GOLDIE

 

Timeless (1995)

Gdyby nie Goldie i jego debiut, to jungle i/lub drum'n'bass pozostałyby zaledwie ciekawostkami, reliktem dawno minionej epoki w elektronicznej muzyce tanecznej, pamiątką starych górali po undergroundowej modzie, która minęła równie szybko i z równie wielkim hukiem, jak się pojawiła. Goldie nie tylko stał się pierwszą megagwiazdą i twarzą nurtu, ale wyniósł go do rangi sztuki przez wielkie S dzięki formatowi swojego dzieła. Bo "Timeless" to nie jest jakiś tam interesujący zestaw rozmaitych kawałków, pozbieranych z wielu przypadkowych sesji, tylko świadoma siebie epicka opowieść, w której każdy rozdział ma swoje miejsce i funkcję. Mimo to mainstreamowi dziennikarze od lat ignorują i traktują protekcjonalnie wszelkie przejawy drum'n'bassu, a Goldie jako symbol pretensjonalności, megalomanii i chorych ambicji nurtu dawno już stracił estymę, jaką przez chwilę otaczano go w połowie lat 90. Dziś sprowadza się go do roli kuriozalnego dziwaka, może nawet pośmiewiska. Zastanawiałem się skąd w takim razie zachwyt nad stylistyką dubstepu, która na poziomie eksperymentu rytmicznego wychodzi w prostej linii od drum'n'bassowej cyfrowej synkopy. Odpowiedź wydaje mi się prosta. Otóż dubstep (zwłaszcza jego inauguracyjna fala, zakończona ogromnym sukcesem płyty "Untrue" Buriala) to przy całym swoim odrealnieniu estetyka odnosząca się do życia, mocno stąpająca po nocnych kałużach metropolii i promieniująca dystopijnym proroctwem opartym na obserwacji rzeczywistości dookoła. W końcu Burial SAMPLUJE nagrania r'n'b, których halucynacyjne zwidy prowadzą u niego narrację. Goldie i produkujący "Timeless" Rob Playford operują w zupełnie innym sektorze. Ich muzyka to czyste science-fiction. Nawet jeśli te zaprogramowane, niestrudzone serie perkusyjnych pętli, basowych punktów i digitalnych plam klawiszowych wiążą się (jak każda muzyka o korzeniu "techno") z przyśpieszonym rozwojem technologicznym, to są raczej abstrakcyjnym wyobrażeniem niedalekiej przyszłości, niż świadectwem swoich czasów. Jeśli przeszedłbym się nocą po Londynie w listopadzie 2007 roku, to poczułbym, że "Untrue" wisi w powietrzu. Wątpię zaś, że poczułbym tam "Timeless" we wrześniu 1995 roku. Ewentualnie pewien projekt "Timeless", ale to bardziej w sferze fantastyki. Żeby było jasne – u Goldiego bohaterowie mają ciała z niebieskiego plastiku, są czymś na kształt gigantycznych hiper-replikantów, żywią się bajtami i rozmawiają telepatycznie. Nie ma tu miejsca na żaden realizm. Nawet nominalne soulowe ballady jak "State of Mind" czy "You & Me" są tak sterylne i nieorganiczne, że trudno znaleźć w nich ślad oddychającego człowieka. Aczkolwiek, mimo tego kosmicznego chłodu, jest w "Timeless" uczucie. Okazuje się, że androidy też kochają, cierpią, mają swoje pragnienia, nadzieje, szczęścia i smutki. Ale uwielbiam "Timeless" nie tylko dlatego, że cenię artystów odważnych, mierzących wysoko, malujących na wielkich płótnach. Również dlatego, że robocie Price'a i Playforda po prostu nikt z jungle'owego podwórka nie dorównał.
(T-Mobile Music, 2012)

Saturnz Return (1998)

Clifford Price stał przed trudnym zadaniem, gdy rozpoczął pracę nad następcą debiutanckiego longplaya "Timeless", zgodnie uznawanego za jungle'owy majstersztyk, który modę podziemnych angielskich klubów uczynił na chwilę najgorętszym stylem muzyki elektronicznej. Powodowany najpewniej przerostem dumy, ambicji i odwagi, zdecydował się zagrać vabank. "Saturnz Return" to aż dwa kompakty wypełnione muzyką po brzegi. CD1 to głównie godzinna quasi-symfonia "Mother", w której pierwszy dźwięk instrumentu pojawia się po sześciu minutach ambientowych szmerów, a bit wchodzi dopiero w dwudziestej drugiej minucie. Zamarznięta ballada "Truth", nawiedzona śpiewem Davida Bowiego (wówczas na maksa pochłoniętego drum'n'bassem), brzmi jak najwyżej notowana nowość na liście przebojów planety Saturn. CD2 oferuje wgląd w fascynująco eklektyczny świat inspiracji Goldiego. Artysta najwyraźniej chciał ożenić synkopowane pętle bębnów z każdym możliwym stylem. Industrialna agresja (wykrzyczana głosem Noela Gallaghera) "Temper Temper" zmieściłaby się na albumie The Prodigy. KRS-One rapuje gościnnie w "Digital". Emocjonalnym centrum dysku jest wzruszające, dedykowane bratu "I'll Be There For You". "Believe" i "Crystal Clear" flirtują z jazzowo-soulowymi wokalizami. I kiedy wydaje się, że Goldie wymiękł, serwuje na finał bezkompromisowe "Demonz", potwierdzając aspiracje awangardowe. Nawet jeżeli jego złote zęby już dawno zardzewiały, wtedy świeciły pełnym blaskiem.
(T-Mobile Music, 2012)

Zacznijmy może od tego, że Goldie jest artystą wyjątkowym. Wiem, słyszeliście już podobne określenia z tysiąc razy. No więc przykro mi, ale tym razem nie jest to frazes. Oto przed wami człowiek, który tworzy muzykę niepodobną do niczego innego. Nie podobną do niczego, co było przed nim. Nie chcę się tutaj kłócić z koneserami elektronicznego grania o to, kto wynalazł styl jungle i tak dalej. Nie chcę, bo wiem, że zaraz jakiś spec wyskoczy z kilkoma tytułami z lat czterdziestych i wtedy dopiero będzie śmiesznie. Mimo to, ogromnie wiele przemawia za tym, że to Goldie był pionierem w tym temacie. I temat ów wyniósł ponad poziom wody. A nawet jeśli się mylę, to przecież właśnie on, a nie kto inny nagrał Timeless, prawda?

Tak więc minęły trzy lata i artysta wydał swój drugi długogrający album. Inny od genialnego debiutu. Prawdę mówiąc, "inny" to bardzo mało powiedziane. Diametralnie inny. Całkowicie odmienny. Różniący się od poprzednika pod każdym względem. Timeless był arcydziełem formy. Chyba nikt wcześniej nie wyraził kilkudziesięciu minut muzyki w sposób tak idealnie, chciałoby się rzec "symetrycznie" skonstruowany. Poszczególne utwory zamieniały się w efekcie w fenomenalny kształt, doskonały od każdej strony. Saturnz Return jest natomiast dziełem wyrosłym z fascynacji eklektyzmem. Dziełem poszukującym, otwierającym nowe korytarze między poszczególnymi gatunkami. Dziełem, a jakże, nowatorskim. Choć nie tak oszałamiającym w swej nowości, jak płyta debiutancka. Najważniejsze zostało powiedziane już wcześniej. Artysta wynalazł swój niepowtarzalny język dźwiękowy. Teraz starał się go wzbogacić, a to za pomocą inkrustacji nowymi elementami stylu. Myślą przewodnią jest tu kontrast. Efektem takiej koncepcji stała się muzyka zachwycająca wielością rozwiązań, niezliczoną liczbą pomysłów i barw. Muzyka czerpiąca z najprzeróżniejszych źródeł, a jednak spójna, i, co najważniejsze, wciąż oryginalna.

Praca nad Saturnz Return musiała być dla Goldiego ogromnym wyzwaniem. Cóż, startować z takiego, niemal z miejsca historycznego pułapu, to rzecz trudna. Powiedziałem: zupełnie inny album. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do krystalicznie czystego formalnie Timeless, jest to album dwupłytowy. Aczkolwiek muszę tu natychmiast wyjaśnić, co to oznacza. Doba nośników analogowych zaowocowała mnóstwem wybitnych dzieł składających się z dwóch krążków. Jednak ich łączna długość zwykle pozwala im bez problemu zmieścić się na jednym kompakcie. Generacja cyfrowa umożliwia większą ekstrawagancję. I tak, Goldie zaprezentował na Saturnz Return sto pięćdziesiąt minut muzyki, które podzielone równiutko po połowie, zajęły dwie płyty, podczas gdy w latach siedemdziesiątych potrzebowałyby aż czterech. Trzeba przyznać: przytłaczający czas trwania albumu. Ale, o dziwo, przy odpowiednim poświęceniu ze strony słuchacza, nie nuży on ani przez moment. Przyczynia się temu nie tylko wspomniana różnorodność, ale również bezbłędne rozplanowanie dramaturgii – każdy fragment, jak w układance, zajmuje dokładnie to miejsce, które powinien, co sprawia, że przebrnięcie przez te dwie i pół godziny nie jest męką, ale niekłamaną przyjemnością.

Dysk numer jeden z zestawu zawiera tylko dwa utwory. Pierwszy z nich to ponad godzinny (!) "Mother"; wiele wskazuje, że to pierwsza tego typu kompozycja w historii. Jest to rodzaj symfonii, czy może raczej rozbudowanej suity, opracowanej na brzmienia programowane komputerowo, a także na szesnaście skrzypiec, osiem altówek, cztery wiolonczele, dwa kontrabasy oraz głosy. Porównania z "III Symfonią" Góreckiego wydają się śmieszne, a to choćby ze względu na wszechobecne pętle rytmu w "Mother", które pana Góreckiego byłyby w stanie ogłuszyć. Poza tym nie sądzę, by utwór Goldiego można z czymkolwiek porównać, bez narażania się na śmieszność. Z pewnością, jest to utwór pełen nieodpartych emocji i uczuć. Ale z powodu swojej długości jest również bardzo trudny w odbiorze jako całość. Konia z rzędem temu, kto wysłuchał go choć raz od początku do końca przy pełnej koncentracji! Muzyka poważna nowego stulecia? Taka sentencja jest może nawet zbyt oczywista.

Natomiast utwór drugi z pierwszego krążka to kilkuminutowa impresja "Truth". Tylko wokal i jakieś kosmiczne dźwięki dookoła. Zaśpiewał w niej człowiek, którego głos nadawał się do tego wręcz idealnie. David Bowie. Nie tylko dlatego, że w ciągu wielu lat swojej kariery sam dał się poznać jako artysta eksperymentujący, a na dwóch albumach z lat dziewięćdziesiątych, 1.Outside i Earthling zaprezentował muzykę całkiem pokrewną temu, co tworzy Goldie. To jest coś, co trudno wytłumaczyć. Po prostu nikt, ale to nikt inny nie zaśpiewałby tej partii tak przeszywająco jak on. Tak więc, gdy Bowie ją rozpoczyna, po plecach słuchacza zaczynają wędrować mrówki. I nic na to nie da się poradzić. Potem krótka przerwa i otrzymujemy skrawek kompozycji "Letter Of Fate", której pełna wersja znajduje się na płytce drugiej.

A płytka druga to, jak już wspomniałem, kalejdoskop nastrojów i klimatów. Rozpoczyna się agresywnym, industrialnym niemal atakiem rytmu i gitary (na której gościnnie zagrał Noel Gallagher) w "Temper Temper". Później jest "Digital", (średnio udana) próba mariażu brzmień jungle'owych z hip-hopem. Mamy tu także dwa spokojniejsze fragmenty – wspomniany "Letter Of Fate", śpiewany przez samego mistrza, oraz kołyszącą pieśń nadziei "Believe". Ale o obliczu dzieła decydują głównie długie utwory, misternie splecione z nakładających się na siebie tematów i melodii, a przede wszystkim pętli rytmu, przenoszące jungle do świata muzyki awangardowej. Takimi majstersztykami są "Dragonfly" i "Chico – Death Of A Rockstar", oraz nieco krótsze, choć równie intensywne "Fury – The Origin" i "Demonz". Brzmią one surowiej i mocniej, niż pamiętne pasaże z debiutu.

Na koniec zaś zostawiłem dwie perły, okraszające całosć, będące jej ozdobą. "Crystal Clear" zaczyna się jak nowo-jazzowa ballada, by stopniowo przerodzić się, dzięki transowemu motywowi basu w mroczną podróż w nieznane. Natomiast "I'll Be There For You" otwiera gwiezdna przestrzeń, by zaraz ustąpić jednostajnym rytmicznym pętlom. Ale oto pod koniec na te pędzące bez wytchnienia, samplowane partie basu i bębnów nałożona zostaje owa przestrzeń z początku. Cały Goldie...

Ach, tak. Nie obędzie się, jak zwykle, bez kilku ironicznych uwag. Otóż na rynku codziennie pojawia się trzystu nowych wykonawców drum'n'bassowych, opisywanych przez rozmaitych "ekspertów" jako czołowych, niedoścignionych i niepowtarzalnych twórców tego gatunku. Nie wierzcie im. Epigonów jest mnóstwo, Goldie jeden. Dobrze, jest jeszcze Roni Size (no bo pan Tobin to chyba jednak inny sport). I na koniec: nazywanie Saturnz Return muzyką taneczną jest nie tyle komiczne, co po prostu żałosne. Pozdrawiam.
(Porcys, 2001)

"Sine Tempore" (2009)

Podobnie jak przed tygodniem dziś znów chcę się trochę podroczyć z samą definicją "muzyki poważnej". Cliff Price to ikona "nowych brzmień", współtwórca i pierwszy wielki gwiazdor stylu jungle, który co najmniej trzy razy zrewolucjonizował wyobrażenie na temat artystycznego potencjału tego nurtu. Natomiast dla fanów Goldiego spoza UK pewnym zaskoczeniem może być fakt, że ich idol to również postać niezwykle medialna – wygadany skandalista, który skupia uwagę surowym, miejskim magnetyzmem i wszędzie go pełno. Nic więc dziwnego, że facet wielokrotnie występował w telewizyjnych shows – od tanecznego Strictly Come Dancing, przez celebrycką edycję Big Brothera, aż po kulinarne Come Dine With Me.

Jednak najciekawszym z tych programów wydaje się sześcioodcinkowy (wyprodukowano jeden sezon) Maestro z 2008 roku, gdzie znani miłośnicy classical music uczyli się "na dyrygenta". Goldiemu wprawdzie nie udało się wygrać, ale zajął drugie miejsce, a przy okazji na tyle "wkręcił się" w temat, że w 2009 roku w przeciągu paru miesięcy postanowił nauczyć się sztuki prawdziwie "partyturowego" komponowania. Zresztą BBC poświęciło tym jego zmaganiom dwugodzinny dokument, którego poza urywkami z YouTube jeszcze nie widziałem. Zwieńczeniem całej akcji było wykonanie w Royal Albert Hall dzieła zatytułowanego "Sine Tempore" (łaciński odpowiednik słowa "Timeless" – co by nie mnożyć bytów) przez Orkiestrę Koncertową BBC i Chór Filharmonii Londyńskiej pod dyrekcją Charlesa Hazlewooda.

Cała "intryga" polegała na tym, że zanim Goldie przystąpił do zabawy – nie znał nut. Teoretycznie to w klinicznych warunkach zapis konfrontacji żywej legendy elektroniki z formatem "poważkowym". Aczkolwiek Goldie miał już na koncie utwory formalnie ocierające się o symfoniczny rozmach – choćby właśnie "Timeless" czy godzinną suitę "Mother" z albumu Saturnz Return. I może dlatego ten "cyrk" ma jakiś głębszy sens, bo dotyczy magicznego zespolenia sztucznie izolowanych światów, sprowadzenia ich wyróżników do wspólnego mianownika zwanego po prostu muzykalnością. Ciekawym wprowadzeniem do tej historii (i do samego "Sine Tempore") wydaje się rozmowa Goldiego z legendarnym Paulem Morleyem, gdzie autor "Inner City Life" popisuje się swoim niesamowicie intensywnym i treściwym flow. Polecam obejrzeć – Goldie oświadcza "I'm not a Mozart guy, but I'm definitely an Elgar guy...", odkrywa, że organy to "pierwszy syntezator", zwraca uwagę, że LUDWIG VAN przesuwał całe sekcje niczym loopy w secie didżejskim, wreszcie przyznaje, że nauczył się orkiestracji poprzez rozkładanie jednej melodii na różne instrumenty.

A sama pracka? Trwająca osiem minut robi wrażenie niedopieczonego szkicu o lekko łukowych konturach. Niewiele dzieje się tu harmonicznie (a dziwne, biorąc pod uwagę jazzową aurę dyskografii Goldiego), zaś głównie zagospodarowane są sfery barwowe i rytmiczne. Zakładam, że kręgi akademickie nawet na to nie splunęły, a garść pozytywnych głosów (poza komentarzami szalikowców – to naprawdę wierne grono) oparto raczej o "taryfę ulgową" dla uczestnika reality show. Skojarzenia? Nic bezpośredniego, szyję teraz: może jakiś Górecki z III Symfonii, może Elgar (skoro Goldie się na niego powołuje), może dysonanse Pendereckiego w otwarciu, może jakieś pochmurne przestoje Ivesa, pianistyczna kombinatoryka Weberna, chóralne uduchowienie Pärta? Niby dla każdego coś miłego, choć efekt końcowy w tym kontekście średnio zachwyca. Ale nawet jeśli do "Sine Tempore" nie wrócę z przyczyn stricte muzycznych, to miny Goldiego – tyleż podjaranego, co zestresowanego prapremierą w tak wzniosłych okolicznościach – są tego absolutnie warte.
(2017)

* * *

"Rewolucje Goldiego"

Trudno wskazać równie zwariowaną postać w brytyjskiej muzyce ostatnich trzech dekad. Nawet w przebogatej galerii tamtejszych celebrytów-dziwaków wydaje się zupełnym unikatem i angielskim skarbem narodowym. Goldie to mocny argument za tezą, że najciekawsze zjawiska są zwykle produktem bogactwa wpływów i kulturowego kolorytu. To osobowość maniakalna, pełna sprzeczności i paradoksów. To także kuriozalne, wizerunkowe „roztrojenie jaźni”. Z jednej strony zuchwały innowator drum & bassu i kultowa persona didżejskiego undergroundu, do którego autorskiego języka muzycznego odnoszą się kolejne odnogi synkopowanej elektroniki. Z drugiej – uduchowiony filozof i piewca samorozwoju, naiwnymi niekiedy uniesieniami ocierający się o wrażliwość newage'ową skrzyżowaną z lekturą prozy Paulo Coelho. Wreszcie z trzeciej – postać niezwykle medialna, wygadany awanturnik, który skupia uwagę surowym, miejskim magnetyzmem i wszędzie go pełno – od bulwarowych skandali, aż po głośne małżeństwa, rozwody i romanse (w tym z islandzką ikoną popkultury Björk czy supermodelką Naomi Campbell). Dla jednych natchniony geniusz, dla drugich żywy symbol pretensjonalności, megalomanii i chorych ambicji, który w studiu wysługiwał się lepiej wykwalifikowanymi współpracownikami, by potem deprecjonować ich wkład. Tak, zanim w USA pojawił się Kanye West, w latach 90. na Wyspach szalał Goldie.

„Wszystko, czego się nauczyłem, każdy, kogo spotkałem, wszystko, czego doświadczyłem – jest w mojej muzyce”, mawiał. Clifford Price urodził się w roku 1965 w angielskim mieście Walsall, w hrabstwie West Midlands. Spotkał go całkiem specyficzny i trudny start. Ojciec, jamajski obieżyświat, wyjechał do Stanów Zjednoczonych wkrótce po narodzinach Cliffa. Zaś matka, szkocka wokalistka występująca w pubach, szybko postanowiła oddać syna do rodziny zastępczej. Mały Goldie prawie nie miał z nią kontaktu, choć twierdzi, że dokładnie pamięta dzień, w którym został zabrany z rodzinnego domu. Miał wtedy trzy lata. W przyszłości, już jako kontrowersyjna i wzbudzająca skrajne emocje osoba publiczna, będzie wielokrotnie próbował tłumaczyć swoje napady agresji i porywczy temperament piętnem traumatycznych przeżyć z głębokiego dzieciństwa. Matce po długiej rozmowie wybaczył dopiero kilka lat temu, gdy dojrzał do niemal buddyjskiego w wymowie przeświadczenia, że porzucając go, po prostu podjęła złą decyzję – a to przecież ludzka rzecz. Jednak gen rodzinnej patologii przeniósł także na swojego syna Jamiego, który w 2010 roku został skazany na dwadzieścia jeden lat więzienia za morderstwo członka wrogiego gangu.

Jeszcze w Walsall młody Goldie uciekał od codziennych problemów w świat muzyki. Z początku fascynowały go zasłyszane tu i ówdzie strzępki punk rocka, komercyjnego popu, reggae i funku. Gdy mieszkał tymczasowo u ojca w Miami, poznał smak łagodniejszych produkcji jazzowych, a podczas pobytu w Nowym Jorku zetknął się z najnowszymi trendami w muzyce elektronicznej. W międzyczasie pokochał też kulturę hip-hop oraz graffiti, do którego zamiłowanie dzielił z Robertem „3D” Del Nają, przyszłym liderem Massive Attack. „Dzięki graffiti nauczyłem się, jak zrobić coś z niczego”, wspomina. Ten imponujący rozstrzał młodzieńczych inspiracji w logiczny sposób wyjaśnia, skąd potem wziął się nieokiełznany eklektyzm nagrań dorosłego Goldiego. Jak twierdził, drum & bass to zupełnie nowy nurt, który wszakże nie wziął się znikąd – jego korzenie to jazz, blues, reggae i dancehall, sprowadzone do wspólnego mianownika i napędzane nieprzewidywalnymi możliwościami nowoczesnych technologii. Innymi słowy – z rytmicznej perspektywy drum & bass jest tym dla jazzu, czym techno czy house dla rocka. I chociaż sam Goldie nie był ani wynalazcą, ani nawet kodyfikatorem tego stylu, to historycznie przypadła mu rola jego podwójnego ambasadora. Po pierwsze nikt inny tak odważnie nie spenetrował formalnych granic tej muzyki, odmieniając jej idiom przez dosłownie wszystkie dostępne przypadki. A po drugie dzięki ogromnej charyzmie momentalnie stał się jedną z największych osobowości medialnych całej rozkwitającej w połowie lat 90. brytyjskiej muzyki tanecznej.

Momentem przełomowym w procesie artystycznego samouświadamiania były dla Goldiego przenosiny do stolicy. W Londynie wisiała wtedy w powietrzu kolejna klubowa rewolucja. Z późnego rave'u powoli wyłaniała się zupełnie świeża, zwariowana fuzja brzmień analogowych i cyfrowych. W miejscówce o nazwie Rage at Heaven znalazł Goldie długo wypatrywaną przystań. Swoje debiutanckie nagrania opublikował pod pseudonimami Ajax Project, Rufige Kru1 i Metalheadz, a w międzyczasie założył też oficynę Metalheadz Records, dla której wydawali Source Direct, Photek, Optical, Dilinja, Adam F i wiele innych, czołowych postaci sceny jungle. Nic dziwnego, że już wkrótce kariera Goldiego nabrała niesamowitego przyśpieszenia. Według ekspertów w następnych paru latach odmienił on aż trzykrotnie oblicze drum'n'bassu. Aczkolwiek warto zaznaczyć, że nadal trwa akademicki spór o „zawartość Goldiego w Goldiem” – czyli o faktyczny wkład naszego bohatera w sygnowaną przezeń muzykę. Sceptycy utrzymują, iż w studiu Goldie porusza się niczym dziecko we mgle, a bez pomocy znakomitych realizatorów odpowiadających za tzw. sound designw pojedynkę niewiele potrafi zdziałać. Z kolei fani artysty zauważają, że techniczny aspekt twórczości to nie wszystko – bo przecież bez Goldiego owi magicy studia kreują rzeczy może i kompetentne warsztatowo, ale pozbawione ducha, urody i rozmachu, z jakich znany jest Goldie.

Sam zainteresowany dość enigmatycznie definiuje swoją rolę w procesie twórczym, obwieszczając się kimś w rodzaju katalizatora – alchemika dźwięku i formy. Przy okazji porusza pasjonującą, filozoficzną kwestię „autorstwa” w wyjątkowo zagmatwanym i wielowarstwowym środowisku edycyjnym drum & bassu, gdzie z programowanych pętli, przetwarzanych sampli i ścieżek żywej instrumentacji klei się rodzaj dźwiękowego patchworku. „Nigdy nie chciało mi się uczyć, jak naciskać przyciski”, podkreśla. I dodaje z typową dla siebie egzaltacją: „Często patrzę na muzykę nie tyle jako producent, ile jako... reżyser. Zbieram w jednym pomieszczeniu realizatorów, wykonawców i aranżerów, aby w rezultacie powstało coś magicznego. To podobne podejście jak u wielkich reżyserów filmowych w rodzaju Stanleya Kubricka czy Paula Thomasa Andersona. Najpierw mają wizję, a następnie ustawiają aktorów, operatorów i montażystów tak, aby ukończyć dzieło". Nietrudno dostrzec w tym opisie analogię do metody twórczej Milesa Davisa z elektrycznego etapu fusion w latach 70. Nierzadko krytykowany za mizerny potencjał stricte artykulacyjny i interpretacyjny w obsłudze trąbki, Miles otaczał się grupą wybornych improwizatorów, a następnie razem z Teo Macero dokonywał cudów na stole montażowym dzięki fantastycznemu wyczuciu narracji i dramaturgii. Należy podejrzewać, iż Goldie pracował w identyczny sposób.

Pierwszy z trzech wspomnianych przełomów to epokowy singiel „Terminator” z 1992 roku, sygnowany nazwą Metalheadz. Rewolucyjność ma tu dwa oblicza – technologiczne i emocjonalne. Owszem, zwykło się podkreślać, że w tym nagraniu Goldie pioniersko użył techniki zwanej potocznie timestretchingiem, która niebawem stała się fundamentalnym środkiem wyrazu w obrębie jungle. Jak wskazuje nazwa, polega ona na rozciąganiu w czasie dowolnego sampla (tak aby pasował do danego tempa), lecz bez modyfikacji samej tonacji. Natomiast być może istotniejszy był klimat utworu – mroczny, chłodny, odhumanizowany. „Czułem się jak buntownik. To był wtedy nowy, miejski blues. Mrok odzwierciedlał nastroje społeczne kraju pogrążonego w recesji”, wspomina Goldie. Taka poetyka zdefiniowała krótkotrwałą modę na „zmutowany” podgatunek jungle zwany darkcore, który grubą kreską oddzielił na mapie rave'u radosne, euforyczne podrygiwanie od ponurego podbrzusza klubowej sceny, napędzanego maszynowymi breakbeatami. Bezkompromisowy „Terminator” do dziś robi ogromne wrażenie jako ryzykowny eksperyment na gruncie „dźwiękowego terroryzmu” – zarówno w czysto estetycznym, jak i politycznym wymiarze.

„Terminator” narobił sporo zamieszania w środowisku nowej muzyki tanecznej na Wyspach. Goldie prędko zrozumiał, że wobec naporu wyrastającej jak grzyby po deszczu armii naśladowców musi uciekać do przodu, by zachować odrębność głosu. Przeczuwał też, że anioł tkwi w szczegółach. A dokładnie – w żeńskich wokalizach wzorowanych na soulu z lat 80., których adaptacja złagodziła radykalne jak dotąd ostrze jego muzyki. Kamieniem milowym na tej drodze i drugim wielkim przełomem w artystycznej ewolucji Price'a był singiel „Angel” z 1993 roku, w którym swojego tyleż aksamitnego, co potężnego głosu udzieliła nieżyjąca już postjazzowa wokalistka Diane Charlemagne z eurodance'owej grupy Urban Cookie Collective. Mikstura opętańczych bitów z niemal newage'ową przestrzenią i popisami Charlemagne za mikrofonem nadała stylowi Goldiego niespotykanego wcześniej blasku i zbliżyła go do szeroko rozumianego popu. Aczkolwiek prawdopodobnie z powodu mało piosenkowego przebiegu kompozycji, pozbawionej schematycznego podziału na zwrotki i refreny, legalne stacje radiowe odmawiały odtwarzania „Angel”. Po latach Goldie triumfował: „Ludzie wtedy mówili, że to się nigdy nie wydarzy, ale dla mnie zmiana w radiu była nieuchronna – cóż, dziś ten kawałek brzmi zupełnie konwencjonalnie”.

Po kilku sezonach testowania brawurowych pomysłów na podziemnej publiczności, w karierze Goldiego przyszła wreszcie era na mainstreamowy rozgłos przy premierze pełnowymiarowego debiutu fonograficznego. Dzięki wydanemu we wrześniu 1995 roku „Timeless” Price dołączył do wąskiego grona wykonawców takich jak chociażby The Beatles, Pink Floyd czy Michael Jackson, którym udało się za jednym zamachem zarówno zebrać znakomite recenzje, jak i osiągnąć wielki sukces komercyjny – to w końcu pierwszy drum'n'bassowy album, który pokrył sie platyną. Płyta była kulminacją wielu lat pracy – znaczna część materiału powstała wcześniej, a przymiarki do tytułowej suity Goldie datuje na rok 1993.

Utwór ten, uznawany za trzeci przełom w dziejach jungle i wynoszący ten format do rangi sztuki przez wielkie S, nadal budzi respekt monumentalnym rozmachem wielowątkowej konstrukcji, konceptualnie bliskiej dokonaniom zespołów z kręgu rocka progresywnego. Inne fragmenty płyty doprowadziły do perfekcji ideę zasugerowaną wcześniej w „Angel”. Goldie i współproducent Rob Playford wznieśli się w nich na szczyty wirtuozerii i wyrafinowania w operowaniu studyjnym ekwipunkiem. Wspólnie namalowali futurystyczne, sterylne i brzmieniowo nieorganiczne freski, emanujące nienachalnym duchem science fiction i fantastyki. Aczkolwiek mimo tego kosmicznego chłodu, da się też wyczuć w „Timeless” nutę szczerej tęsknoty. Obowiązkowe uzupełnienie albumu stanowi opublikowana rok później, wyśmienita kompilacja „Metalheadz Presents Platinum Breakz”, której Goldie był kuratorem – równie ważny dokument tamtej ery, zdaniem obserwatorów wiernie portretujący drum'n'bassowe szaleństwo w Wielkiej Brytanii połowy lat 90.

Price stał przed trudnym zadaniem, gdy rozpoczął pracę nad następcą „Timeless”, zgodnie uznawanego za jungle'owy majstersztyk, który modę podziemnych angielskich klubów uczynił na chwilę najgorętszym stylem muzyki elektronicznej. Wydany w 1998 roku podwójny album „Saturnz Return” był pomnikiem jego chorej ambicji i brawury, ale także ekstrawagancji, megalomanii i bezgranicznej wiary w swoje umiejętności. To apogeum maksymalizmu Goldiego – aż sto pięćdziesiąt minut muzyki kontrastowej, poszukującej, otwierającej nowe korytarze między poszczególnymi gatunkami, przygniatającej wielością rozwiązań, niezliczoną liczbą pomysłów i barw, a zarazem bezbłędne rozplanowanej pod względem dramaturgii – bo każdy fragment, jak w układance, zajmuje tu adekwatne miejsce.

Pierwszy kompakt to głównie godzinna, hardcorowa quasi-symfonia „Mother”, którą pewien krytyk dość celnie nazwał „jednym z najbardziej imponujących przykładów teatralnego ambientu”. Filharmoniczna aranżacja na szesnaście skrzypiec, osiem altówek, cztery wiolonczele, dwa kontrabasy oraz chór zapewniły jej szokujące porównania z „III Symfonią” Góreckiego. Dysk dopełnia ballada „Truth” o lodowatej atmosferze, nawiedzona śpiewem Davida Bowiego, który chwilę wcześniej na płycie „Earthling” sięgnął po patenty wyraźnie nawiązujące do estetyki drum'n'bassu. Drugie CD daje wgląd w fascynująco eklektyczny świat inspiracji Goldiego, który najwyraźniej chciał ożenić synkopowane pętle bębnów z każdym możliwym stylem – rockiem industrialnym, rapem, a także ponownie z new age'em, soulem i fusion. Intrygującym suplementem i zarazem rewersem „Saturnz Return” był ujawniony kilka miesięcy później zbiór remiksów i premierowych nagrań płyty, rodzaj przewrotnego powrotu do – a może raczej nagłej retrospekcji – „starej szkoły” hardcore jungle, od której Goldie zaczynał swój marsz ku pretensjonalnie nawarstwionym strukturom „Saturnz Return”. 

W 2008 roku Price wziął udział i zajął drugie miejsce w telewizyjnym talent show Maestro, gdzie uczył się dyrgentury. A rok później postanowił zgłębić tajniki kompozycji, co udokumentowała stacja BBC. Finałem całej akcji było wykonanie w słynnym Royal Albert Hall dzieła zatytułowanego „Sine Tempore” przez Orkiestrę Koncertową BBC i Chór Filharmonii Londyńskiej pod dyrekcją Charlesa Hazlewooda. I chociaż ośmiominutowa praca Goldiego przypomina niedopieczony szkic autorstwa partyturowego neofity, to konfrontacja twarzą w twarz żywej legendy elektroniki z dostojnością akademickiego formatu orkiestrowego ma jakiś głębszy sens, bo dotyka magicznego zespolenia sztucznie izolowanych światów, sprowadzenia ich wyróżników do wspólnego mianownika, zwanego po prostu muzykalnością. Flirt z klasyką Price zwieńczył jak na razie wykonaniem swojego arcydzieła „Timeless” z towarzyszeniem The Heritage Orchestra – w 2014 roku, w Londynie i Bristolu. Warto też podkreślić, że Goldie działa również aktywnie na innych polach niż muzyka. W młodości rozmiłowany w graffiti, od pewnego czasu zostawia coraz wyraźniejszy ślad w środowisku sztuk wizualnych – kilkakrotnie wystawiał swoje instalacje i rzeźby w Londynie czy na Ibizie. Liznął aktorstwa – zagrał w hitowym „Przekręcie” Guya Ritchiego czy w bondowskim „Świat to za mało”. Wielokrotnie występował też w popularnych programach telewizyjnych – od tanecznego Strictly Come Dancing, przez celebrycką edycję Big Brothera, aż po kulinarne Come Dine With Me.

„Moim przeznaczeniem na Ziemi jest pozostawić po sobie dorobek”, stwierdził kiedyś Goldie. I chociaż takie deklaracje pachną nieznośną skalą samozachwytu, to jego pracoholizm, wszechstronność i konsekwencja pozwalają fanom uwierzyć w spełnienie wyznaczonego celu. Wprawdzie misję wzbogacania, uszlachetniania i poszerzania granic drum'n'bassu zakończył w XX wieku, a jego późniejsze nagrania studyjne raczej mniej lub bardziej udanie recyklowały te same pomysły z lat 90. Jednak pomimo utraty bezpośredniego wpływu na bieg wydarzeń we współczesnej muzyce rozrywkowej, Goldie wciąż pozostaje ważną referencją dla następnych pokoleń twórców narracji, którą słynny krytyk Simon Reynolds określił mianem „hardcorowego kontinuum”. Bez najambitniejszych przejawów jungle nie byłoby nie tylko grime'u i dubstepu, które na poziomie eksperymentu rytmicznego wychodzą w prostej linii od drum'n'bassowej cyfrowej synkopy, ale i okołochicagowskiego zamieszania wokół stylów juke i footwork, a także niedawnych prób z pogranicza wonky i tzw. purple soundu. Jednak przede wszystkim chyba dziś, gdy za rogiem czyha już epoka sztucznej inteligencji, audialne warianty przyszłości zaproponowane przez Goldiego pod koniec lat 90. wydają się sensacyjnie profetyczne i przez to automatycznie dostają nowy termin przydatności do spożycia.

(Dwutygodnik, 2018 – zawiera EKSCERPTY z moich wcześniejszych notatek o artyście)

* * *

eksperci powiadają, że podobnie jak Kanye z hip hopem dekadę później, Goldie trzykrotnie odmienił oblicze drum'n'bassu. najpierw w stylotwórczym nagraniu "Terminator" wynalazł technikę zwaną "timestretching" polegającą na rozciąganiu w czasie dowolnego sampla (tak aby pasował do danego BPM) bez modyfikacji samej tonacji (czytaj: bez efektu "wiewiórek"). potem w utworach typu "Angel" ożenił radykalne ostrze jungle z soulowymi wokalizami, co nadało obu elementom dość nietypowego, niespotykanego wcześniej blasku i wykreowało nowy kontekst "dźwiękowego terroryzmu". wreszcie monumentalnym rozmachem wielowątkowych, progresywnych kompozycji w rodzaju avant-jungle'owego "Timeless" i zwłaszcza godzinnej "symfonii hardkoru" w "Mother" przeniósł nurt blisko formatu "filharmonicznego", by następnie samemu porwać się na true poważkę w ramach telewizyjnego show BBC (patrz wyżej). 

wykształcenie autorskiego języka (wtedy określano to jako "jazz XXI wieku") łączącego hipnotyczny minimalizm spod znaku Glassa i ekstatyczny maksymalizm fusion dało Price'owi status unikalnego pioniera, do którego odnoszą się kolejne odnogi synkopowanej elektroniki. bez Goldiego i Metalheadz nie byłoby DJ Rashada, Traxmana i całego około-chicagowskiego zamieszania juke, footworku, a także międzynarodowych prób z pogranicza wonky i purple soundu. ale przede wszystkim chyba dziś, gdy za rogiem czyha epoka sztucznej inteligencji, audialne warianty przyszłości zaproponowane przez Goldiego pod koniec lat 90. wydają się sensacyjnie profetyczne i dostają nowy termin przydatności do spożycia. 

reasumując: być może to kwestia pokoleniowa, ale niezależnie od kuriozalnego wizerunkowego "roztrojenia jaźni" (new age'owa przestrzeń "użytkowa" w muzyce vs podziemna/uliczna persona sceny didżejskiej vs celebryckie jazdy w TV i na okładkach brukowców) i kontrowersji wokół realnego wkładu licznych współpracowników (znam wtajemniczonych ziomków, według których Rob Playford na luzie zgarnia połowę respektu za materiał na Timeless) wierzę, iż LEGACY Goldiego pozostaje z zakończeniem otwartym, gdzie nasi potomkowie będą stopniowo dopisywać kolejne rozdziały.

i moje (wyjątkowo) top 15:

1. Sea of Tears
2. I'll Be There For You
3. Crystal Clear
4. Angel
5. Truth

6. Inner City Life
7. Latin Skin
8. You & Me
9. State of Mind
10. Believe

11. Sensual
12. What You Won't Do For Love
13. Kemistry
14. Terminator
15. Saint Angel
(2017)