów, takich, jak Goldie, ale też Radiohead, czy Elbow. Wiesz, ja nigdy nie byłem fanem neo-progresywnego rocka lat osiemdziesiątych. Interesuje mnie raczej przetwarzanie tradycji w coś nowego. I to próbowaliśmy osiągnąć na płycie „Henry Fool”.

Musisz być chyba bardzo zabieganym artystą. Uczestniczysz w wielu różnych projektach muzycznych jednocześnie. Który z nich jest ci najbliższy?

Sądzę, że najważniejszym z moich zespołów zawsze był i jest No-Man. Jemu staram się poświęcać najwięcej czasu. Pozostałe projekty są dla mnie o tyle ciekawe, że zawsze lubiłem różnorodność. Dzięki tworzeniu muzyki z kilkoma grupami naraz, otwieram się bardziej na różne style. Następnie doświadczenia te przenoszę na inny grunt, i tak dalej. Przykładowo, to, co dały mi sesje z Henry Fool, może równie dobrze wzbogacić następną produkcję No-Man.

Na płycie „Flowermouth” No-Man, zagrał gościnnie Robert Fripp. Jak wspominasz pracę z Robertem w jednym studiu?

Robert jest jednym z tych artystów, z których muzyka sama wypływa. Powiedzieliśmy mu (wraz ze Stevenem Wilsonem, drugą połową No-Man – przyp. bd), żeby zagrał dokładnie to, co w danym momencie czuł. Po rejestracji jego partii, jeszcze przez dziesięć minut wydawało mi się, że słyszę echo „symfonii Frippa”. Było w tym coś magicznego, zapamiętam to jako jedno z najbardziej niesamowitych muzycznych przeżyć, jakie mnie spotkały.

Najbliższe plany?

W przyszłym tygodniu zaczynamy nagrywać ze Stevenem materiał na nową płytę No-Man. Nie potrafię jednak powiedzieć, czy zajmie to nam miesiąc, czy pięć lat...
(Tylko Rock, 2001)

HERBIE HANCOCK


Mwandishi

Skoro facet zasługuje na zaliczenie w poczet TYTANÓW, to różne jazzowe MORDY nazwą nawet jego sixtiesowe Empyrean Isles albo Maiden Voyage dziełkami nietykalnymi (btw fajne granie, warto weekendowo obadać), a zwolennicy muzyki "funky" doszukają się apogeum w Head Hunters. Niemniej nie żartujmy – trylogia z grupą Mwandishi to sedno jego dyskografii. Cała drużyna zgodnie przyjęłą imiona w suahili (Mwile / Bennie Maupin jako Mwile, Eddie Henderson jako Mganga etc.) i zanurkowała w mgliste, atmosferyczne, post-Milesowskie fusion, ocierające się fragmentami o realny ambient. Teksturowa rozkosz między KŁADZIONYMI kluskami Rhodesa i poetycką sekcją dętą "w trójnasób" pozwala odpłynąć, ale warto też pamiętać o samej motywice. "Ostinato (Suite for Angela)" częstuje przebiegłym riffem na 15/16, "You'll Know When You Get There" prowadzi do brzegu zwięzłymi puentami i nawet ponad dwudziestominutowa "Wandering Spirit Song", choć miejscami free, obfituje w miłą melodykę. Gdy potem dodali do tego równania syntezatory, wywołali szok.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=uUFINUzGt8E (evocative moment: drinking game – za każdym razem, gdy podsumowują unisono pewien etap impro)
(2018)

Sextant

Kiedy ostatnio zaglądaliśmy do naszych bohaterów z ekipy Mwandishi, pławili się w rhodesowej, ambient-jazzowej mgławicy. Ale w międzyczasie na przejściowym Crossings wtrącił się DOKTOR Patrick Gleeson z Moogiem i sprawy przybrały nieco inny obrót. Gdy podczas sesji Sextant tenże nowy kolo sięgnął po pudełka firmy ARP, inkorporacja gumowatych syntezatorowych bulgotów stała się faktem. Nagle bliżej zrobiło im się do krautów w wykonaniu jakichś śmiesznych kosmitów, niż do jazzu. "Żadne podwójne, żadne potrójne" i kiedy odpalamy opener "Rain Dance" to również żadne to fusion, serio. Raczej czysta proto-elektroniczna abstrakcja, jakby Hancock zgłaszał się na ochotnika do bycia uwzględnionym w boksie "OHM" obok różnych Mortonów Subotnicków, ale na własnych zasadach – dziarsko sfocusowany i mega groovy. "Hidden Shadows" podąża jeszcze dalej na cudownie pękniętym, nieuchwytnym wzorku rytmicznym. Brzmi trochę jak Warp-owski remiks "Heart of the Sunrise" Yes (nawet ta sama tonacja, c'mon!). Szkoda, że REWERS winyla to już bardziej konwencjonalny free-psych-jam a la zdeformowane "Facelift" Soft Machine, choć i tam cieszy uszy polirytmia afrykańskich perkusjonaliów. Ogółem szpikulec wbity wszystkim, którzy wątpili w treściwość electro-avant-space-funku.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=spnjTzuVBO0 (evocative moment – uwielbiam to, że od 0:01 muszę się skoncentrować na policzeniu metrum, aczkolwiek nóżka i tak chodzi)
(2018)

 

HIDDEN CAMERAS

 

The Smell Of Our Own (2003)

Ludzie, nie mam nic do pedałów, naprawdę. Ale jeśli podczas tej recenzji użyję słowa "pedał" więcej niż dziesięć razy to wybaczcie najmocniej. Bo Hidden Cameras to zespół pedałów śpiewających o pedałach dla pedałów. Podkreślam raz jeszcze, że nie żywię żadnych uprzedzeń do pedałów, ponadto zwyczajnie nie ma powodów, by ingerować w tak prywatne rejony czyjegoś życia, jak orientacja seksualna. Asekuruję się jednak, ponieważ zdążyłem się przyzwyczaić do ambiwalencji niesionej przez motyw piosenkarzy homoseksualistów. Gdy kiedyś zaproponowano mi napisanie recenzji nowej płyty Boya George'a, odmówiłem, ale tylko dlatego, że nie mam zielonego pojęcia o twórczości tego gościa. (Chwilę, "Do You Really Want To Hurt Me"? Culture Club, anyone?) Tymczasem w zamian otrzymałem podejrzliwe wątpienie: "Aha, nie tolerujesz mniejszości seksualnych". Jak? Co to za wniosek? Zupełnie chybiony. To nie tak. Pedalstwo aside, dlaczegóżby dyskredytować dokonania Oscara Wilde, Andy Warhola, czy Eltona Johna? Z powodu homoseksualizmu? Nie w moim zakątku. Zły adres, wypierdalać.

Co nie zmienia faktu, że gdy chwyciłem się za The Smell Of Our Own formacji Hidden Cameras poczułem się zdezorientowany. Dużo mojej dezorientacji wynikało ze zwykłego zdziwienia. Zdziwiłem się mianowicie, że zjawisko takie, jak gay-pop normalnie sobie funkcjonuje, gdzieś na boczku, skromnie, ale jednak. Mówiąc gay-pop mam na myśli całą otoczkę wokół Hidden Cameras. Ta okładka, przedstawiająca gołego kolesia odzianego w pedalskie "coś" (nie mam kurwa pojęcia jak to nazwać, przerasta mnie to; jakaś wełniana szmata w kształcie prostokąta, zakładana zdaje się na plecy, przykrywająca skórę od barów po dupę, oblepiona jakimś gównem w rodzaju lisich włochów i foliowego sreberka), lecącego w stronę nieba, który to obrazek okalany jest z czterech stron fragmentami męskich pośladków. Żółtawo-białe barwy na odwrocie. I adnotacja "Parental Advisory, Explicit Content", z dodatkowym podpisem "Sexual Content". Nie wiem, może mnie pojebało, ale dostrzegam w tym jakiś ruch, nurt, falę pedalskiego grania – pomyślałem, pakując dysk do wieży.

I się wcale nie pomyliłem. Popłynęły dźwięki na maksa pedalskie, a że było akurat przewiewne, ciepłe popołudnie, to gołodupiec z okładki wydał mi się całkiem realny. Z tym, że gay-pop w wykonaniu Hidden Cameras niewiele ma wspólnego z ciotowską, falsetowaną dyskoteką "Stayin' Alive" Bee Gees lub wiejską, rolniczą tańcbudą "YMCA" Village People. Ich piosenki są znacznie bardziej melancholijne, naturalne i zarazem w swej prostocie szczere. Można się doszukać konkretnych wpływów w tych przeważnie akustycznych, sielskich brzmieniowo, dziewiczych balladkach. Jak zauważają krytycy, Magnetic Fields się kołacze w klimacie (i jakiejś takiej geometryczności formalnej), Belle And Sebastian również się kłania, w schludnej i oszczędnie dozowanej, ale jednak bogatej w środki orkiestracji. Teoretycznie bowiem na The Smell Of Our Own roi się od różności, plączą się i harfa, i organy, i wiolonczela, i wibrafon, i glockenspiel, i nawet egzotyczne timpani, zresztą wkładka dość skrupulatnie je wylicza. W praktyce sound wcale nie jest przeładowany, ledwo zauważa się multum barw, jak w koktajlu przyrządzonym z trzydziestu gatunków owoców, ale zmieszanym tak dokładnie, że smakuje mdło jak cienki serek homogenizowany.

Od siebie dorzuciłbym jeszcze folkowy, subtelny sznyt środkowego R.E.M. Oraz They Might Be Giants: posłuchajcie choćby żywego, zaśpiewanego na głosy, lecz dziwnie skrytego "Ban Marriage", toż to hołd dla rozrywkowego duetu, dla twórców Flood. W takich momentach byłem w stanie przyznać Hidden Cameras pewien odblask niezobowiązującego humoru i luzu oraz zgodzić się, że rzeczywiście stanęłoby to nazwać "przyjemnym popowym graniem". Wtedy jednak zagłębiłem się w książeczkę z tekstami i odpadłem przy niektórych. Jasne, oczekiwałem poetyckiego opisu miłosnych przygód naczelnego songwritera grupy, Joela Gibba (nazwa wpierw zaistniała jako jego solowy projekt), którego homoseksualizm nie ulega dla mnie wątpliwości. Ale nikt nie przygotował mnie na szczegółowość opisów. "Happiness has a smell I inhale like a drug / As well it is the smell of old cum on the rug / Men walk their dirty feet on / And the sweat from the chest of a man in a leather uniform". Starczy? I to wszystko odśpiewane niewinnym głosem, przy którym Stipe w "Shiny Happy People" wygląda jak recydywista psychopata. Pedalstwo mnie zaskoczyło, bez kitu.

Sporadycznie The Smell Of Our Own przywołuje konkretne momenty z przeszłości. Kilka kawałków ("A Miracle", "Day Is Dawning", "Boys Of Melody", "Breathe On It") otwiera taki typ miękkiego riffu redukującego popowe walory melodii do esencji, jaki Liz Phair wynalazła na Exile In Guville. Dość banalny i z pozoru przewidywalny hymnio "Day Is Dawning" nagle przeradza się w psychodeliczny jam wart debiutu Summer Hymns. Wreszcie w "Shame" daje o sobie znać kamuflowana, ale czytelna pod pewnym kątem obsesja Gibba. Koleś mianowicie bardzo chce być Morriseyem w tym delikatnym, strachliwym, przepraszam-że-żyję wyrazie. I w "Shame" słychać to doskonale; Gibb nie tylko napisał naśladowniczy liryk i zinterpretował go niczym ukłon dla swojego mistrza, ale też nakłonił kumpli do próby namiastki dźwiękowej, co dzięki fortepianowi i tamburynie udało się pięknie – to zdecydowanie wybijający się fragment albumu.

Pokrewieństwo ze Smiths to ryzykowna teza, ale dla wyławiaczy ciekawostek liczyć się pewnie też będzie wytwórnia Rough Trade, tak, ta sama. (Notabene, czy ktoś widział nowe bannery reklamowe przekierowujące do Rough Trade? Hasło "Stop Me If You Think You've Heard This One Before"? No co, fajnie tak czasem doznać przypadkowo.) Lecz generalnie Hidden Cameras ukuli dość swoistą atmosferę niedbałego pedalstwa. Co wcale mnie do nich nie przekonało. Poza tym ich poza jest dość podejrzana. Jeśli ufać jednemu z wersów "Uważaj" Cool Kids, to członkowie kanadyjskiego zespołu muszą nieraz natrafiać na niezłe foczki w piątkowe wieczory. Ciekawe, ciekawe. W ogóle to widziałem zajebisty film o gostku, który zakochał się w pewnej pannie i żeby mieszkać z nią pod jednym dachem udawał geja. Laski lecące na gejów? Nieee, no jeżeli Gibb całe swoje pedalstwo wykreował tylko w celu podwyższenia powodzenia u płci przeciwnej, jeśli żadnym pedałem nie jest, tylko ściemnia by wyrywać laski, to, to, to, to sory.
(Porcys, 2003)

 

HIVES

 

To ironia losu, że grupę, która debiutowała na długo przed pierwszą prób Strokes, powszechnie uznaje się za ich epigona. Takie są widać uroki mechanizmów rynkowych. A przecież w małym przemysłowym miasteczku Fagersta w Szwecji, kwintet nastolatków stawiał pierwsze kroki już w 1993 roku. Ponoć od początku wokalista Howlin’ Pelle Almqvist, gitarzyści Vigilante Carlstroem i Nicholaus Arson, basista Dr Matt Destruction i perkusista Chris Dangerous ubierali się na koncertach w gustowne, czarno-białe wdzianka pod krawatami. Stało się to znakiem rozpoznawczym formacji, ale chyba nie tylko tej wizualnej otoczce Hives zawdzięczają podpisanie po dwóch latach działalności kontraktu z firmą Burning Heart. Podobno jej szef, Peter Ahlqvist, był tak niepewny co do siły przebicia kwintetu, że postanowił uchronić nazwę swej wytwórni przed ewentualną klęską i wydać debiut Hives pod flagą sub-labela Burning Heart, Gearhead. Rzeczywiście, gdy ukazał się album Barely Legal (Gearhead, 1997) mało kto zachwycał się jeszcze tą bezczelną dawką garażowego hardcore’u. Na status ulubieńców prasy Szwedzi musieli poczekać do płyty następnej, Veni Vidi Vicious (2000, Burning Heart). Wprawdzie z początku jedynie u rodzimej krytyki wywołała entuzjazm. Gdy jednak wieść dotarła do Wielkiej Brytanii i Stanów, a publiczności spodobała się kompilacja nagrań z wczesnych singli, Your New Favourite Band (2001, Poptones), dysk wznowiono, co tym razem idealnie trafiło w moment i zaowocowało wcale niemałą histerią na punkcie piątki zwariowanych Skandynawów. Album jest hołdem dla suchego, zwięzłego i sprowadzonego do absolutnych podstaw formalnych punk-rocka Ramonesów, tudzież brutalnej, pierwotnej, lecz potężnej w wyrazie twórczości Stooges, czy zanurzonego w bluesie rock’n’rolla spod znaku Stonesów. Głównie Ameryka oszalała słysząc takie dźwięki. I to tam właśnie Hives wynoszeni są pod niebiosa, ale ich sukces spokojnie można nazwać globalnym. A jak czują się w towarzystwie tamtejszych gwiazd nu-metalowych? „Trudno, stanowimy razem kanapkę przygotowaną przez media. Ale jeśli Limp Bizkit i Korn są rozpadającymi się kromkami chleba, to my jesteśmy tym, co na wierzchu i co najlepsze – prawdziwymi smakołykami” – mówi Nicholaus.
(Tylko Rock, 2003)

Veni Vidi Vicious (2000)

W zeszłym miesiącu wybrałem się do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Obiekt jest przeuroczy, z całą siecią drogich restauracji, sklepów i nawet ścianką do wspinaczki w podziemiach. Mają też źle ustawioną klimatyzację, od której łatwo nabawić się w kilka minut porządnego kataru. Oraz komicznego gościa na bramce samej biblioteki – wyglądającego jak z okładki pisma dla kulturystów, obstawiam, że nie przekroczył 100 IQ, no dosłownie taki tłumok, jego rozmowy z przechodzącymi obok ludźmi są ozdobą moich wycieczek do BUWu. Tenże strażnik nie pozwolił mi wejść do środka, tryumfalnie wskazując pobliską tablicę. Na niej stało wyraźnie: w środy biblioteka czynna od 14:00. Rzuciłem okiem na zegar – było pięć po pierwszej.

Dobra, godzina czekania. Pięć metrów dalej mały barek. Oraz wystawa czasopism, w tym zagranicznych. Moją uwagę przykuł niejaki magazyn "The Face". Na okładce Strokes, obok podpis: "40 new messed-up bands". Gdy zagłębiłem się w artykuł, o mało nie targnęło mną ze śmiechu. Oto gazeta wymieniła wszystkich chyba znanych sobie młodych reprezentantów rockowej sceny nowojorskiej, sporadycznie inkrustując ten wypis jedną, dwoma kapelami z Detroit. Boże, jakie gówno! Przy każdej pozycji dodawano cichutki okrzyk zachwytu, oraz objaśniano, z kogo dana kapelka zrzyna ("how they rock"). Aha, no i zdjęcia – zamieszczono podobizny całej czterdziestki! W tym momencie doszło do mnie, że doczekaliśmy się kolejnej rockowej mody. W której najmniej chodzi o muzykę, a najbardziej o wizerunek: fryzurę, garnitur i udawany bunt.

Zresztą cała ta czterdziestka, nawet jeśli przyjąć powyższe kryterium, zdała mi się cokolwiek kontrowersyjna. Na pierwszym niejacy Catheters – z tego, co się orientuję, zupełnie przeciętny band. Ale o dziwo na drugim Yeah Yeah Yeahs – jedno z objawień minionych miesięcy, zajebista grupa, bardziej nowatorska, niż retro. Potem cały zastęp nazw, z których niektóre kojarzyłem (Mooney Suzuki, Interpol, Liars, French Kicks, Vines), a niektórych nie. I te zachwyty: "They're fresh, the're young, they're sexy". Karen O prezentowała się tu najmniej estetycznie! Strokes i White Stripes w ogóle się nie załapali, natomiast – co boli mnie najbardziej – redaktorzy periodyku chyba zapomnieli o Radio 4, rdzennie brooklyńskiej załodze. A może o nich nie słyszeli? Śmiech obrócił się w płacz, gdy znalazłem informacje o piśmie. "The Face" to rzecz wydawana w Londynie. Popłaczmy się razem, buuu.

Kiedy więc dwa dni później jechałem odebrać do zrecenzowania płytę The Hives, rozważałem, czy trafię już na przystojnych, fotogenicznych modeli w równo skrojonych koszulach, czy jeszcze na dzikich, szorstkich rockowców, jakich to Hives zapamiętałem z zeszłorocznych reportaży na Vivie II. Ku mojej radości, chłopaki pozostali sobą. Choć stawiają na wygląd (na okładce wszyscy pozują w identycznych garniturach i lakierkach) – cóż, takie czasy – nie zapomnieli, co to znaczy surowe napierdzielanie we wiosła. Serwują banalny, ale tchnący ożywczą energią punk-rock. I dobrze.

To był taki żart. Bo przecież ten szwedzki zespół debiutował (hardcore'owo!) w roku 1997, wraz z Barely Legal. A omawianą płytę Veni Vidi Vicious wydano w 2000 w Szwecji! Wyprzedzili Strokes! Nie, po prostu Strokes zobaczyli szaleństwo w kraju Bergmana i postanowili identyczny chwyt zastosować na globalną skalę. Udało się! Ok, dosyć żartów. Obecnie Veni Vidi Vicious jest wznawiane na całym świecie i Hives robią porządną karierę. Należy im się to. Zbiór dwunastu numerów wypada okazale, przywodząc na myśl głównie Stooges i Ramones. Gitary uwijają się jak w ukropie. Bębny eksplodują. Frontman Howlin' Pelle Almqvist wyje jak najęty. To kolejny w tym temacie zestaw fajniejszy od Is This It. (Tak, już nie będę.)

Bawi mnie pierwszy numer na Veni Vidi Vicious, "The Hives – Declare Guerre Nucleaire". Sześć dźwięcznych, ostrych akordów otwiera tę jazdę, co mi się miło podobuje. Potem czysty punk, a wraz z nim humorystyczny tekścik, który tu może zacytuję:

"Had an atomic bore – in 2004
Did some atomic tricks – in 2006
Got out way late – in 2008
Let's do it all again – in 2010"

Tego rodzaju wierszowanie kojarzy mi się nieodparcie z radosną twórczością byłego kumpla z klasy. Oto, co napisał on po meczu Korea Płd. – Polska 2:0:

"Znów dostaliśmy dwie siaty za friko
Pójdę podpalić dziś jakieś Tico
Strzeliła dwie bramy koreańska gira
Pod moim blokiem już płonie Nubira
W Pusan Koreańce grają nam na nosie
Zrobiłem dwie dziury w pobliskim Lanosie
By opieprzyć naszych nie dość papieru ryza
Chwyciłem za łom, rozjebię Matiza"

Do jaśniejszych kawałków z Veni Vidi Vicious należą jeszcze "Main Offender", "A Get Together To Tear It Apart", pastiszowy "Find Another Girl", oraz kończący "Supply And Demand". To tyle.
(Porcys, 2002)

Jeśli Strokes zrzynają z Velvet Underground, a White Stripes ze Stonesów, to Hives najwyraźniej chcą być współczesnymi The Stooges. To prawda, panuje teraz moda na surowy rock, zakorzeniony w latach sześćdziesiątych i w nowej fali. Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne kapele w podobny sposób operujące skumulowaną gitarowo-perkusyjną siłą. Za stolicę tego zjawiska należałoby uznać Nowy Jork. Wspólną cechą wykonawców są, obok brzmienia, specyficzny image, sposób ubierania się i zachowania. Nazwa powinna zaczynać się od „the”, a kończyć na literkę „s”. Liczy się efekt, liczą się młodość, świeżość i bunt: wszystkie wszak eleganckie i równo skrojone.

The Hives są być może częścią całego tego zamieszania. Ale chyba tylko pozornie. Po pierwsze, są Szwedami. Po drugie, istnieją już osiem lat, a zadebiutowali na długo, zanim uczynili to Strokes, bo w roku 1997, wraz z albumem Barely Legal. Dopiero druga płyta grupy, Veni Vidi Vicious z roku 2000, zdołała dość wyraźnie wstrząsnąć rockiem – na razie tylko szwedzkim. Obecnie Veni Vidi Vicious zostało wznowione i tym razem pole rażenia jest szersze – zachwyty słychać nawet w USA. O The Hives się mówi.

Co do samej muzyki. Płyta jest półgodzinną dawką porywającego, prostego i bezczelnego rocka. Oprócz Stooges, najczęściej wspomina się przy okazji szwedzkiego kwintetu o Ramones. I jest to chyba właściwy trop. Krótkie, cięte, niesłychanie zadziorne kawałki odsyłają słuchacza do całej historii punk-rocka, ale taka lekcja powtórkowa przyda się każdemu! Jak w przypadku wszystkich reprezentantów wyżej opisanego nurtu, nowości tu nie za dużo, ale wrażenie „deja vu” rekompensuje w przypadku The Hives kilka znakomitych riffów. Numery takie, jak The Hives – Declare Guerre Nucleaire, Main Offender, Hate To Say I Told You So, czy Knock Knock są dostatecznie melodyjne, by zapamiętać je na dłużej. Płyta mija jak z bicza strzelił. Szybkie to, szorstkie i wystarczająco szczere.
(Tylko Rock, 2002)

 

HOŁDYS

 

Hołdys.com (2000)

"Jeżeli kupiłeś tę płytę od piratów, okradłeś mnie, moją rodzinę i przyjaciół z którymi ją nagrałem".
(Zbigniew Hołdys, "Intro".)

To było naprawdę wielkie wydarzenie. 16 Grudnia 2000 roku Zbigniew Hołdys dał w Sali Kongresowej kapitalny koncert, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów występując na żywo. Na jedno skinięcie mistrza, tak długo oczekiwane, pojawili się u jego boku słynni muzycy naszej sceny. Wojtek Pilichowski, Jacek Chrzanowski, Artur Gadowski, Wojciech Morawski, Grzegorz Grzyb, Ania Patynek i amerykanin Tom Cake. Byli też specjalnie zaproszeni goście, z Tytusem Wojnowiczem i Lonstarem. Było naprawdę wspaniale. Na szczęście na koncercie się nie skończyło. Hołdys nie chciał zmarnować nowo stworzonego materiału i czasu, który okazjonalny zespół spędził razem. I nagrał z nim pierwszą od piętnastu lat płytę. Hołdys.com.

Po pierwsze: jest to come-back z mocnym kopem. Po otwierającym album, cytowanym na początku "Intro", otrzymujemy "Pałac", który wraz ze swoim wyrazistym riffem gitary znakomicie obrazuje nową filozofię muzyczną Hołdysa. Połamany rytm perkusji, hipnotyczny zaśpiew w refrenie, wspaniale rozwijająca się kompozycja. Rock'n'roll po prostu. "Jestem Głupi" to znowu mocne wymiatanie oparte na opadającej progresji gitar, obfitujące w gorzkie wyznania artysty, na czele z "Brakuje mi przyjaciół tych, którzy mnie zdradzili"; jęk w środku nagrania potęguje refleksyjny nastrój tych słów.

Kapitalne, powalające "Stu Kobziarzy" rozpoczyna się dwoma wciąż powtarzanymi dźwiękami gitary, by przerodzić się w czystej wody rockową jazdę, z funkującą perkusją, polifonią wszystkich instrumentów, chwytliwym, acz wyrafinowanym motywem przewodnim, oraz świetnym tekstem. Ten kawałek rusza! Brzmi jak zbawienie dla czasów, w których światem rządzi miałki r&b i nu-metal. A jednak rock potrafi być wspaniały, ale tylko wtedy, gdy ma w sobie tę niezwykłą, niewymuszoną pasję.

"Jeżeli Jesteś Tam" wypływa nagle jako kolaż "podwodnej" gitary i mocnego głosu Hołdysa. Przejmujący monolog skierowany do najwyższego przekazany jest ze sporym zaangażowaniem. Miarowe, potężne uderzenia bębna wraz z ostrą partią gitarową dopełniają całości, wynosząc tę pieśń na szczytowy fragment Hołdys.com. Inny spokojniejszy utwór, akustyczny "Molier", przykuwa uwagę nie tylko melodią, ale i swym kontrowersyjnym tekstem (słynne "Urban to był chuj / Zespół Perfect nie był mój").

Można zarzucać Hołdysowi kilka słabszych utworów ("Another Day", "Nie Zabijaj", "Kołysanka Dla Tytusa"), czy sięganie po klasyczne "Niewiele Ci Mogę Dać". Generalnie jednak Hołdys.com jest albumem, po którego przesłuchaniu dzisiejszy skład Perfectu powinien się zapaść pod ziemię. Dosłownie. Porównanie natchnionych, naturalnych ballad, takich jak "Molier", czy "Jeżeli Jesteś Tam" z kiczem w rodzaju "Niepokonanych" zwyczajnie kompromituje Grzegorza Markowskiego i spółkę. Hołdys wrócił, nagrał solidną płytę i pokazał ludziom podszywającym się pod jego dawną nazwę, na czym polega różnica między sztuką, a graniem do kotleta.
(Porcys, 2001)

 

HONEY COCAINE

 

"Sundae"
Pod koniec lat 60. Honey Cone śpiewały "it ain't easy to keep the man you love satisfied". Dziś pochodząca z Kambodży, a wychowana w Kanadzie niejaka Sochitta Sal śpiewa "met him on a Monday, I let 'em lick the cherry on Sunday". Więc czasy się trochę zmieniły. Miodowa Koka interpoluje SWV, cytuje Trey Songza, wspomina 2Paca, pielęgnuje draśnięcie kulą po koncercie z Tygą i jak najaktualniejsi obecnie MC's nie jest ani raperką, ani wokalistką. A ten singielek, jak najaktualniejsze obecnie singielki w r&b nie jest ani piosenką, ani mikstejpowym fristajlem. Jest "czymś pomiędzy", rozwiniętym wokół toksycznie słodkiego hooka refrenu.
(2015)

 

HORACE BROWN

 

"One for the Money"

Przyszedł taki moment w tym sezonie Suplementu, kiedy muszę zaznaczyć, jakie konkretnie źródła pomagały mi w ostatnich latach pogłębić wiedzę na temat singli lat 90. Zresztą nie jest to jakaś tajemnica, już o tym wspominałem. Andy Kellman to przykład krytyka i archiwisty, który przeszedł niesamowicie spójną i logiczną drogę pasjonacką. Zaczynał od heroicznego post-punka z przełomu 70s i 80s, a doszedł do fascynacji sferą "nowych brzmień" oraz zwłaszcza "czarną" muzyką we wszelkich odmianach, od r&b i soulu, przez funk i psychodelię, aż po jazz. Wydaje się, że pomostem między wczesną, a obecną fazą zainteresowań były dlań rozmaite odmiany disco.

Plejki Kellmana zbierające dzieje r&b od 1970 do 1999 roku (i potem jeszcze osobne dla XXI wieku) to jazda obowiązkowa dla każdego, komu nie wystarcza znajomość kilku powierzchownie odłożonych w "zbiorowej świadomości" hitów tzw. "czarnej muzyki". Zdarzało mi się słuchać ich non stop przez tydzień bez żadnych objawów znużenia tematem. Skala wiedzy, autorskiej rozkminy (check recki na Allmusic) i – nie ukrywam – w moim przypadku spora zbieżność gustów to wystarczające powody do stawiania Andy'ego w prywatnym panteonie muzycznego dziennikarstwa. Książkę mógłby kiedyś sieknąć o ewolucji r&b od zarania do dziś – myślę, że byłaby sukcesem i wydarzeniem. Na razie ponoć zaktualizował listy ulubionych płyt w listach rocznych AMG, a to też cenne.

I właśnie "One for the Money" to taki niby niepozorny joincik, który WYHACZYŁEM u Kellmana. Horace Brown nigdy nie zdołał wybić się na jakąś szczególną niepodległość chartsową – to jego największy przebój, a przecież poza top 10 zestawień r&b, dance i ogólnego. Facet pozostawił po sobie raptem tylko dwa albumy, w tym jeden niewydany "półkownik" dla Uptown i jeden oficjalny self-titled debiut dla Motown. Z tego drugiego pochodzi "...Money", prawdopodobnie producencka życiówka niejakiego Kevina Deane'a, który zbudował tu prostymi środkami napięcie jak z przejmującego, realistycznego serialu. Na płycie w trzech numerach gości glam-gangsterska ekipa Puffa, co promieniuje również na single. Podoba mi się też, jak Horace przemienia pierwotnie energiczne, pozytywne "one for the money, two for the show" Perkinsa/Presleya w coś tajemniczego, mrocznego i snującego się. Troszkę w duchu Biggiego i jego perwersyjnej adaptacji "I Want You Back".
(2017)

 

HORACE SILVER

 

Song for My Father

Zanim "oficjalnie" narodziły się funk i soul, istniało sobie "funky" – znane również (wymiennie) jako funky jazz lub soul jazz. Był to niby nieco ostrzejszy styl wyrastający z murzyńskiej żarliwości bluesowo-gospelowej i tanecznej repetycji melodycznych figur. Ale po pierwsze primo – wspólnym mianownikiem "funky" i późniejszego "funku" był zapętlony groove. Trafnie ujął to kiedyś redaktor Zagroba w porcysowych Nutach, Dźwiękach: "a basy Teddy Smitha i Gene'a Taylora... No cóż, z podobnych killerów klei się po latach najbardziej inspirujące hip-hopowe single". Jeszcze ciekawsze wydaje się jednak to, że połowa riffów w dolnych rejestrach na Song for My Father (trzy na sześć tracków – tytułowy, "Calcutta Cutie" i "Que Pasa") to de facto wariacje na dwóch dźwiękach rozdzielonych tym samym interwałem, ze zbliżonym nawet feelingiem, akcentacją, podcięciem TAJMOWYM. Chodzi o to wahnięcie, które fani muzyki piosenkowej mogą kojarzyć z otwarcia "Rikki Don't Lose That Number" Steely Dan. Jest zatem coś imponującego w tym, że Silverowi udało się rozwinąć każdy z tych numerów w coś innego, nadać im rys własnej tożsamości, alternując tonacje i tryby, wnosząc w hard bop nadmorski wiatr latynoskiego WAJBU (zaprocentowało portugalskie pochodzenie tytułowego ojca) i dumnie kontynuując pomysły realizowane wcześniej w ramach Jazz Messengers z Artem Blakeyem. A że Joe Henderson bryluje na tenorze i dorzuca na zakończenie ujmującą, nostalgiczną balladę, to tym lepiej.
(2017)

 

HOT CHIP

 

One Life Stand (2010, electro-pop) !4.3

Na pewno nominacja do najbrzydszej okładki roku. W recenzjach padają odniesienia do Pet Shop Boys, do Fleetwood Mac z okresu Tango, do ABC... Moja riposta: "hehehe". Lecz gdy ktoś wspomina New Order, mogę w sumie przytaknąć.

In Our Heads (2012, synthpop) !5.3

"Unfortunately Domino has become a bit of a casualty of your goodwill and we no longer accept demos. Don't be disheartened though. Domino might not be the label for you but we applaud all manner of DIY initiative and creativity and as Mama Cass once said: '...make your own kind of music'. If you believe deep in your heart that your music is destined to be on Domino, then feel free to submit tracks to our Soundcloud DropBox. Otherwise, be free, be brave and good luck".

 

HOUSSE DE RACKET

 

Alesia (2011, pop/rock) !5.4

8>< zabawy z metryką w "Chorus" i jazz-popowe pasaże w "Aquarium", które odróżniają ich od Phoenix i Air, bo generalnie są kopią obydwu.

 

HOW HOW

 

Bumpy (EP) (2011, avant/folk-pop) !5.3

Sprawna kopia Animal Collective; czy nadal w PL już sam ten fakt zaliczamy na plus?

 

HOWIE DAY

 

Australia (2000)

Nagłówek tej recenzji, przeczytany z odpowiednim entuzjazmem i uniesieniem, mógłby zabrzmieć jak zapowiedź spikera komentującego zawody sportowe. Ale Howie wcale nie pochodzi z krainy kangurów i bumerangu, lecz ze stanu Maine. Zjednoczonego, ma się rozumieć. Australia, debiutancka płyta Daya, wydana została dwa lata temu; teraz wznowiono ją wobec wzrastającej wciąż popularności dwudziestojednoletniego pieśniarza. Co gra tutaj nasz artysta? Właściwie nic nie wyróżnia Howiego na tle wielu innych solistów, wykonujących autorski repertuar z oszczędnym akompaniamentem. Ktoś porównał go kiedyś do Davida Graya i chyba lepiej trafić nie mógł. Tradycyjne, akustyczne, lub też typowo rockowe podkłady, głos zdradzający pewną szczerość i pasję. Gdy zdarza się w tej muzyce wybuch, jest to wybuch kontrolowany. Nastrój, pewna elegancja i schematyczność zarazem dominują podczas tych trzech kwadransów.

Ciężko jest wprawdzie zarzucić coś Howiemu pod względem czysto pisarskim. Jego utwory nie spadają poniżej średniej, niejednokrotnie ją przewyższając. Problem tkwi w wykończeniu pomysłów, nieraz całkiem świeżych. Winą samego Daya jest, że marnuje często dobrze zapowiadające się piosenki. Prosta i zarazem pełna nerwu zwrotka Secret obiecuje emocje w refrenie, lecz ten ociera się niestety o pop-rock dla młodzieży, z jakiego Amerykanie ostatnio słyną. W podobny sposób artysta zaprzepaszcza główny motyw Slow Down, z intrygującym brzmieniem gitary, które w refrenie jednak znika, a pojawia się wygładzona, schematyczna aranżacja. Oczywiście jest tu też parę udanych numerów, choćby zarejestrowana na żywo ballada Morning After (warto podkreślić, że Day bardzo dobrze radzi tu sobie ze śpiewem), nieco zadziorna Everything Else, czy harcerska, lecz odpowiednio dramatyzująca She Says. Oby więcej takich w przyszłości.

Recepta na poprawienie poziomu jest w teorii prosta – wypracowanie czynników swoistych, dzięki którym Howie Day będzie łatwo rozpoznawalny. Wiemy jednak, jak niewielu ta sztuka się udaje. W praktyce dojście do miejsca, w którym ciężko jest wykonawcę pomylić z kimś innym, jest dla niektórych po prostu nieosiągalne.
(Tylko Rock, 2002)

 

HUSKY

 

"Iskrzy, iskrzy!!"
Z paru powodów odrobinę niezręcznie mi to mówić, ale spójrzmy prawdzie w oczy i nie owijajmy w bawełnę: Wrocławianka o nazwisku Patrycja Hefczyńska vel DJ Patrisia była najbardziej "zmysłową" polską wokalistką lat dwutysięcznych. (Nie żeby rywalizacja o tron była szczególnie zawzięta – bo ja wiem, Pati Yang, Novika czy Marysia Sadowska przychodzą do głowy – ale fakt faktem.) Opener drugiego longplaya duetu Husky (Zgadnij) to chyba najdoskonalszy przykład na poparcie powyższej tezy. Jej chuchnięcia, syki, szepty i inne odgłosy wydawane w ramach (znakomitego skądinąd, tak barwą, jak i interpretacją) regularnego "śpiewu" w nie tylko działają podprogowo, wpasowując się wzorowo w melodykę i fonetykę tekstu – ale i w tej bezwstydności nie przekraczają cienkiej granicy tandety i złego smaku. Serdecznie polecam sięgnąć po cały dorobek Husky i Oszibarack, ale jeśli ktoś ma czas tylko na jeden tune – to niech to będzie ten, jako "Patrycja w pigułce" (ech, ale niezręczność mi wyszła). Inauguracyjny szept "iskrzy, iskrzy" to być może najbardziej fizycznie (i to przyjemnie) odczuwalny fragment krajowej muzy jaki pamiętam. Dalej, Patrisia nawija linijkę "Napięcie między nami takie że / Można by / Oświetlić Wrocław / Cały Wrocław, cały" (!). Całe szczęście, że bit niczego nie psuje – a wręcz uwydatnia, uwypukla ekskluzywnie erotyczny podtekst piosenki. Szczypta mikro-sampli (świadomość bycia post-Herbert, lubię to), przestrzenne pejzaże klawiszy, zamglone echo wokalu i krótki werbel w bicie dopełniają zaklęcia. Okej, być może jest to "muzyka skrojona pod wielkomiejskich facetów" i dziewczyny będą Patrycji zazdrościć głosu oraz tego co ten głos robi z facetami. Ale autentycznie, trudno sobie nie zwizualizować zelektryzowanego Wrocławia, słuchając tego numeru. Aż dziw, że Janek na to nie głosował! (Psikus w stylu Konia – a tak na poważnie, to ogromnie cenię patriotyzm lokalny – represent, te sprawy – przypomina mi o dawno minionych czasach, kiedy jeszcze "o coś chodziło").
(Porcys, 2010)