GALINA USTWOLSKA

 

Sonaty fortepianowe (1947-1988)

Rzutem na taśmę, z leciutkim poślizgiem, ale wciąż jeszcze niedzielnie zapraszam do skromnej, partyturowej wieczerzy. I jeśli tydzień temu wspomniałem Gubajdulinę, to dziś po prostu nie mogłem nie przeciwstawić jej Ustwolskiej, tak jak niegdyś nie dało się nie stawiać przeciw sobie Jaya i Nasty Nasa. Choć nie o beefy tu chodzi, lecz o zbliżony rodzaj "panteonu koneserów" w radzieckiej poważce. Te dwie uduchowione, ascetyczne wyrazowo damy w wąskich, sekciarskich kręgach wtajemniczonych zajmują miejsce szczególne, acz nadal bywają karygodnie pomijane w zbiorczych opracowaniach XX wieku. Starsza od Sofii o ponad dekadę Galina również dopiero na fali ustrojowych przemian dała się poznać "zachodnim" słuchaczom. Całe życie związana z Petersburgiem, studiowała m.in. u Szostakowicza, z którym romansowała (a raczej to on bardziej darzył ją uczuciem i komplementował dorobek). Po epizodzie z twórczością bazgraną na zamówienie władz potrafiła przez jedenaście lat nie napisać ani jednej nutki. A jej artystyczny peak przypada, o dziwo, na "po pięćdziesiątce" i "po sześćdziesiątce".

Z prac Galiny z którymi miałem jak dotąd styczność poleciłbym sześć sonat fortepianowych. Niby traktowanie ich jako jednej, sześcioczęściowej suity to lekkie nieporozumienie, gdyż pierwsza sonata powstała w 1947 roku, a ostatnia w 1988 – przepaść świadomości, głębi, samodyscypliny, no i kontekstu zewnętrznego. A jednak słuchane ciurkiem trwają siedemdziesiąt minut, więc można je uznać za całość na zasadzie "płyty CD" z lat 90., dokumentującej ewolucję indywidualnego języka na przestrzeni czterech dziesięcioleci. Ustwolska buńczucznie twierdziła, że nawet gdy komponuje na jeden instrument, to nie można jej muzyki określać mianem "kameralnej". W sonatach ten paradoks absolutnie przekonuje i działa, a to z powodu niesamowitej intensywności celowo oszczędnego materiału. Cykl szedł od warsztatowego ćwiczenia kontrapunktów w "jedynce", przez absurdalnie zawieszony ciąg miarowych pacnięć w "dwójce", zmiany tempa i nastroju w najdłuższej "trójce", po geometryczny surrealizm jeszcze dziwniejszej "czwórki", gdy nagle kompozytorka zamilkła. Do cyklu wróciła prawie 30 lat później niewybaczalnie brutalnymi klasterami "piątki" i ponoć dosłownie bolesnej w wykonaniu "szóstki". To nagi, osobisty komentarz do komunistycznego terroru w Leningradzie. Po tak ekstremalnych dźwiękach trudno się otrząsnąć.
(2017)

 

GALVIN PARIS

 

"Solaris"

Mam nadzieję, że tak jak i my śledzicie rozwój Galvina Parisa. Już pula debiutanckich trzech numerów na jego Majspejsie zdradzała potencjał i wlewała nadzieję w serca wszystkich "sierot" po Obrońcach Hardkoru, do jakich redakcja Porcys się niewątpliwie zalicza (mnie osobiście szczególnie przypadł do gustu "dziarski" bit "Kroniki Mietków"). Aczkolwiek znalazły się też głosy sceptyczne, a MZ nawet postulował, że obiecujący skądinąd Galvin musi jeszcze zjeść "wagon ryżu", by dorównać swoim oczywistym prekursorom (ksywa "Lil Terminator" nie wzięła się z dupy!). Tymczasem nasz bohater zapostował w międzyczasie nowy track, "Solaris", i dość jednoznacznie dał do zrozumienia obserwatorom, że żarty się skończyły. Tak odważnych ruchów nikt by się po młodym adepcie hip-hopowej sztuki nie spodziewał. Utwór znamionuje szybki postęp: widać, że Galvin oswoił się ze studiem i już na wysokości 0:15 ("Brazylieeeee / E-e / E-e-e") otrzymujemy sygnał, że skręcił w stronę działań niekomercyjnych, ambitnych, poszukujących i poświęcających ewentualną karierę dla bezkompromisowej postawy artystycznej. Nic jednak nie przygotowuje na szok następujący w okolicach 1:10; muzyk żongluje efektami na wokalu i dekonstruuje w duchu P73 pyszny swoją drogą na własnych prawach bit. Niewiele ten fragment odstaje od One Word Extinguisher, jeśli w ogóle. Nie chcę szargać świętości, ale w bogatej dyskografii OH próżno szukać tak wyzywająco awangardowych momentów. Wobec Galvina-producenta trochę na dalszy plan schodzi Galvin-MC, choć i tak wersy typu "ale wam wciskam kit / daj mi w końcu jakiś bit" zostają w głowie. A sam tytuł "Solaris" (ten oczywisty, lecz trafiony-zatopiony rym z pseudonimem!), te konotacje literackie, zapodane z uroczą, dziecinną nonszalancją, to wszystko każe oczekiwać jeszcze głębiej przemyślanych i wielopiętrowych konceptów w przyszłości. Z wypiekami na twarzy czekamy na LP (nie zdziwiłbym się, gdyby był to epicki album na modłę Ys). I nadal nie wiemy, kto stoi za tym projektem; wiemy zaś, że jest coraz zajebistszy.

PS: A jednak, mimo eksperymentalnych zakusów, rośnie popularność kolesia. Kilka dni temu widziałem w metrze laskę w koszulce z napisem "I Love Paris" i jestem pewien, że nie chodziło o Hilton.
(Porcys, 2010)

"Inspektor Skrzelak"
"Nie jestem dobrym songwriterem", mówił w wywiadzie dla "Machiny" z początku 2011 Galvin. "Zresztą, nie wiem nawet czy w ogóle nim jestem. W sensie songwriterem. Zobacz... Chociażby polska scena indie. Czy myślisz, że mógłbym rywalizować z kimkolwiek? I tak to zawsze wygląda – tylko ja i moje małe rozterki. Czuję się... W znacznym stopniu przytłoczony. Wszystko dzieje się za wolno. Spójrz na Koreę. Jeszcze parę dni temu byli potężnym mocarstwem. A dziś, po tym co się stało... Muszą wpakować trzysta baniek w odbudowę kraju. To jest "ich jedenasty października". Rozumiesz o co mi chodzi? Rozumiesz? Taka metafora. Świat wokół nas... Ogarniasz? Ja nie wiem... Pewne rzeczy są ci pisane, albo nie. I właściwie od tego wszystko zależy. Ty sam nie masz wpływu... Chcę, żeby moja muzyka to odzwierciedlała. Jak z Waszką. Albo Władkiem. Kumasz mnie?".

W ciągu dwóch lat kariery Galvin zaimponował środowisku erudycją. Namechekował Malkmusa i Brocka. Powoływał się na płytę Daft Punk i książkę Lema. Woził się po studiu S-4. Pokazał swobodę w operowaniu nowatorską techniką zwanem samplingiem, wynalezioną przez Marka Quandta w 2008 roku. W oczach słuchaczy pozostał chodzącą encyklopedią muzyki tanecznej. Jego biegła znajomość języka muzyki tanecznej onieśmiela. Stosuje tricki od Mouse On Mars, Dr. Dre i Armina Van Buurena. Acid-house zna lepiej niż własną kieszeń. Różne acid-house'y zresztą, nie tylko jeden. Z pięć ich zna. Może sześć.

"Inspektor Skrzelak" to jak na razie ostatnie ogniwo w dotychczasowym łańcuchu relewantnych osiągnięć artysty. Ukazuje go w momencie przejściowym od beztroskiego, rozhasanego, jeszcze młodzieńczego brzdąca w opałach do stabilnego stylistycznie, pewnego swoich działań producenta. Dla nas wszystkich przez te lata Galvin był mentorem, bo w jakiś sposób odbijał światło kontrkultury zaświecone w półmroku reflektorem w głąb mainstreamu. Co z tego wyniknie? Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie co to jest "Inspektor Skrzelak" i co tu robi, musimy najpierw zrozumieć kim był Galvin Paris i dlaczego nim był. "Jestem taki... Nie umiem znaleźć słowa", mówił w rozmowie z Piotrem Baronem w radiowej Trójce. Złote słowa.
(Porcys, 2011)

 

GAMES

 

That We Can Play (EP) (2010, synth-pop) !6.7

Pod powłoką zajebistej nazwy oraz tytułu i okładki, które sugerują ironiczny art-punk a la LSF, kryje się... zgadliście: niezobowiązujący chillwave wyhodowany na wczesnych Papsach tudzież italo. I ziewnąłbym, gdyby same numery tak nie rządziły. Już na starcie działalności Lopatin i Ford (odpowiednio z: Oneohtrix Point Never i Tigercity) mają bowiem smak melodyczny w małym palcu. Wyczuwam jakiś background... Może jazzowy? Ocenę obniżają niepotrzebne remixy.

 

GARY WAR

 

Horribles Parade (2009, psych-pop) !6.8

Kolejny dowód w sprawie wpływowości Ariela, tym razem cholernie ciężki do zgryzienia, choć wcale nie "kasztan". Ale sądzę, że sam Rosenberg po wysłuchaniu tych horendalnie niedorzecznych wyziewów powiedziałby autorowi "ty jesteś jakiś pojebany, man, cat".

GARY WILSON

You Think You Really Know Me

Biorąc pod uwagę, że ta płyta wyszła w roku 1977, można spokojnie stawiać GAREGO wśród totalnych prekursorów home recordingu. Ten "stulejarski" vibe zapewnia kolesiowi miano świętego patrona wszystkich Arielów, Johnów K., Garych Warów, Johnów Mausów, a nawet tekstowo – idąc po linii kalifornijskiej – Damona Riddicka z Adolescent Funk. Wilson robi tu wszystko, co może, żeby tylko być przez odbiorcę wzięty za PERWA, PATOLA i KRIPA. Jego prowokacyjnie "zboczone" słuchowiska ze szczyptą halloweenowych sucharów są równie komiczne, co straszne. Jednak trolling (?) trollingiem, a muzycznie fuzja jazz-rockowych groove'ów Steely Dan z "obślizłym" r&b Barry'ego White'a i dopiero wtedy rodzącym się synth-funkiem należy do odważniejszych eksperymentów doby nowej fali. I pomyśleć, że gdyby nie Beck Hansen i sławna wzmianka w "Where It's At", to może nie doszłoby do reedycji tego lost classica "art porno" w 2002 roku. Mielibyśmy rację, wszyscy mielibyśmy rację, która oczywiście wynikałaby z niewiedzy.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=qUI3OwAzTt8 (evocative moment: modulacja na 0:34 – mniej więcej wtedy kumam, że czeka nas "grubsza afera")
(2018)

 

GAUSSIAN CURVE

 

The Distance (2017)

Drugi triumwirat w tej dyszce – i tutaj rolę Marco Antoniusza, a raczej van Bastena (Marco, Ruud i Frank?) odgrywa Young Marco, mój lider w tegorocznych archiwaliach i miksach. Klasyfikacja medalowa nie kłamie – już w wakacje nazwałem go prywatnym człowiekiem roku i zgodnie z mid-year przewidywaniami nikt nie zdołał go wyprzedzić. Holender to obecnie najgorętsze nazwisko w składzie i chyba przyszłość post-avant-miękkiszu (Bóg jeden wie, do czego jest jeszcze zdolny). Ale dwaj pozostali członkowie też są "turbo relewantni". Jonny Nash zaliczył niemal równie spektakularny sezon, co Sterk – dowodem trzy smaczne longplaye (dwie kolaboracje i autorski), z których szczególnym natchnieniem pachnie Passive Agressive w kooperacji z Suzanne Kraft. No i weteran pop-new-age'u Luigi Masin, który wprawdzie ostatnio wydał coś pod swoim nazwiskiem w poprzednim roczniku, ale według wielu ekspertów jest spiritus movens przedsięwzięcia. Na papierze był więc potencjał na śniadanie mistrzów.

Szczęśliwie w praktyce trzej królowie dopełniają się idealnie i chociaż nikt poza nimi tak naprawdę nie wie "kto gra co" i jaka jest czyja rola, to jedno jest pewne: SYNERGIA SYNERGIA SYNERGIA. Clouds jako debiut (mam gdzieś w notatkach ocenione na 6.9) było obietnicą – na sofomorze projekt sięga głębiej. Ingrediencje znacie doskonale – w zależności od utworu trio EWOKUJE instrumentale Sade (tytułowy, "Four For You"), statyczne ballady Metheny'ego ("Breathe"), mityczny rewers winyla Before and After Science ("Suspended Motion"), gitarowe repetycje Durutti Column ("Ceremony"), przystępniejsze fazowanie Philipa Glassa ("T.O.R.") albo mgiełki Pink Floyd z Division Bell ("Another Place"). Lecz z jakiegoś powodu nikt wcześniej nie poskładał tych odniesień w tak wymuskany obrazek. Pewien krytyk wspominał niegdyś, że zasnął słuchając premierowo "Djed" Tortoise – ale w połowie lat 90. można to było uznać za komplement. The Distance było moim sedatywem pierwszego wyboru w rozedrganym, poszarpanym, zwichrowanym 2017.
(2017)

 

GAVIN BRYARS

 

The Sinking of the Titanic (1969)

Na starcie konieczny disclaimer – rubryka CO DO ZASADY nie dotyczy oczywizmów, ale bywają "wyjątki od odstępstwa", zaś reguły są po to, żeby je łamać. A ja wierzę w koincydencję, wierzę że nic nie dzieje się ot tak i wierzę w zjawisko pt. "krążą energie". Nie może być przypadkiem ("nie może być innej możliwości"), że w przeciągu ostatnich kilku dni monumentalne dzieło Bryarsa stanęło mi przed oczyma dwukrotnie. Najpierw kiedy po ubiegłotygodniowym wpisie o "November" Johnsona pewien kolega zagadał, że słucha se "Sinking of the Titanic" i ogólnie "harcerski punkt usługowy DOZNAWANKO". A wczoraj ojciec znienacka streścił mi teorię, która odpowiedzialnością za słynne zatonięcie słynnego statku obarcza NITY ("Frank Nitt... Quik..." – a nie, to co innego...). Uznałem więc, że se dziś wieczorem zapuszczę, a co mi tam. Nietykalne absoluciki też są po to, żeby je czasem tykać, a nawet szturchać. No i wspominam tę akcję, bo "zawsze ktoś może nie znać" etc. 

Warto uściślić, że "Sinking..." doczekało się kilku nagranych i opublikowanych wykonów. Lecz za kanoniczne należy brać pierwsze – limitowane wydawnictwo z 1975, którym Eno w cwany sposób zainaugurował działalność "ściemnionej oficyny" Obscure. I chociaż rewers ("Jesus' Blood Never Failed Me Yet") trochę mnie drażni tym przewodnim zaśpiewem ("a potem przychodzi rodzaj refrenu..." – W. Mann), to strona A pozostaje niemal świętym artefaktem z kompletnie zamglonego, parującego pogranicza partytur i ambientu. Już o samym "popisanym" utworze "szkoda gadać", a ta rejestracja to w ogóle "wie pani, może już skończmy ten wywiad" (W. Waglewski). Skoro wedle legendy (i refrenu znanego krajowego hiciora) "tam ciągle gra muzyka i oni tańczą wciąż", to lepiej zamilknąć. I tylko skumajcie jak tu się zaczyna cała odnoga specyficznych sedatywów spod znaku Windy & Carl, Stars of the Lid, Basinskiego, "Virðulegu Forsetar", GY!BE czy nawet Gas.
(2017)

GENTLE GIANT

Three Friends

"Trzej przyjaciele z boiska, skrzydłowy bramkarz i łącznik, żyć bez siebie nie mogą, dziarscy i nierozłączni / Niejeden mecz już wygrali, niejeden przegrać zdążyli, często się rozjeżdżali, lecz zawsze znów się schodzili". Omawiam tu rozmaite oblicza rocka progresywnego i zapewne na widok nazwy Gentle Giant "stary panczur jak zwykle się dąsa", że znów będzie jakiś "utwór-potwór", megalomania, POMPA i obleśne soundowo spiętrzenia Muzyków przez wielkie M. Czyli akcent położony na "Giant". Spoko – są na Three Friends chwile, gdzie ferajna potrafi ostrzej sieknąć, zagęścić pole gry, odrobinkę się "popałować" swoimi skillsami. Ale przeważnie mogę rozłożyć ręce i spytać: "o cóż chodzi... jest piękna pogoda..." i przecież kolesie popylają kameralnie, skromnie, SCHLUDNIE. A zatem niedoceniony CZŁON nazwy – "Gentle". Niedaleko im w tej łagodności do balladowej flanki Canterbury.

Na dowód weźmy fantastyczny "Prologue", rzadki przypadek autentycznie "bondowskiego" motywu przewodniego lub co najmniej z jakiegoś mega rasowego, niekomercyjnego, kryminalnego serialu. Japa się śmieje na ten ten główny temacik – przebiegłość i złożoność (zawirowania harmoniczne dość szokujące), a jednocześnie niewymuszona inteligencja i lekkość tego... Oczywiście ziomki powtarzają trick do upadłego, bo doskonale wiedzą, że trafili na ŻYŁĘ ZŁOTA, niewyczerpalną, którą trudno się nasycić. A w zwrotkach ujmują czułością, co potem rozwijają w chamber-jazzowym "Schooldays" – aranż wprost od Modern Jazz Quartet (wibrafon!), labiryntowy przebieg i wokalne igraszki w stereo. Do końca ani na moment nie tracą KLASY. Że się powtórzę – tak graliby Crimsoni zamiast Wettona zatrudniając Richarda Sinclaira.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=vddNO0nT79g (evocative moment: powrót głównego riffu na 4:41 – "znów są razem i razem śpiewają", takie podkreślenie, że "jednak jesteśmy bossami")
(2018)

 

GEORG FRIEDRICH HAAS

 

in vain (2002)

Rzadko to robię (zwłaszcza jeśli chodzi o "lokalne podwórko"), ale w dzisiejszym odcinku cyklu chciałbym zarekomendować cudzy artykuł – a mianowicie tekst Rafała Wawrzyńczyka o Haasie dla "Dwutygodnika". Autor błysnął tu świeżością w tak sformalizowanym sektorze muzycznego writingu, jakim niewątpliwie "co do zasady" jest PARTYTURING. Czuję duchowe pokrewieństwo, gdy widzę fuzję prywatnych anegdot, szerokich horyzontów, specjalistycznego warsztatu i leksykalnej ornamentyki – a wszystko spowite lekko zjaraną mgiełką subiektywnego luzactwa. Razem kojarzy mi się to z "heroicznym" okresem Porcys z mid-00s i chyba nie muszę dodawać, że to w moim świecie komplement. "Brawo brawo brawo".

O samym utworze czytałem już nieco wcześniej – po tym, jak pewien prestiżowy (choć w skali mainstreamu niszowy) włoski periodyk w styczniu 2017 opublikował ranking partytur (dosłownie "modern composition" – raczej pomijając elektroakustykę, elektronikę, impro...). Wydawcy rozesłali ankietę do ponad stu mądrali (krytyków, muzyków, DOKTORÓW NAŁUK, animatorów sceny, etc.), a potem wyniki zliczyli po PRACKACH i po MORDACH. W obu kategoriach dość wyraźnie triumfował właśnie Haas. Simon Rattle określił "in vain" mianem "pierwszego arcydzieła XXI wieku", inne autorytety (młodsze i starsze) też piały z zachwytu. Abstrahując od tego, czym w ogóle jest nowa "poważka" w XXI wieku i jaki ma ona sens (to oczywiście osobna dyskusja filozoficzna), trudno więc przejść obok "in vain" obojętnie.

Pochodzący z Grazu, a działający m.in. w Szwajcarii i ostatnio w Nowym Jorku kompozytor w tej około 70-minutowej, ponoć politycznie zaangażowanej (pokłosie sukcesu prawicowej partii w austriackich wyborach w 1999) pracce na 24 muzyków wskrzesza ahistoryczny rys mikrotonalności, zestawia kontrastowe systemy harmoniczne, zręcznie operuje barwowym światłem i mrokiem, rytmicznym przyśpieszeniem i zwolnieniem – ale przy całym intelektualnym bagażu użytych środków, mocno akcentuje emocjonalne podejście do materiału. Wspomniany Wawrzyńczyk sięga do spektralistów i Brucknera, ja słyszę tu głównie Ligetiego i Nono jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Złośliwe komentarze na YouTube też dają do myślenia: "Masterpiece my ass. Another exercise in the dated modernist aesthetic. (...) Pieces like these were written in the 1970s already".

Cóż, kwestia optyki i backgroundu. Dla melomanów z pokolenia moich rodziców Radiohead czy Interpol też nie musiały być niczym wyjątkowym, odkrywczym. Swoją drogą specyfika dyscypliny jaką jest poważka rodzi kilka zabawnych paradoksów. Facet "starszy od moich starych" przedstawiany dziś jako zbawiciel i odnowiciel WSPÓŁCZECHY? Dzieło z epoki Kid A i Turn on the Bright Lights, a ton dyskursu wokół niego, jakby relacjonował nasze "tu i teraz"? To ja też wpiszę się w to naturalne opóźnienie czasowe i odsunę na później jakikolwiek werdykt we mnie kiełkuje po jednym seansie z "in vain". Dla mnie jest po prostu za wcześnie na deklaracje, ale przyznam, że co najmniej pierwszy kwadrans solidnie mnie zmiażdżył, a co było dalej – pewnie jeszcze kiedyś przyjdzie pora się z tym oswoić i uzewnętrznić.
(2017)

 

GEORGE

 

The Magic Lantern (2003) 5.9

Zmagałem się z tą kultową w kręgach sympatyków wieczornych, romantycznych pieśni pozycją długie miesiące, wciąż wstrzymując się z werdyktem. I ostatecznie nie umiem stwierdzić nic pewnego, oprócz tego, że duet z Birmingham (wtedy z Manchesteru) na tej – swojej najbardziej znanej – płycie grał wieczorne, romantyczne pieśni. Raz z pomocą akustyka, raz organów, skrzypiec i innych dziwnych dzwonko-podobnych przeszkadzajek, para Michael i Suzy oferuje nam smutne smęty, którym trzeba oddać dopracowanie drobiazgów (zwłaszcza, że nagrywali w domu) i malarską sugestywność (zwłaszcza, że osiągneli ją minimalnymi w sumie środkami), ale jednocześnie obawiam się, że nie umiem słuchać takiej muzyki, bo jest zbyt przygnębiająca. Naprawdę, coś tkwi w George tak depresyjnego, że mała dawka ich twórczości potrafi zabić w człowieku resztki sił do życia. Ktoś porównuje Magic Lantern do ballad z Białego Albumu, do Cohena, do Mitchell. Hm, ale u nich wszystkich melancholię cechowało światełko nadziei. A tu wręcz klimaty Low w kategorii współczynnika optymizmu. Zastanawiam się nad sprzedaniem tego niedostępnego u nas krążka, bo wracając do niego zawsze ryzykuję trwałym dołem.
(Porcys, 2006)

 

GESU NO KIWAMI OTOME

 

"Ryokiteki Na Kiss Wo Watashi Ni Shite"
I proszę, nie po raz pierwszy STAJE MI… Przychodzi mi stawać przed czytelnikami i zajawiać się krajem kwitnącego popu. Bo i też nie po raz pierwszy wakacje w anglosaskim, zachodnim popie mijają z poczuciem zmarnowanego sezonu, niewykorzystanego potencjału, wielkiego rozczarowania. Nie po raz pierwszy "przeboju lata" w zamerykanizowanym świecie zwyczajnie nie było, a te aspirujące do owego miana "wolałyby nie wiedzieć, co o nich sądzimy". Nie po raz pierwszy nikt nic nie zapamięta, nic nie przetrwa, "nie przejdziemy do historii"; będzie tylko (...zasłyszałem ostatnio) TAKE MONEY AND THE RUN. Huh. By sparafrazować Moza z tytułowego kawałka na jego nowej, zaskakująco zresztą odważnej tekstowo płycie: "Western pop is none of your business / So would you kindly keep your ears out / The rich must profit and get richer / And the poor must stay poor". Trafiony, zatopiony.

Ale dla odmiany nie po raz pierwszy W SUKURS miernemu od jakichś 7 lat atlantyckiemu mainstreamowi idzie AZJA, i to z całą zajadłością, konsekwencją i charyzmą Azji Tuhajbejowicza. Azja pod postacią J-Popu, K-Popu, T-Popu, Mandopopu i Cantopopu (aczkolwiek HK-pop, pop chiński w sensie historycznych Chin, wydaje się adekwatniejszą etykietką; nadal fantazjuję o stricte komunistycznym w przekazie komercyjnym popie z ChRL), a czort wie jeszcze ile krajów ma swoje odpowiedniki. "Niewaaażne, zostawmy to" (Jacek Jońca). I znów Wojtek zasypuje mnie linkami, i znów czuję przegrzanie systemu, znów nasycenie roztworem treści bywa zbyt odczuwalne (młodszy kolega pewnie zaraz napisze o takiej innej skośnej kapelce, że przegięli). Nie musicie zatem grzebać w dyskografii jednak art-fusion-smooth-spazz-core'owej formacji Gesu no Kiwami Otome ("roughly translated 'height of cocksucker maiden'" HAHAHA; w skrócie [?!] Gesuotome), bo zrobiłem to za Was i więcej tak nośnych, centralnie hitowych fragmentów tam nie uświadczycie.

Klikniecie (-ęliście już?) sami, ale sądzę, że "猟奇的なキスを私にして" (według Google po polsku to "Ze mną całować psychotyczne" - how cool…) to przewrotna odpowiedź na pytanie dlaczego Uncanney Valley nie wniosło nic do mojego życia i do żyć wielu innych osób również. Niby wibracje D-Planu czuć na kilometr, ale są to wibracje w znacznej mierze wyimaginowane lub wynostalgiowane, bo ostatnio na płycie "innego zespołu z Waszyngtonu" (lol) były obecne tak z 13 lat temu, hej. Albo inaczej: podobnie jak chwalone na tych stronach kapele w rodzaju Sotaisei Riron czy Tokyo Jihen, w swoim tegorocznym singlu Gesuotome brzmią jak animowana krzyżówka 12 Rods i Deerhoof. Plus, podobnie jak najznakomitsze przejawy japońskiego rocka z minionej dekady, kawałek ten cechuje niezwykle niski burnout factor. I chociaż jego progresywne zawijasy nie są dla każdego, to w moich notatkach plasuje się on w dotychczasowej czołówce singli z 2014. Jeśli chcecie, nazwijcie to (qu)easy listening. A w najgorszym wypadku przynajmniej zerknijcie na fajny teledysk.
(Porcys, 2014)

 

GIL SCOTT-HERON

 

I'm New Here (2010, spoken word/trip hop) !5.6

Gil Scott-Heron & Jamie XX: We're New Here (2011, electronic) !5.7

Na albumie z remixami bity są ciekawsze (na przykład takie "My Cloud" mógłby wyprodukować P73; to by dopiero było zabawne: Gil Scott-Heron produkowany przez Guillermo Scotta Herrena!), ale jest mniej samego Gila. Fajna okładka.

 

GIMNAZJUM DLA DZIECI Z AUTYZMEM "WSPÓLNY ŚWIAT" W BIAŁEJ PODLASKIEJ

 

"Klasa ze snów"
Nawet gdyby był to kawałek "obiektywnie" słaby (czytaj: nudny/schematyczny) kompozycyjnie, to zasługiwałby na poklask z przyczyn "moralno-etycznych" – za samego ducha i szczytną inicjatywę. Aczkolwiek podobnie jak mój ulubiony tegoroczny odcinek Turbokozaka czy moja ulubiona sportsmenka bieżącej dekady Natalia Partyka, "Klasa ze snów" jest czymś więcej, niż tylko piękną ideą wartą zawsze i wszędzie propagowania. Albowiem tu słowo stało się ciałem – wzruszający aspekt kawałka wynika z elementów stricte muzycznych. Nawijka koleżki w czarnej czapeczce Yankees ma więcej zapamiętywalnych hooków niż wszystko, co wydarzyło się w krajowym HIP HOPE z pozytywnym przekazem od jakichś 10 lat ("mój bit, mój tekst, moje RRRAAPowanie", "to mnie nęci, to mnie KRĘĘĘCI"). A tyleż tęskny, co przebojowy, ufundowany na swawolnie przesuwanych akordach refren – zakładam ułożony przez pana od muzyki – gdyby go nieco przyśpieszyć i poszatkować chicagowskim 4/4, pachniałby classic house'em z przełomu 80s i 90s.

Jasne, ktoś czepnie się samego wykonawstwa, ale cóż, mogę tylko powtórzyć za Piero Scaruffim – "I am more interested in emotion than in technique. (...) If it is technically breathtaking but does not deliver any emotion, that musician is not very interesting to me. (...) If the playing is barely passable, but it delivers a lot of emotion, that musician is a genius". Tak że ten. Wracam do tej dwuminutowej miniaturki regularnie, więc niniejszym pozdrawiam nie tylko autorów i wykonawców, ale także Wojtka, rednacza Porcys, który przyuważył "Klasę..." na "facebookowym wallu jakiegoś polskiego rapera". Żeby się dokopać do tak osobliwego skarbu – jak dla mnie przebijającego moje przypadkowe odkrycie formacji Betania kilka lat temu – to chyba trzeba słuchać jednej piosenki na minutę. Szacun.
(2016)

 

GIRLS

 

Album (2009, indie rock) !5.1

Pytanie: o czym pisaliby recenzenci, gdyby wokalista nie miał tak dramatycznej przeszłości?

Broken Dreams Club (EP) (2010, folk/rock) !5.3

Niby lepsze od debiutanckiego LP, ale na takiej zasadzie lepsze, że przy debiucie ziewnąłem piętnaście razy, a tu tylko czternaście. Jeśli ci panowie, CI PANIE, łudzą się, że "wymyślili" te eleganckie parodie amerykańskiego songbooka, to "fajnie mają".

Father, Son, Holy Ghost (2011, rock) !4.9

Czy naprawdę muzyka doszła do punktu, w którym takie płyty należą do najbardziej chwalonych w swoim roczniku? Z recki PFM wynika następujący message: "splagiatujcie melodie i zmiany akordów z rockowych evergreenów, dobrze je zarejestrujcie i dorzućcie teksty dające się jakoś głębiej zinterpretować, a damy wam 9.3". Fani mawiają z dumą: "jak na indie rock Girls są bardzo odważni, bo pozwolili sobie na wycieczki w stronę Pink Floyd". W ripoście nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacytować kolegę sprzed lat: "Jezus, kurwa, nie mogę". Po co się oszukiwać, że to jest jakiś wielki album, no po co? Aha, sorry, przecież chodzi o "osobowość". Super. PS: A "Love Like a River" to nie jest żadne "Oh Darling!" tylko "Stop!" Sam Brown. I to chyba najlepiej pokazuje skalę przehajpu.

 

GIRLS ALOUD

 

Sound Of The Underground (2003) 4.1

Debiut najpopularniejszego obecnie girlsbandu UK to wszystko czego potrzebuję, by odzyskać równowagę po nieskończonej żałobie George. Wigor, energia i seksapil tej piątki dziewcząt bije z każdej sekundy albumu, a Xenomania zapewnia ich mechanicznym wokalom jędrną, napiętą, bogatą produkcję. Jak na popowy smash przystało, każdy kawałek ma zadatki na hit. "Some Kind Of Miracle" tudzież "Girls Allowed" to moje ulubione i fajnie, gdyby leciały na rotacji w komercyjnym radiu. Formuła "leksykon żeńskich grup + zmysłowy electro-pop" pasuje tu jak ulał. Choć w przeciwieństwie do Spice Girls (do których od początku były porównywane), 5 członkiń ma identyczny timbre i flow śpiewny. No i wolne słabiej im wychodzą – potrzebują melodii na miarę "2 Become 1". So much for the music. Ważniejszą kwestią wydaje się tu wizerunek. Na tym etapie istotnie laski zgrywały "blank". Foto na okładce przedstawia je stojące przy vintage mikrofonach w prowokacyjnych, srebrnych kostiumach, z groźnymi minami. W książeczce każda foka dostaje ogromny portret, każda ostro maluje oczy i każda spogląda agresywnie w obiektyw. Ani jednego uśmiechu. Na słodycz i radość w image'u przyszła pora przy What Will The Neighbours Say?, które niech ktoś wreszcie przeceni, bez żartów z tym full price, no.
(Porcys, 2006)

What Will The Neighbours Say? (2004) 6.0

Letnie przeceny w Empiku spowodowały, że wreszcie ktoś obniżył złotówkową wartość drugiego krążka Girls Aloud dwukrotnie (wcześniej zawsze full price!), a skoro czekałem na ten moment dwa lata, to okazji zmarnować nie mogłem. Wnioski? "Nie widzisz przedstawienia, a widzisz rzecz", zdawałyby się mówić dziewczęta w otwierającym album, mega zaczepnym przeboju "The Show". Girls Aloud = Franz Ferdinand dla chłopaków. Wydany w tym samym roku co s/t Franzów, What Will The Neighbours Say? też dostarcza równego jak walec, tryskającego kwadratowymi hookami upbeat popu. Bezwzględnie mocarne, syntezatorowo chłodne bity Xenomanii robią z sympatycznych dziewcząt wredne, cyniczne suki. Tutaj, laski znajdują się u szczytu swoich sił witalnych, lansując się jako "maszyny do miłości" do melodii zwrotki "Baby You're A Rich Man" skrzyżowanej z podskakującą, Smithsową rytmiką lub aprobując podglądającego ich całą noc Wielkiego Brata w futuro-space oprawie dźwiękowej. "It's 3 AM and you still look gorgeous", śpiewa Nadine na otwarcie ballady "Deadlines & Diets" traktującej o "urokach" życia w showbizie. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Neighbours to lepsza płyta niż Ege Bamyasi (żart się już nieco zdewauował) ani że cover Pretenders był jej potrzebny, ale Aloudki są zjawiskiem multimedialnym, gdzie same piosenki to tylko jeden z aspektów hasła "Kobiety myślą o jednym". The story continues.
(Porcys, 2006)

 

GLUECIFER

 

Basement Apes (2002)

Znowu. Nie wytrzymam zaraz. Przestało. I znowu. Cholera, ucisz się! Przestało. No i znowu! Ja tego nie zniosę! Przestało. O, przestało. Naprawdę. Teraz jest już cicho. Niemożliwe. No tak, znowu! Dlaczego ktoś wybrał sobie właśnie dzisiejszy poranek na gruntowny remont mieszkania?! I dlaczego ten ktoś musi mieszkać ścianę ode mnie? Wiertarka godzinę temu wierciła jeszcze w ścianie. Teraz wierci dokładnie w środku mojej głowy. Już nie mam połowy głowy. Przerwy w wierceniu uprzyjemniają mi regularne uderzenia młotka. Super. O niczym innym nie marzyłem. Jeszcze chwila, a sam wywiercę temu kolesiowi dziurę. Już ja wiem gdzie.

Dobra, idę do niego. Nie! Wiem. Dam mu posłuchać Gluecifera. Nie to, że zaproszę do mieszkanka na herbatkę i usadzę przy wieży, skąd. Zapuszczę Basement Apes, a następnie rozkręcę gałkę głośności do oporu. To dopiero będzie. Lepsza wiertarka, niż ta prawdziwa. Głos mu odbierze. "Sąsiedzie! Sąsiedzie! Chce pan trochę Gluecifera? Tak? Ale oni grają przeważnie prymitywny hard-rock z lat siedemdziesiątych, jakby się zatrzymali w czasie! To nic? Ale wokalista zwykle drze się zamiast śpiewać! Też nic? Dobra! Odpalam! Sam pan chciał".

Odpalam. "Reversed" daje po głowie motorycznym riffem i fajną melodyjką, którą fałszuje frontman Gluecifera. Nie, nie, wcale nie mówię złośliwie. Całkiem na poziomie jest to kawałeczek. Później jednak Norwegowie popełniają ten sam błąd, który popełniły przed nimi całe zastępy rockmanów. (To nie jest błąd, to jest wielbłąd!) Otóż grają (prawie) cały czas to samo. Jest pewien urok w odsmażaniu przedwczorajszych placków, ale tylko wtedy, gdy jemy je raz. Gluecifer kazał nam wchrzaniać te placki pięć razy dziennie. (Patrzcie: powoli zmieniamy się w "Porcys – niezależny serwis kulinarny".) I dlatego już za nastym kęsem placki są niesmaczne.

Nie znaczy, że nie ma żadnych miłych momentów na Basement Apes. Są, weźmy takie "Losing End", toż to kawał dobrego, starego Pearl Jamu. Albo "Little Man", balladka, jakich słyszałem mnóstwo, lecz tu, na tle kopii AC/DC wypada olśniewająco (klawisze a la Roddy Bottum, gitarka z pogłosem) z jakąś tam dramaturgią (przyznaję). Poza tym, zgoda, kilka ostrzejszych rocków też się podoba, dzięki (dziwne to) harmoniom raczej, niż jakiejś energii ("Not Enough For You", "It Won't Be"). Ale pozostała część materiału jest przeraźliwie nudna, zrobiona "na jedno kopyto" i przewidywalna. Do takich rzeczy się najczęściej nie wraca.

A ten, skurczybyk, ciągle wierci.
(Porcys, 2002)

Tu chodzi o najzwyklejszy w świecie hard-rock. Jeden riff i jedziemy do przodu. Gluecifer to norweski zespół, który próbuje się przebić na rynku europejskim już od ponad siedmiu lat. Wraz z płytą Basement Apes kwintet proponuje zgrabne, melodyjne, osadzone mocno w hard-rockowej przeszłości granie. Członkowie Gluecifer co krok potwierdzają swoją sprawność warsztatową, a kolejne piosenki skrojone są według najlepszych wzorców. I może nawet spora ich część miałaby szansę stać się przebojami, gdyby tylko panowała moda na podobne brzmienia. Bo są to po prostu solidne numery, nie da się ukryć.

Ale na tym w zasadzie zalety Basement Apes się kończą. Co zaś najbardziej razi podczas tych czterdziestu minut, to wyraźnie odczuwalny brak świeżości i własnego oblicza formacji. Gdy płyta zaczyna się od energetycznego Reversed, można jeszcze dać się porwać. Jednak z każdym następnym utworem muzyka Gluecifer coraz bardziej nuży, a poszczególne kawałki zrealizowane są według jednej i tej samej metody. Porównywano Norwegów do AC/DC, Motorhead, czy Alice Coopera. I rzeczywiście, te inspiracje widać wyraźnie, ale oprócz nich niewiele więcej. Na tym tle miłymi niespodziankami są spokojniejsze, ciekawiej zaaranżowane Losing End i Little Man, a także najlepszy tu, żywy, niemal bluesujący It Won’t Be.

Gdyby tak pozostałe piosenki urozmaicić, ubarwić, dodać coś od siebie. Niestety, Gluecifer prawie nie wychodzą poza ograny schemat. A szkoda, bo słychać, że potencjał mają niemały.
(Tylko Rock, 2002)

 

GO! TEAM

 

Rolling Blackouts (2011, pop/rock) !6.2

Mam dosyć płyt, które nic mnie nie obchodzą, ale którym nic nie można zarzucić. Niedługo 90% longplayów będzie się plasować w przedziale 6.0-6.9. A ta piosenka z Satomi to w ogóle do singli roku.

 

GOLDEN AGES

 

Africa (EP) (2010, chillwave) !5.1

Cwana ponowna harmonizacja (zwrotka! trzeci dźwięk basu!) sofciarskiego hymnu + 2 nijakie, acz przyzwoite glo-fi'owe oczywistości. Bonus: cudna okładka.

 

GOLDLINK

 

The God Complex (2014)

mój ulubiony rap w tym roku. ani jednego kiepskiego bitu na tym zwięzłym mikstejpie, prawie same mistrzowskie. producenci niepozornie wychodzą od sofciarskiego r&b w duchu debiutu Foreign Exchange, a kończą na autorskim ujęciu EDM-hopu, zwanym ponoć "future bounce'em". w dość nieoczywisty sposób operują też oczywistymi samplami ("Men In Black", "Toxic"). ta spójna fuzja organicznej tradycji i elektronicznej nowoczesności daje pole do popisu 20-letniemu MC, który "skupia się jak płaszczka, liże, gryzie" i z każdej prędkości nawijki, z każdej rytmicznej konwencji, wychodzi obronną ręką.
(2014)

 

GOMEZ

 

In Our Gun (2002)

Trzeci właściwy, a czwarty w ogóle album zespołu z Southport. Może nie odkrywczy, ale na pewno konsekwentny. Kiedy cztery lata temu wydawali swoją znakomitą pierwszą płytę Bring It On, zaskoczyli świeżością i umiejętnym przetwarzaniem rockowej tradycji w coś własnego. Dziś z tej świeżości nie zostało już może zbyt wiele. Ale młodzi Brytyjczycy nadal idą obraną wcześniej drogą. Starają się rozwijać brzmienie w sposób ostrożny, jakby bojąc się ryzykować. Jednak mimo tego strachu przed nowym, nagrali właśnie dziełko solidne i stylowe, choć może pozbawione fajerwerków.

Pierwsze w zestawie nagranie Shot Shot zaczyna się akustycznym riffem, który wydaje się być parafrazą słynnego motywu basu z National Anthem Radiohead. Po tym nieco żartobliwym, dwuipółminutowym wstępie piątka muzyków zabiera się do grania na poważnie. Rex Kramer, Miles End, czy 1000 Times to Gomez klasyczny, przywodzący na myśl najlepsze utwory w dorobku formacji. Obecny tu jest ten charakterystyczny bluesowy feeling, jednocześnie wzbogacony nowoczesnymi smaczkami. Z kolei tytułowe In Our Gun to do połowy klimat balladowy, z ładną melodią i wokalnymi harmoniami; później wchodzi szaleńczy bas wsparty zapętlonymi, agresywnymi bębnami i robi się cokolwiek odjazdowo.

Na In Our Gun panowie pozwolili sobie na odrobinę dźwięków generowanych elektronicznie (Army Dub, Ruff Stuff, zakończenie Drench). Nie zapomnieli też o sekcji dętej, która zawsze dodawała ich muzyce korzennego posmaku – tym razem pojawia się w Even Song i Detroit Swing 66. A więc w sumie Gomez gra swoje, co ma urok. Jedno, czego wyraźnie brak na nowym albumie, to kompozycji wybijającej się ponad wszystkie inne. Wielbiciele pereł pokroju Tijuana Lady z debiutu muszą poczekać do następnej płyty.
(Tylko Rock, 2002)

 

GONJASUFI

 

A Sufi And A Killer (2010, WTF) !6.0

Na jednym biegunie post-FlyLo-wy IDM hip-hop, który unosi się nad większością indeksów. Na drugim żenująca przyśpiewka kabaretowa ("She Gone"). Na trzecim "SuzieQ" jako przywołanie "I Wanna Be Your Dog" w duchu XTRMNTR. Na czwartym orientalne wokalizy (w latach siedemdziesiątych) ("Kowboyz & Indians"). A biegunów jest więcej. Niby szalone, a wciąga. Tak zwariowany eklektyzm, że aż siedzi w placu. I to pod Warpem.

 

GOTYE

 

Making Mirrors (2011, avant-pop) !5.6

8>< "Easy Way Out (refren = "Day Tripper"), "In Your Light" (późny Partridge coveruje "Movin' On Up" Primali?).

 

GRAHAM COXON

 

The Kiss Of Morning (2002)

Kiedy w 1998 roku Graham Coxon wydawał swój solowy debiut, The Sky Is Too High, był jeszcze gitarzystą zespołu Blur. Pięć lat później sprawy wyglądają trochę smutniej. Po odejściu z grupy właściwie jedyną możliwością artystycznej wypowiedzi tego obdarzonego niezwykłym talentem Brytyjczyka są nagrania sygnowane własnym nazwiskiem. Dochodzi jeszcze nurt plastyczny, w którym, zdaje się, Graham chce równie dużo przekazać – kto miał sposobność widzieć wystawę malarską Coxona, lub chociaż kojarzy reprodukcje niektórych jego obrazów z okładek płyt, zapewne podzieliłby moją opinię.

Tak jak poprzednio, The Kiss Of Morning ozdobił malunek autorstwa samego Grahama. I tak jak poprzednio, płytę wypełnia mozaika stylistyczna znakomicie ilustrująca szerokie spektrum jego zainteresowań. Zaczyna balladowo w Bitter Tears. Ciche akustyczne plumkanie nie jest jednak specjalnością zakładu i nowym Elliotem Smithem, tudzież Badly Drawn Boyem raczej Graham nie zostanie. O wiele lepiej niż smętne marudzenie zabarwione folkową nutą (Baby, You’re Out Of Your Mind, Latte) wychodzą mu numery szybsze, gdzie wyraźnie rysuje się stara miłość naszego bohatera do Pavement, w łagodniejszej postaci (Walking Down The Highway, czy Locked Doors). Tu i ówdzie pobrzmi też coś z Pixies (Escape Song, z zupełnym fałszem w refrenie, prawdopodobnie zamierzonym), lub wczesnego Becka (It Aint No Lie). Nie brakuje też elementów country-rocka (Mountain Of Regret) i dziwnego, mrocznego bluesa (Live Line). Całość spaja roztargniony, niechlujny, lecz na swój sposób uroczy wokal. Naprawdę szkoda, że tak mało tu wartościowych piosenek...

Ciekawy komentarz na odwrocie tekturowej obwoluty The Kiss Of Morning zamieścił wydawca: "file under psychiatric". Nie od dziś wiadomo, że artysta toczy walkę z nałogiem alkoholowym, do tego dochodzi sprawa rozłamu z kolegami z Blur. I czwarte solowe dokonanie Coxona rzeczywiście ma w sobie coś lekko schizofrenicznego, on sam sprawia wrażenie straceńca szukającego miejsca w otoczeniu. W rezultacie nie mogę się oprzeć skojarzeniu z Sydem Barrettem. Oczywistym jest, że Barrett to na Wyspach legenda i wcale niewykluczone, że do tamtej postaci, do pozy „natchnionego wariata” stara się celowo nawiązać sam Graham. Wiele fragmentów muzycznych pogłębia takie domysły: absolutnie „barrettowa”, pomylona melodia Just Be Mine, Bitter Tears, czy Good Times. Nie wątpię wszak, iż Coxon potrafił zawrzeć w kreowanych dźwiękach znaczną cząstkę własnej osobowości.
(Tylko Rock, 2003)
 

 

GRANDMASTER FLASH AND THE FURIOUS FIVE

 

"The Message"

w ten weekend świętowaliśmy też "mniej okrągłą", bo 35. rocznicę utworu, który (jak pewnie doskonale wiecie) bezpowrotnie zmienił wszystko "w tej grze" ("w tej grze... trzeba zrobić to... trzeba mieć to... w tej grze..." – absolut). warto jednak przy okazji podkreślić dwa wielkie paradoksy "The Message":

a) chociaż sygnowała go grupa Grandmaster Flash and the Furious Five, to ani sam Flash, ani prawie nikt z zespołu nie chciał mieć z tym kawałkiem nic wspólnego – poza autorem tekstu Melle Melem, który otwarcie opowiedział "o tym co tu się dzieje naprawdę" i nagle hiphop dosłownie "overnight" przeobraził się ze swawolnej, imprezowej zajawki w medium zdolne z powodzeniem udźwignąć "trudne sprawy";

b) Flasha słusznie chwali się za historyczne zasługi w rodzaju "skodyfikowania" rozmaitych technik TURNTABLIZMU, ale za rewolucyjną warstwę dźwiękową (co podejrzanie rzadko akcentuje się w dyskusjach o "The Message") odpowiada tu niejaki Duke Bootee, "rezydent" labelu Sugar Hill – jego modernistyczna electro-strukturka, zbudowana z klawiszowych ćwierć-motywików i robotycznej bitmaszyny imponuje szczególnie teraz, gdy zapętlone syntezatory totalnie zdominowały muzykę popularną, w tym i rapsy :|
(2017)

 


GRANT GREEN

 

Idle Moments

"I feel Green, if ya know what I mean...". Ponoć wydłużone momenty słodkiego leniuchowania i "nic-nie-robienia" służą psychice, bo pozwalają organizmowi zregenerować się w pełniejszy sposób. Duke Pearson – pianista, ale też producent i "sort of A&R guy" w Blue Note lat 60. – wymyślił ten tytuł natchniony marzycielskim klimatem kwadransa, który brzmi właśnie jak oderwane od rzeczywistości bujanie w obłokach. W przeciwieństwie do wspomnianego McLeana, Green nie palił się do bazgrania wstępów i pozostawił to zadanie koledze. Fajnie, bo Pearson zachęcający do odsłuchu wygląda trochę jak przyjacielski Questlove puszczający światu Black Messiah od "my man D". A poza tym skomponował tu zdecydowaną większość materiału i jeszcze potrafił sprzedać ciekawą anegdotę ze studia. Okazuje się bowiem, że "Idle Moments" miało być krótsze, ale Grant zagrał zdublowaną ilość obiegów "bez omyłkę" ("mikrofon ze statywem"). Szczęśliwie producent Alfred Lion skumał, że warto pozostawić ten take na płycie, zwłaszcza jeśli kolejne próby nie urodziły już tego beztrosko romantycznego, zawieszonego gdzieś w powietrzu feelingu.

Teoretycznie numer winien ciągnąć się niemiłosiernie, ale ratuje go duet nieśmiertelnych herosów – Henderson i Hutcherson. No i Green, mistrz elastycznej, słodko melodyjnej improwizacji, frazujący z niebywałą gracją i preferujący "rzeźbiarsko" oszczędny styl. Pozostałe nagrania zaprezentowano w okrojonych wersjach, żeby pomieścić je na LP. Jedyna tu kompozycja Greena, rześko falująca "Jean De Fleur", to jakby jego odpowiedź na błyskotliwą motywiczność Komedy circa Nóż w Wodzie. Zestaw uzupełnia pieszczotliwa adaptacja "Django" Modern Jazz Quartet i spinające tracklistę klamrą, dwunastominutowe "Nomad" Pearsona, gdzie pogawędki piana, vibesów i gitki głaszczą ucho przejrzystymi tonami. Na Idle Moments (nagrywanym m/w równolegle z premierą With the Beatles) Green uchwycił echo konserwatywnej ery odchodzącej bezwprotnie do lamusa, nim świat pochłonęły rokendrol i elektronika, a on sam w latach 70. zanurkował w funk i stał się ojcem chrzestnym acid jazzu.
(2017)



GRAŻYNA ŁOBASZEWSKA

 

"Czas nas uczy pogody"
Jedna z kilku wielkich rodzimych wokalistek działających w obrębie ujazzowionej piosenki (obok między innymi Bem czy Prońko), Łobaszewska to postać charakteryzująca się poważnym, "dorosłym", nieco posągowym wizerunkiem. Mówiąc wprost – to jedna z tych gwiazd krajowej estrady, która, w przeciwieństwie do wielu koleżanek i rywalek z branży "urodziła się na scenie stara" – trochę na zasadzie monumentalnego image'u Niny Simone albo Eryki Badu (choć to analogia w pół drogi między prawdą, a doszukiwaniem się Interpola w stylu grupy 1984 na podstawie zdjęcia, hłe hłe). Nie znam jej wszystkich piosenek tak, jak Bayer Full nie są w stanie poznać wszystkich Chińczyków, ale te które znam, jej największe evergreeny, to kontemplacyjne ballady z silnym backgroundem egzystencjalno-wręcz-duchowym i raczej próżno szukać u pani Grażyny parkietowych, tanecznych, imprezowych bangerów. Tempa małe, aranże niemodne, ekspresja gdzieś buja w obłokach, z introwertyzmu nagle wybuchając żarliwym płomieniem. Ogólnie "boli mnie życie" to dobre motto przewodnie. I "Czas Nas Uczy Pogody", jej ikoniczna pieśń, to w swoim przekazie właśnie próba pogodzenia się z tym bólem (brawo panie Jacku, "fajne"). Muzycznie, wisienką na torcie jest tu post-chorus (od słów "ilu ludzi czas wyleczył z ran"), harmonicznie usytuowany na skrzyżowaniu pierwszego wcielenia King Crimson, Genesis circa Selling i Szymanowskiego, przypominający o partyturowym rodowodzie pana Krzesimira. Konia z rzędem temu, kto bezbłędnie rozpisze ten pochód. A nawet na zachętę dorzucę Mattiego. W każdym razie – powodzenia.
(Porcys, 2011)

 

GREEN RIVER

 

Gdy dziś mówimy Green River, mamy najczęściej na myśli muzyczne początki późniejszych członków Mudhoney i Pearl Jam. To właśnie tu pierwsze kroki na scenie robili Mark Arm, Steve Turner, Jeff Ament i Stone Gossard (na perkusji grał Alex Vincent). Kontrowersje zawsze wywoływała też sama nazwa zespołu, tłumaczona wielorako. Była formą hołdu dla grupy Creedence Clearwater Revival, która w 1969 roku wydała zatytułowaną tak płytę (oraz promujący ją singiel). Green River to jednocześnie pseudonim legendarnego, nigdy nie schwytanego seryjnego mordercy. Ale o Green River warto pamiętać jeszcze z jednego powodu: istniejąca między 1984 a 1988 rokiem formacja była rzeczywiście jednym z prekursorów grunge’u, wywierając wpływ na wielu innych wykonawców z Seattle.

W pierwszym okresie działalności Green River wyrobili sobie renomę jednego z najlepszych zespołów stanu Waszyngton, głównie dzięki ogromnej liczbie koncertów (występowali m.in. przed Sonic Youth). W połowie lat osiemdziesiątych rodził się kult niezależnej wytwórni Sub Pop, w czym Green River uczestniczyli pełną parą. Byli więc współautorami pierwszych singli i czwórek wydawanych pod pieczą Sub Popu, wkrótce zaś stali się perłą w ofercie firmy.

Muzyka grupy stanowiła połączenie hardrockowej siły rodem z wczesnych lat siedemdziesiątych i energii post-punku. Hybryda charakterystyczna dla większości grunge’owców, została odziana w równie typowe, niechlujne brzmienia gitar. Każdy grał to, co czuł, co może ma spore znaczenie dla końcowego efektu, biorąc pod uwagę na przykład metalowe fascynacje Gossarda i punkowe dążenia Arma.

Skromny wydaje się dziś płytowy dorobek Green River. Dwie czwórki wydane „za życia”, mianowicie Come On Down (Homestead, 1985) i Dry As A Bone (Sub Pop, 1987) oraz sześcioutworowa płytka Rehab Doll (Sub Pop, 1988); producentem dwóch ostatnich był Jack Endino. Do tego dochodzą pojedyncze kawałki na różnego rodzaju kompilacjach. I to tyle. W momencie ukazania się Rehab Doll, Green River już nie istniało. Muzyków podzieliły m.in. wyżej wymienione różnice artystyczne; bezpośrednim powodem była rozbieżność zdań między Amentem, dążącym do podpisania kontraktu z dużą wytwórnią, a Armem, który obawiał się stracić w ten sposób wiarygodność.

Arm i Turner założyli następnie Mudhoney, o którym poniżej. Gossard i Ament stworzyli Mother Love Bone, by po dwóch latach dać początek istnieniu Pearl Jam. Doświadczenie, jakie wszyscy zdobyli w Green River pomogło w coraz pewniejszym zdobywaniu rockowego świata. I chocby dlatego Green River należy uznać za istotne stadium przeobrażeń sceny Seattle.
(Tylko Rock, 2002)

 

GRIZZLY BEAR

 

Yellow House (2006, psych-folk) 6.6

Friend (EP) (2007, psych-folk) 6.5

"He Hit Me"
Cover roku. Obowiązkowo na słuchawkach proszę. Ci panowie, ci panie – oni jeszcze pokażą wszem i wobec kto tu nagrywa oryginalne płyty. Mają ku temu wszelkie przesłanki.
(Offensywa, 2008)

Veckatimest (2009, chamber pop) 7.5

Shields (2012, art rock) !7.1


 

GROOVE ARMADA

 

Black Light (2010, synth-pop) !4.6

Tym razem Cato i Findlay twierdzą, że natchnęli ich Roxy Music, New Order, Bowie czy Gary Numan. Czyli, jak rozumiem (i jak wskazuje tytuł), chodzi o fuzję dekadenckiej, korzennej nowej fali z parkietowością dla nastolatków. Niestety rzadko ta hybryda porusza. Znamienne, że wybija się kawałek z Bryanem Ferry'm na wokalu - charyzmy nie da się podrobić, a Pnau, Fenech-Soler czy koleżka z "Pop Idol" jej zwyczajnie nie mają.

 

GROVESNOR

 

Soft Return (2010, pop) !6.7

Smoughton wprawił mnie w zakłopotanie. Na papierze jego krążek to muza do zakochania: wysmakowany harmonicznie, bezpretensjonalny, ciepły pop domowej receptury, rezygnujący z rockowego arsenału środków na rzecz pastelowych kolorów klawiszy i odrobinę kołyszącego, jazzującego feelingu (postać ograniczoności wokabularza w sektorze muzycznym; co mam rzec, "frenetycznego posmaku"?). No i leci to, leci, owszem, akordów dużo i klimacik niewinny, ale... Czegoś mi tu solennie brakuje. Kombinuję czego i peeem tak... Ziom jest songwriterską zdolniachą, lecz autentycznie kiepawym wokalistą i to poza nieszczególnym timbre mówię też o skali dopracowania w montażu (weźmy McAloonowy "Dan", co to ma być w górnych partiach?). Co gorsze, cierpi na dotkliwy deficyt charyzmy: to rzadki dziś przypadek gdzie materiał przerasta "postać" (i to dość wyraźnie). W rezultacie obu tych wad w przeważającej części obcujemy z fabułką mdłą, miałką i nijaką. Mniej przekonują mnie też elegancko skrojone, ale trochę zbyt jałowe emocjonalnie "krótkie piłki" w rodzaju "quasi-pogodnych" "Dan" czy "Find a Way to Stop Him". I kiedy już zbieram się do spuentowania, że w praktyce Rob zawiódł, łapię się na byciu pod niepozornym urokiem gamonia. Może on MA być taką niewinną ciapą za mikrofonem? Doceniam chwytliwość singla "Taxi" (ach to "sail on" niczym z openera Holland). Właśnie: delektuję się szczytnymi wzorcami. Wszechobecny duch Steely Dan, otwarcie "Nitemoves" to 10CC, a w ogóle ostatnio wróciłem sobie do Meddle i na 2:57 w tytułowym słyszę tu strzępek riffu przewodniego z piosenkowej partii "Echoes". Wreszcie dostaję wyczekane highlighty: uwodzi staccatto magia suchego "No Doubt About It" czy kolejnego brylantu w zestawie, znów Prefab Sproutowego circa Steve, okraszonego arpeggiowym hookiem kiborda w chorusie "When I Saw You Dance". Okazuje się więc, że Grovesnor to istny kameleon nastrojów: sporo chyba w odbiorze Soft Return zależy od tego ile sami wniesiemy, od nastroju słuchacza, widoku za oknem, momentu dnia etc. Nieczęsto zdarza mi się mieć tak dużą tolerancję na opinię o albumie - akceptuję zarówno entuzjastów przebąkujących o jednej z płyt roku, jak i maruderów wytykających kolesiowi jawne niedociągnięcia i skreślających ten projekt za marną, pół-amatorską egzekucję. Zajmę więc ciepłe miejsce pośrodku stawki, tu czuję się bezpiecznie.

 

GRUM

 

Heartbeats (2010, electro-pop) !6.6

Graeme Shepherd pomyka trochę jak Mylo (i w sumie też pochodzi ze Szkocji), tylko mniej eklektycznie. Słyszę tu post-Discovery'ową łupankę dla ogarniętych i generalnie "w to mi graj". Zaś Annie nie miała "Turn It Up" (brylancik tu, Madonna s/t jak z kuriera) na sofomorze. I to ją zgubiło. Właśnie to.

 

GUI BORATTO

 

Chromophobia (2007, techno) 6.4

Techno to jeden z tych muzycznych gatunków, którego wielkość mierzy się raczej (maksi)singlami, niż płytami długogrającymi. Taka filozofia przyświeca też bastionowi współczesnego minimal-techno, kolońskiej oficynie Kompakt. Jej główne pozycje w dorobku to przede wszystkim osiem części osławionej kompilacji Total, na które składają się single poszczególnych artystów współpracujących z labelem. Raz na jakiś czas zdarza się jednak Kompaktowi wypuścić pełnoprawny album pojedynczego wykonawcy, wypełniony od początku do końca równym, udanym repertuarem. W tym roku zaszczytna rola firmowania takich osiągnięć przypadła Szwedowi ukrywającemu się pod pseudonimem Field oraz pochodzącemu z Sao Paolo, brazylijskiemu producentowi o nazwisku Gui Boratto.

Boratto ujawnił się elektronicznemu środowisku właśnie dzięki siódmemu odcinkowi wspomnianej składanki Total z roku 2005, gdzie przedstawił dwa kawałki. Żaden z nich nie znalazł się jednak na longplayu, a przez siedemdziesiąt minut obcujemy prawie tylko z premierowymi kompozycjami (dwie spośród trzynastu to rzeczy starsze). Teoretycznie gość penetruje rozmaite przestrzenie klimatyczne. Są chwile nostalgicznych objawień (otwierający "Scene 1", godny Boards Of Canada), momenty grozy (złowrogi pomruk silnika samolotu w numerze tytułowym – czyżby instrumentalny komentarz do wiadomego?), fragmenty uroczo melodyjne (delikatny przerywnik fortepianowy "Mala Strana") i nawet quasi-popowe (jedyna "piosenka" w zestawie, "Beautiful Life", z gościnnym udziałem żony artysty). Ale mimo pozornego rozchwiania, wycieczki te cementuje niestrudzony, epicki, hipnotyzujący trans, rozpinający się od Kraftwerkowego vintage-electro po cykające trendy bieżące, a może nawet odrobinę wyprzedzające teraźniejszość. I chociaż skróciłbym Chromophobię o jakiś kwadrans, to rozpatrując ją w kategoriach całościowych należy się jej bezdyskusyjny respekt.
(Clubber.pl, 2007)

Take My Breath Away (2009, techno) !5.1

"Besides" brzmi jak Manual remiksujący Cure grających "Elevate Me Later" Pavement (aż się chce zanucić "Well you greet the tokens and stamps"). A "No Turning Back" ma w środku śliczną sekwencję akordów, hehe.

 

GUILLERMO GREGORIO

 

Faktura (2002)

Nie będę ściemniał – jak idą te nasze rekomendacje, ta jest dość wymagająca. Jeśli z tyłu okładki widnieje napis "Guillermo Gregorio (1941-)" to z góry wiadomo, że lekko nie będzie. To jedna z płyt, na które trafiłem przypadkiem – raczej nie śledzę wydarzeń ani w bieżącym jazzie, ani zwłaszcza w awangardzie sensu stricto – w sumie dlatego, że GG, obieżyświat argentyńskiego pochodzenia, ma skłonność do kolaboracji z postaciami szeroko rozumianego post-rocka (Jim O'Rourke czy Jeff Parker). Mądrzy twierdzą, że jego nieprzewidywalna, kapryśna, wymykająca się schematom gra na klarnecie odsyła do podobnych eksperymentów na saksofonie Ornette'a Colemana. A mało przejrzysty tok muzycznej opowieści przywołuje skojarzenia z mrocznymi kwartetami smyczkowymi (Bartok niewykluczony). Ale gdzie mnie, popowemu żuczkowi z fanklubu Robyn i Nicole, do tak nieprzystępnej, mało komunikatywnej i głęboko zakorzenionej w teorii (check wstęp autora, odsyłający do takich terminów-wytrychów jak Konstruktywizm, Suprematyzm, Symbolizm czy Fluxus) twórczości z pogranicza feelingu (ale tylko feelingu, bo Gregorio wszystko skrupulatnie rozpisał, więc o elemencie koincydencji nie może być tu mowy) free i WSPÓŁCZECHY? Skoro jednak mam "polecić", to spróbuję "polecieć" lepiej identyfikowalnym namiarem: odpowiednik z Polski to sprawa oczywista, ale właśnie fanom yassu powinna Faktura przypaść do gustu najbardziej. Ja sam wciąż się z nią zmagam, trochę podobnie jak z Witches & Devils ilekroć doń wracam – są to doznania niekoniecznie najmilsze, aczkolwiek po każdej trudnej sesji z takim graniem zawsze mam wrażenie, że oto zostałem wzbogacony o nowe horyzonty dźwiękowej wyobraźni. Tak fikuśny, bajkowy chwilami, acz wcale "niewygodny" dla ucha melanż długich posunięć smyków, pacnięć ksylofonów (brzmiących jak futurystyczne jingle na Macbooku), kompletnie zaskakujących perkusjonaliów, chorych akordów fortepianu etc etc etc to zaiste sytuacja poszerzająca percepcję. Natomiast najważniejsze jest to, że w powodzi równie "ambitnych" i quasi-improwizatorskich (podkreślam, to tylko wrażenie, bo gościu ma ten cały cyrk w partyturze) "dzieł", z jakimi się zetknąłem w ostatniej dekadzie, to wydało mi się "fo' real". W sensie, że łatwo udawać "hej, gramy improv, jesteśmy tacy dojrzali i skomplikowani", ale mało komu podobna maskarada dziś, po śmierci jazzu (?), wychodzi przekonująco.
(Porcys, 2010)

 

GUITAR

 

Sunkissed (2002)

Wciskamy "play", odpalamy numer tytułowy, zerkamy na okładkę i od razu wiadomo, jakie są wytyczne. Ale to jeden z najpiękniejszych hołdów dla "Loveless", eliminujący odczyn rokendrolowy i pławiący się w narkotycznej malignie, gdzie ekstaza jest smutna, a melancholia radosna. Największe osiągnięcie Niemca i Japonki: to "elektroniczne downtempo", podobnie jak oryginał, budzi potrzebę pozbycia się ciała. No i genialna nazwa projektu.
(T-Mobile Music, 2011)

GUNNA


Drip or Drown 2 (2019)

"Who You Foolin"

Frapujący proces dywersyfikacji, upiększania i SUBLIMACJI trapowych schematów, o którym niedawno napomknąłem a propos Travisa Scotta, wciąż sobie śmiało postępuje. Chwilowo chyba za bohatera tej narracji robi kluczowy zawodnik w temacie – Wesley Glass aka Wheezy. Dopiero co odmalował dialogujące lamenty "Krazy But True" na The WIZRD i sieknął dla G Herbo w "Trained to Kill" podkład niespodziewanie pachnący echem Jelinkowego "Type Zwei"... a już przeskoczył sam siebie na wyprodukowanym wspólnie z Turbo i Sexem, a wydanym dzisiaj, oficjalnym debiucie Gunny.

Płytkę pod względem odstępstw od gatunkowego kanonu jak zwykle celnie zanalizował redaktor ŁŁ ("Łukasz, zanalizuj to"). Oddech żywej instrumentacji wnosi w duszne kazamaty miksu kolejny powiew świeżości, aranże zaskakują bogactwem kolorystyki. Tendencja ta kulminuje w finałowym, ledwo dwuipółminutowym "Who You Foolin", chyba najładniejszym premierowym traczku jaki złapałem na uszy od Sylwestra. Bit autorstwa właśnie Wheezy'ego to jakby trapowy odpowiednik "Into the Dream" – baśniowej fantazji Pata Metheny'ego na 42-strunowej gitarce Pikasso. Anioł tkwi w wycieniowaniu harmonicznych ciążeń i subtelnych dysonansów melodycznych wokalu. Cóż za przenikliwy liryzm, wyrazy uznania.
(2019)

 

GUSTAV MAHLER

 

X Symfonia (1910-)

Dziś proponuję swoiste post scriptum (APPENDIX, ADDENDUM :| ) do odcinka sprzed tygodnia. Romans (a ponoć nawet zaręczyny) Goldiego i Björk z połowy lat 90. (swoją drogą – muzycznie świetnie dobrana para) to chyba wystarczający pretekst. Poza tym Islandka właśnie wydała nowy album Utopia, który jest z grubsza kontynuacją jej post-Vespertine'owej drogi, gdzie rozbudowany, pieczołowicie wystudiowany aranż przykrywa mniej lub bardziej świadome "odpuszczenie" w kwestii popowych hooków. Jednak znaczna część barokowego przepychu tego materiału to "najbliżej poważki jak była Björk od bardzo dawna". I o ile jej orkiestracje z poprzednich paru krążków były dla mnie jakieś mało wciągające, to tu się odnalazłem (na pewno też piękny opener kusi, żeby brnąć dalej). 

Gdy słuchałem nagrania tytułowego z Utopii, moje myśli odruchowo popłynęły o kilka wieków wstecz, do twórczości takich mistrzów jak Händel, Scarlatti, Telemann... Lecz to dość intuicyjne, niespecjalnie uzasadnione skojarzenia, a już w innych fragmentach czułem się solidnie zagubiony. Zdesperowany wróciłem więc do listy ulubionych płyt Björk, zaprezentowanej w książce The Rest Is Noise Alexa Rossa. Zestaw to zacny i barwny, zróżnicowany – obok post-Warpowskiej elektroniki mamy tam klasykę rapu, regionalne składanki z Azerbejdżanu, prywatną idolkę artystki Joni Mitchell, no i właśnie partytury. Jest Reich, Berg oraz dziesiąta, niedokończona symfonia Mahlera. Nie tak wysoko ceniona jak dziewiąta i nie zawierająca tak słynnych pasaży jak "Adagietto" z piątej. Ale jako dzieło – szczególna, osobna.

Ponoć Mahler tworzył dziesiątą u szczytu swoich mocy twórczych, ale w pośpiechu i w ogromnych nerwach. Rzekłbym – "ze skołatanym sercem", co odnosiłoby się zarówno do jego kiepskiego stanu zdrowia, co i rozterek uczuciowych (mówiąc wprost – zdradzała go młodsza o prawie 20 lat żona Alma). Te nastroje przeniknęły do muzyki, na przemian zasmuconej i podszytej niepokojem. Nie byłoby tej X Symfonii jaką znamy dziś, gdyby nie Deryck Cooke, który ukończył pozostawione przez Gustava szkice. Nierzadko wykonywano tylko pierwszą z pięciu części, a więc "Adagio", natomiast od czasu gdy Cooke "zamknął temat" z biegiem lat traktuje się to dzieło coraz bardziej serio jako całość. Przyczyniło się do tego linkowane poniżej wykonanie pod dyrekcją Simona Rattle'a. I co, czuć w tym Björk? Niezła zagadka.
(2017)

 

GUTTER TWINS

 

Saturnalia (2009, alt-rock) 5.4

Kiedy Lanegan pierwszy raz pracował z Dullim? Na Blackberry Belle? Chyba tak. Saturnalia to po prostu Twilight Singers z przewagą gitar nad pianinem. Lekkie rozczarowanie, bo znamy te pomysły na piosenki, choć z drugiej strony sam często do tych pomysłów wracałem.

 

GWEN STEFANI

 

"Hollaback Girl"
Gwen odświeżyła znajomość z Neptunes przy okazji solowego debiutu, a ci odwdzięczyli się jednym z najbardziej psychodelicznych, odlotowych i spastycznych singli, jakie mieli okazję produkować. Z początku to studium chorego minimalizmu – para-zwycięski bit z klaskami + pomruki cichnącego basu. Słynne "Few times been around this track..." oplata abstrakcyjny roztwór, a "that's my shit" arpeggio zimnych klawiszy. Cytat z "Another One Bites The Dust" Queen miga przez sekundę. Generalnie, charyzma i nowatorstwo "Hollaback Girl" biorą się z cheerleadingu Gwen, która lepi tu adekwatną do naszych czasów postać cynicznej meta-twardzielki. Ale bez tego bitu i relacji między nim, a skandowaniem – plan by się nie powiódł.
(Porcys, 2006)