FLAMING LIPS

 

Hear It Is (1986, alt-rock) 4.9

No jakoś nie słyszę tu rzekomej inspiracji Floydami, nawet Barrettowskimi... Podobnież tego Jezusa biorącego heroinę, bo to by brzmiało bardziej jakoś tak. ✂ "Godzilla Flick" 

Oh My Gawd!!! (1987, alt-rock) 4.4

"Jeden może się zastanawiać" jakim cudem kolo nauczył się komponować już po 30-ce, bo chwilami taka mizeria, że "polski rock środka" się wkrada, zaprawdę. Na szczęście jest "Can't Stop the Spring", światełko w tunelu i prognoza na przyszłość. 

Telepathic Surgery (1989, alt-rock / rock psychodeliczny) 5.1

 Ja jebię, jaka rockerka czasem ✂ "Hari-Krishna Stomp Wagon" 

In a Priest Driven Ambulance (1990, alt-rock) 6.6

✂ "Unconciously Screamin'", "Rainin' Babies", "Take Meta Mars" 

Hit to Death in the Future Head (1992, alt-rock) 5.5

✂ "The Magician vs. The Headache" 

Transmissions from the Satellite Heart (1993, indie rock) 7.0

✂ "Turn It On", "Pilot Can at the Queer of God", "She Don't Use Jelly" 

Clouds Taste Metallic (1995, indie rock) 7.3

✂ "The Abandoned Hospital Ship", "Psychiatric Explorations of the Fetus with Needles", "Lightning Strikes the Postman","Bad Days" 

Zaireeka (1997, rock eksperymentalny) 9.0

Wiele napisano już o nawiązującym chyba do Stockhausena koncepcie utworu odtwarzanego z czterech źródeł dźwięku jednocześnie. Wciąż nie pojmuję, jak Wayne Coyne zdołał zbałamucić włodarzy molocha Warner Bros. i namówić ich na wydanie tego dziwadła. Zresztą szczerze zazdroszczę mu tej przygody. Chciałbym wydać tak ekstrawagancki i bezwstydnie awangardowy projekt w katalogu majorsa, bo cała ta operacja ma w sobie coś z rozsadzania systemu od środka. Taka terapia przydałaby się raz na jakiś czas skostniałym i skupionym tylko na zysku korporacjom rządzącym showbiznesem. Niestety druga połowa lat 90. to były nieco inne czasy dla rynku fonograficznego – dziś ta prowokacja by nie przeszła... Tak czy siak każdy powinien choć raz przeżyć ceremonię kolektywnego, aleatorycznego przesłuchania Zaireeki z czterech playerów – i poczuć, jak poszczególne ścieżki rozjeżdżają się w czasie, atakując z niespodziewanych miejsc, w niespodziewanym momencie. Aczkolwiek kwadrofonia kwadrofonią, ale otwierający tę płytę basowy riff "Okay I'll Admit That I Really Don't Understand" nie potrzebuje żadnych forów percepcyjnych, bo wymiata sam w sobie. I tak jest do końca – to przede wszystkim zbiór urzekających psychodelicznych kawałków, a nie wydumany przerost formy nad treścią. 
(T-Mobile Music, 2012) 

The Soft Bulletin (1999, barokowy pop) 9.4

Propozycja metafory: The Soft Bulletin jest jak niezawodny hollywoodzki melodramat – skutecznie manipuluje wzruszeniami słuchacza, choć od kuchni to wielkobudżetowa produkcja obliczona na każdą wyciśniętą nam z oczu łzę. Paradoks polega na tym, że trudno tu cokolwiek zarzucać Wayne'owi Coyne'owi. Skoro wybrał sobie taki sposób opowiadania o życiu i śmierci, to ja to kupuję – a czasem wręcz zdaje mi się, że jest to receptura optymalna, biorąc pod uwagę nieuchwytną mglistość problematyki. Zwłaszcza, jeśli styl ów wsparto tak nienagannie uroczystymi pieśniami. Co więcej, napięcie między tanim, ckliwym sentymentalizmem i szczerą medytacją wokół przemijania owocuje tu nową jakością, która właściwie wymyka się jednoznacznej ocenie. Ale koncept ten poślizgnąłby się w fazie realizacji, gdyby nie orkiestrowe cuda, które wyczynia na Bulletin Dave Fridmann. Każdy track napakowany jest po brzegi skrupulatnie zaprojektowanymi sztuczkami aranżacyjnymi i tak jak w Titanicu – możecie to uznać za szmirę, ale od strony warsztatowej trudno zarzucić ekipie choćby milimetr krzywizny. Właśnie, Titanic to ta metafora, której szukałem... W alternatywnym światku miast klasycznego pytania "czy płakałe/aś na Titanicu" powinni raczej pytać "czy płakałe/aś przy Soft Bulletin". Coyne jako James Cameron indie rocka? Wyobraziłem sobie go na dziobie statku, triumfalnie wołającego "I'm king of the world!". Jakby co, byłem pierwszy. 
(T-Mobile Music, 2012)

"The Spiderbite Song"
Rozbawił mnie jeden ze znajomych gdy spytałem go: "Które, na oko, miejsce na liście lat dziewięćdziesiątych zajmuje u ciebie The Soft Bulletin?". Odpowiedział: "Na oko to drugie". (Na pierwszym mamy to samo.) Teksty Wayne'a Coyne należy rozpatrywać bezpośrednio i wprost. Kochasz bliską osobę, stąd kiedy ona cierpi, cierpisz i ty. Kiedy ona umiera, ty też umierasz. Pamiętajmy więc o tym co najważniejsze i trzymajmy się tego jako jedynego punktu oparcia. Cały album, zresztą nie tylko ten w dorobku formacji, jest o tym. Prostota, ale też uniwersalność tych maksym hipnotyzuje. Coyne posiada umiejętność nauczyciela, który siada przed uczniem, patrzy mu głęboko w oczy i mówi: "Powtórz za mną... Miłość to najwspanialsza rzecz jaką serce zna". I im więcej się powtarza, tym silniej to przemawia. Aż przychodzi dzień gdy niepostrzeżenie Coyne zostaje też i twoim mentorem. O baśniowych dźwiękach akompaniujących tym sentencjom dużo nie napiszę, gdyż brakuje mi przymiotników. Jedno zwolnione przejście na bębnach Drozda, kończące frazy w zwrotkach, warte jest tomu poezji. A to zaledwie kropla w morzu rozkoszy. Wystarczy.
(Offensywa, 2007)

À propos przedwczorajszego dwudziestolecia – wciąż PERFEKCJA tutaj: ukąszenie pająka jako metafora heroinowego nałogu, ekscentryczna summa dwudziestowiecznych orkiestracji w muzyce rozrywkowej i kilka spośród najbardziej kosmicznie wyprodukowanych bębnów, jakie kiedykolwiek usłyszycie.
(2019)

Yoshimi Battles the Pink Robots (2002, psychodeliczny pop) 9.4


–    Flaming Lips.
–    Whao, whoa... wha?
–    Flaming Lips.
–    No... noe, no we don't heva.
*    *    *
Rozmawiamy sobie tutaj o różnych postaciach, objaśniamy różne postaci. Czas chyba objaśnić naszym czytelnikom postać Wayne'a Coyne. Ten gamoń to jest ze wszech miar gamoń wyjątkowy, anonimowy, undergroundowy, niczym zza światów... Ok, więc może trochę teraz przesadziłem. Ale Wayne Coyne to z powodzeniem jedna z najbardziej inteligentnych, wyrachowanych, błyskotliwych i sprytnych postaci amerykańskiej niezależnej muzyki. Nie ma w nim wprawdzie tego boskiego daru, z którym rodzą się naprawdę nieliczni. Nie ma tego natchnienia, jakie zwykle wydaje na świat małe przełomy. Lecz jest coś przenikliwego, jakaś taka orientacja w terenie, powodująca cholernie efektowne skutki obfitej działalności.

Powiem tak: dla mnie Coyne nie jest szczerym, wiarygodnym artystą. Może właśnie dlatego tak fascynuje? Zastanówmy się na tle drogi, jaką przebyli goście z Oklahomy przez tych bez mała dwadzieścia lat. Rozpoczynając przygodę z głodnym eksperymentu podziemiem od własnej transkrypcji odjechanej, improwizowanej psychodelii, stopniowo przeobrazili się w pierwszorzędnych noise-popowców, czerpiąc z melodyjnego shoegazera i jednocześnie puszczając w obieg nowy typ wrażliwości, ochrzczony przez niektórych mianem "cosmic americana" (barokowe ozdobniki aranżacyjne, kolażowość tekstur, fałszywie zasmucony głos a la Neil Young, dostojny feeling). Wkrótce ich śladem podążyli Mercury Rev, Grandaddy, Delgados (wiem, to Britole, no i co?) i tak dalej. W przeciwieństwie jednak do wahań formy rzeczonych, Flaming Lips "trwają tak sobie, z płyty na płytę coraz lepsi".

I to jest prawda to jest fakt, jak nie wierzysz to szoruj pokład, bo na wysokości Transmissions From The Satellite Heart sprawy przybrały dość poważny obrót. Teraz Coyne i spółka znaleźli klucz do zwartej, zamkniętej formuły w obrębie dotychczasowych poszukiwań. Na tej wysokości ekipa Porcys zaczęła być rozjebywana, bardziej, lub mniej. Dwa lata po Clouds Taste Metallic grupa wydała coś, co się nazywało Zaireeka i czego może nie będę komentował ani słowem; powstrzymam się, bo mam zamiar w niedalekiej przyszłości poświęcić temu zagadnieniu oddzielny tekst, jeśli będę umiał wydusić cokolwiek – trzymajcie za mnie kciuki. Wyczekana sława i absolutnie uniwersalny poklask przyszły dopiero z The Soft Bulletin, najbardziej przyswajalną, najłatwiej słuchalną i zanucalną płytą Flaming Lips. Sława zasłużona, bo był to krążek naprawdę znakomity. A jednak, gdy se zapuszczam tenże i słucham "Race For The Prize", to nie kupuję "Two scientists are racing / For the good of all mankind / Both of them side by side / So determined".

Bo do diaska (!!) Coyne jest pieprzonym szalbierzem, prześmiewcą i pewnie dobrze by się bawił, czytając taką recenzję, jak twoja. Ej, mam obsesję na temat "co Coyne mówi na poważnie, a co z przymrużeniem oka". (Mógłbym na ten temat pisać pracę, ale ciekawe z jakiego przedmiotu.) Bo dla mnie słuchanie Flaming Lips jest o tyle zajmujące i wyrywające z letargu, że zmusza do ciągłego kontrolowania i analizowania. Widzicie, gdybyście zerknęli na clip do "Race For The Prize" (skądinąd kawałka wypalonego w przestrzeń!), to zobaczyliście, skąd biorą się moje wątpliwości. Nie to, że postrzegam sztukę przez pryzmat teledysków. Akurat ten filmik dorwałem zupełnym przypadkiem, pewnego popołudnia, uciekając pilotem od "Randki W Ciemno". Ale jeny, dotarło do mnie wówczas ostatecznie, że nie ufam gościowi. Gdyby jutro na Rondzie Dmowskiego spytał się mnie, którędy do Forum, odpowiedziałbym, że nie wiem. (Kojarzycie Przepraszam, Czy Tu Biją?)

Wayne opanował do perfekcji metodę percepcji fal wysyłanych przez drugiego człowieka i to na różnych poziomach. Bywam nazywany "antropologiem kultury", z wiadomych względów. Ale przy tym kolesiu moje bycie antropologiem to jest w formie takiego żartu chyba. Coyne prześwietlił nas wszystkich, widzi na wylot, wykracza poza zwykły ogląd sytuacji, jest ponad naszymi "różowymi okularami". Ale gdyby, ktoś, kiedyś... chciał chociaż muzyki posłuchać. Proszę bardzo. Flaming Lips wiedzą doskonale, dlaczego cała kula ziemska klęka przed Ok Computer i potrafią (a raczej konkretnie Coyne potrafi) bezwzględnie wykorzystać nasze słabe punkty, co-do-milimetra naśladując tę samą schizofrenię, wykoślawiając ją i parodiując. Taki był The Soft Bulletin: dramat, ach dramat ludzkości, popłaczmy się. No i pół Ameryki płakało, a Coyne siedział i się śmiał.

I szykował Yoshimi Battles The Pink Robots, projekt, którego sama koncepcja nadaje się na oddzielne opowiadanie. Nie będę się rozdrabniał, bo wiem, że właśnie o to Wayne'owi chodziło: żebym przedstawił wam tutaj z napięciem w klawiaturze całą tę głupawą historyjkę i próbował ją interpretować. Tak, celem tej łajzy było zaszydzić z tysięcy debilnych krytyków na całym globie, którzy będą poszukiwać sedna (zwanego dalej bogiem) w takim oto steku bzdur. Niejaka osóbka o nazwisku Yoshimi Yokota to perkusistka awangardowej japońskiej kapeli Boredoms (Super Are, anyone?), notabene kumpelka zespołu. Plan jest taki: japońskie dziewczyny pod przywództwem Yoshimi uczą się karate i stawiają czoła potwornym robotom, które chcą opanować świat. Hahahahahaha. Hahah. W stylu Coyne'a, nie ma co. A świstak zawija...

Nie, ale akurat świetnie pasuje mi to do całości, bo widać jak na dłoni, że Coyne sobie z nas drwi i wtedy wkracza antropologia i mówi, że należy za nim podążyć, żeby cokolwiek załapać. I tutaj pojawia się dodatkowy problem. Mianowicie, piosenki Flaming Lips są w przeważającej większości tak zajebiste, że z minuty na minutę coraz bardziej ulega się temu kabaretowi i nagle, zupełnie niewiadomo skąd, Yoshimi Battles The Pink Robots wymienia jako jedną z płyt roku całe stado znawców i kompetentnych pismaków. Duh, my sami należymy do tej bandy urwisów, bo po podliczeniu głosów wyszło na jaw, że Yoshimi to nasza dwudziesta płyta roku! Pierwsza dwudziestka! Jak to możliwe? Otóż Coyne gra na najniższych instynktach, trąca najczulsze struny w istocie o cechach humanoidalnych i wywołuje – sztucznie, bo sztucznie – wielkie emocje. Coyne odkrywa w każdym z nas widza telenoweli, beznadziejnych obrazów fantastycznych, czytelników cotygodniowych felietonów o tym, jak bliski jest dzień całkowitej zagłady. Ale robi to tak przekonująco, że zasługuje na miano zwierciadła popkultury naszych czasów, najbardziej wydrążonych i wyjałowionych czasów wszechczasów, co by Eliot powiedział, ech.

A więc mamy tę fabułkę rodem jak z animowanego serialu, hybrydy He-Mana i Kapitana Hawka (ja też zapatrywałem się z wypiekami na twarzy w Tsubasę, kłonie). "Fight Test" jest wprowadzeniem w temat i przygotowaniem do decydującego starcia. Zwraca uwagę zapętlony beat odmierzający para-orkiestrowe syntetyczne łezki w tle. Flaming Lips dostosowali swój sound do nowego image'u, Coyne chciał nagrać swoje Kid A, jeśli organicznie żywe Soft Bulletin było jego Ok Computer. W "One More Robot" ci ludzie popełniają zbrodnię i serwują do tych trzeciorzędnych kiczów tak śliczną i nieskazitelną melodię, że mimowolnie się rozpłynąłem. Za to właśnie nie lubię Coyne'a, że udaje mu się mnie wzruszyć, choć wiem, że wzruszam się fałszywie. Ale cóż poradzę, jakiś tekst o tym, czy roboty czują, czy nie czują. Co mnie to obchodzi. To nie jest "Fitter, Happier", tam się naprawdę beczało, a tu? To ta melodia jest przepiękna.

Zgadnijcie, skoro mowa o robotach, to jasne, że wątek elektroniczny będzie kontynuowany. Pierwsza część utworu tytułowego byłaby zwyczajną flamingową balladą, gdyby nie posmak futurystycznej przestrogi w słowach "I know that she can beat them / Oh Yoshimi". Ciekawe, że temat walki ze złem jest wybitnie aktualny dziś i jutro. W części drugiej niespodziewanie pojawia się tytułowa Yoshimi. To jest już przegięcie pały, ale Yokota wkradła się, w końcu to o niej jest ta płyta. Luźny jam perkusyjno-syntezatorowy jest dźwiękowym odzwierciedleniem bitwy z robotami i prowadzi do wokalnej kulminacji samej Yoshimi, która chyba pokonuje niedobre maszyny swoim darciem paszczy. Jej przenikliwy wrzask przypieczętowuje sukces ludzkości, publiczność klaszcze, jesteśmy ocaleni. The show's over, see you next time. Coyne znów zażartował naszym kosztem.

Zaczyna się urzekająca pieśń "In The Morning Of The Magicians", gdzie sentyment "I couldn't remember / What is love and what is hate" zwyczajnie impersonifikuje Yorke'a, zresztą naśmiewając się z rożnych takich akustycznych smutów, które członkowie Myslovitz jedzą na śniadanie. Bit przypomina nam, że wciąż obcujemy z namiastką, odzwierciedleniem, hologramem. A kompozycje niemal jedna po drugiej są świetne. Weźmy "Ego Tripping At The Gates Of Hell" z tą wielowarstwową aranżacją. Rozwala też "Are You A Hypnotist?", wiedzione przez przerywaną linię basu. Przykładem na kolejną zabawę kosztem słuchacza jest "It's Summertime", gdzie pod koniec liryzacja jest usilnie przesadna, ptaszki śpiewają i znów to nie my decydujemy o ciarkach, robi to Coyne za nas. Potem śpiewa w prawie-disco-polowym żalu: "Do you realize / That everyone you know / Someday will die". Kończą dwa najlepsze chyba fragmenty, kolejna skarga egzystencjalna "All We Have Is Now" oraz instrumentalna koda "Approaching Pavonis Mons By Balloon", pozostawiająca odbiorcę z uczuciem bycia oszukanym, zmanipulowanym, ale jest to uczucie dziwacznie przyjemne. Bo jaka ta płyta jest zajebista.

Twórczość Coyne'a, wielkiego szydercy, inspiratora skomplikowanych form przekazu, należy rozumieć jako teatr, gdzie rzeczywiście oszukani (widzowie) są mądrzejsi od oszukujących (wykonawców). Jeden z krytyków napisał, i muszę to zacytować, bo idealnie zsumowało to moje rozważania, o Yoshimi: "Coyne stworzył swoje brzmienie, brzmienie zrelaksowanego obserwatora najbardziej dzikich wydarzeń". Jeśli ktoś powiedział większą prawdę o tym człowieku, to ja się z tym nie spotkałem. Wayne Coyne jest bowiem tak samo wrażliwy jak my wszyscy, tak samo rozumie upadek człowieczeństwa i równie, a nawet może bardziej jest zatroskany. Boi się śmierci, boi się samotności. Boi się samego siebie i swoich uczuć, dlatego stara się obejść najtrudniejsze kwestie szyderstwem. Coyne nie jest artystą, jest katalizatorem całego szaleństwa, jakie zesłało na nas przeznaczenie. Jego dzieła – i tu bez śmiechów – być może najdokładniej zbliżają się do greckiego pojęcia "katharsis", bo przeglądając się w nich, oceniając je i przez to współtworząc, naprawiamy samych siebie. To dlatego nienawidzimy pocałunków na dobranoc i tanich wzruszeń. Ale żeby to rozumieć, trzeba wiele razy zaprzeczyć sobie w jednym akapicie.
*    *    *
–    Słucham?
–    Uhm. Hamburgera.
(Porcys, 2003)

Między The Soft Bulletin i Yoshimi... Wayne Coyne przechodził kryzys wieku średniego, a medytacje nad przemijaniem stały się głównym tematem jego pieśni. Ale jeśli na Bulletin ubrał je w strój przejmującej bajeczki dla dzieci, to przy Robots posunął się jeszcze dalej, adaptując język cartoonów, z całą jego groteską i umownością. Wynikiem tego kontrastu między ciężarem treści i zamierzoną lekkością formy było szokujące objawienie śmiertelności jako immanentnego elementu naszej obciachowej codzienności, a nie jakiejś abstrakcyjnej kategorii z zaświatów. Tyle o przekazie, a muzyka (karykaturalny alians banalistycznego elektronicznego popu, pastoralnego folku i barokowej psychodelii w tle) jest równie dobra, jeśli nie lepsza. Dość powiedzieć, że na płycie, gdzie teksty są tak ważne, moim ulubionym trackiem jest finałowe, instrumentalne "Approaching Pavonis Mons by Balloon (Utopia Planitia)". 
(T-Mobile Music, 2011)

W tych rankingach połówki dekady staramy się z reguły rodzielać komentarze tak, żeby autorzy nie powielali swoich omówień z przeszłości, ale tym razem jestem zmuszony złamać zasadę. Dlaczego? Widzicie, recka Yoshimi sprzed 2 lat, którą możecie znaleźć w archiwum, sygnowana moim skromnym nazwiskiem, to, krótko ujmując, kupa gówna. Powinienem dziś się kajać. Przestańmy ubierać maskę "meta", pieprzyć cyniczny kulturowy post-recykling. Na tej płycie Coyne opowiada bezpretensjonalnym tonem, że wiele lat myślał, iż bycie cool jest cnotą. Że nie wie gdzie to wszystko się zaczyna i kończy, bo to tajemnica. Że nie pamiętał czym jest miłość, a czym nienawiść i jakie w ogóle ma to znaczenie. Że czekał na ten moment, ale on nigdy nie nadszedł. I że nie, nie uda nam się, bo, yy, wszystko co mamy to "teraz". Ok, i robi to za pomocą tak transcendentnych, oryginalnych, a zarazem aktualnych do trendów, czy wręcz prekursorskich muzycznie kawałków, że kopara opada. Spójrzmy prawdzie w oczy: jest to idealny, stuprocentowo zrealizowany follow-up do jednego z najbardziej uniwersalnie chwalonych krążków od czasu Pet Sounds. Potrzeba geniuszu, by z bagażem kilkunastoletniej kariery i estymy niezal-legend nagrać swoje Kid A – materiał art-hop-dance-folk-electro-popowy – nie tracąc nic z aspektów własnego stylu i pozostając szczerymi sami ze sobą. Dlatego obok Modest Mouse to jedyny rockowy band, na którego nowe wydawnictwo chce mi się czekać. W dobie powszechnego relatywizmu i kontekstualnego skażenia, w XXI wieku, gdy nie da się czysto doznać zachodu słońca, bo doznanie takie jawi się kliszą, ktoś konstatuje językiem cartoonów, że każdy kogo znasz kiedyś umrze. Żaden inny artysta nie uwypuklił ambiwalentnego uwiązania obu tych toposów lepiej.
(Porcys, 2005)

At War with the Mystics (2006, psychodeliczny pop/rock) 7.4

Z perspektywy czasu niesprawiedliwie olaliśmy ten niespójny i chaotyczny, ale iskrzący się od super pomysłów alb ✂ produkcja z cyklu "masakra", "The Sound of Failure" ("Za dużo wiesz" Steczkowskiej meets E.L.O.?), "Vein of Stars" (pierwsze wejście melodii wokalu...), "It Overtakes Me" (mister Czubak?), "Haven't Got the Clue" (ha, wiadomo było od początku, że to jest numer Kurstina - słychać skurwiela po akordach), "The W.A.N.D." (sławny powrót do indie riffowania circa Transmissions), "Goin' On" (wzruszający closer nawiązujący do obu poprzedników ["znaleźć cztery takie liczby których róznica kwadratów poprzedników drugiego stopnia jest odwrotnie proporcjonalna do następników iksowo-igrekowych pierwszego stosunku" HAHAHAH]) 

Christmas on Mars / Once Beyond Hopelessness 

Embryonic (2009, psychodeliczny rock) 7.2

✂ "Convinced of the Hex", "Evil", "Aquarius Sabotage", "Sagittarius Silver Announcement", "Silver Trembling Hands" 

The Dark Side of the Moon 

The Flaming Lips and Heady Fwends 

The Terror (2013, neo-psychodelia) 6.9

Na dobrą sprawę to ja się póki co z tym albumem nie rozprawiłem. Najtrudniejsza do spenetrowania płyta w przepastnym katalogu Coyne'a i spółki rzuca wyzwanie, które rozłożyłem sobie na dłużej niż trzy kwartały. Posępna włóczęga z akcentami bezbronnego piękna - niczym Embryonic wyjałowione z funku. 
(T-Mobile Music, 2013) 

With a Little Help from My Fwends  

Oczy Mlody 6.4

to typowy przykład "płyty na którą nie czekałem", więc może dlatego wciskając "play" spodziewałem się raczej przeterminowanych wygłupów, zmierzających do nikąd jamów, zbytnio przećpanych coverów i innych bzdur z udziałem "fwendsów". tymczasem to album całkiem na serio, trochę kontynuacja wyblakłej posępności Terror, a trochę stylistyczny/soundowy/klimatyczny follow-up Yoshimi. od połowy się wynudziłem, ale jakiejś dramatycznej porażki jakościowej nie zauważyłem.

* * *

przy okazji przekrojowa plejka – bez Zaireeki, której osobnych ścieżek na Spoti nie ma, a zsynchronizowane zgrywki oficjalnie nie istnieją (należy je traktować jak bootlegi). dziwny band, mega dziwny przebieg kariery. dziwne też jest to, że obok paru ponadczasowych dzieł przystępnie streszczających uniwersalne problemy egzystencjalne ludzi refleksyjnych w rozległej dyskografii FLips figurują też rozmaite "odlotowe" kurioza, do których w całości nie wrócę już pewnie nigdy. cóż, "to koszt bycia głową moralnego imperium".

moje top 20 uwzględniające Zaireekę:

1. The Spiderbite Song
2. Okay I'll Admit That I Really Don't Understand
3. Approaching Pavonis Mons By Balloon [Utopia Planitia]
4. Race for the Prize
5. One More Robot/Sympathy 3000-21
6. The Abandoned Hospital Ship
7. How Will We Know? (Futuristic Crashendos)
8. All We Have Is Now
9. The Observer
10. Convinced of the Hex

11. Haven't Got a Clue
12. The Spark That Bled
13. Pilot Can at the Queer of God
14. Are You a Hypnotist??
15. Vein of Stars
16. A Spoonful Weighs a Ton
17. She Don't Use Jelly
18. The Big Ol' Bug Is the New Baby Now
19. Silver Trembling Hands
20. March of the Rotten Vegetables
(2017)