FELA KUTI

 

Expensive Shit

Wokół opus magnum nigeryjskiego półboga od początku były same kontrowersje. Już sama geneza tytułu tyleż śmieszy, co przeraża i żenuje – historia z połknięciem jointa, aresztowaniem i podłożeniem cudzej próbki KAŁU do analizy, powtarzana miliard razy, jakby ten kontekst sprawiał, że muzyka nabiera jakości (co za absurd). A potem uwiecznienie tej DYKTERYJKI w nazwie płyty, no i okładka której nie zamieszczam w formie obrazka, żeby przypadkiem "nie naruszyć Standardów społeczności Facebooka" (link poniżej). Spoko, ja na to mówię – mamy prawie 2019 rok, darujmy sobie analizę EKSKREMENTÓW Feli i ogólnie – mimo potężnego wymiaru polityczno-społecznego tej twórczości – jego postaci aktywisty. Wprawdzie ostatnio podczas seansu przygnębiającego dokumentu Witajcie w Sodomie o największym wysypisku elektrośmieci w Ghanie utwierdziłem się w przekonaniu, że komentowanie problemów Afryki z pozycji cywilizacji Zachodu to nietakt ("Nam było ciężko... Ojciec bracie..."), bo "nigdy KURWY nie jesteście w stanie poczuć, jakie to jest uczucie" (Peja), ale z drugiej strony wolałbym nie zagłębiać się w całokształt Kutiego, bo może NIECHCĄCY zahaczyłbym o pewne niewygodne z dzisiejszej perspektywy fakty. Zostańmy przy muzyce, która całkowicie uzasadnia zamieszanie wokół – zaryzykuję z pamięci – najkrótszej płyty w tym rankingu. Dwadzieścia cztery minuty i po jednym tracku na stronkę winyla – uwielbiam tę LAPIDARNOŚĆ formalną, która automatycznie narzuca wysoki stopień sfocusowania. Nagranie tytułowe przenosi korzenny proto-funk Jamesa Browna do multiplanarnej krainy wszech-groove'u, a bodaj najurodziwsza pieśń w całym katalogu Feli "Water No Get Enemy" ma w sobie coś z melancholijnych improwizacji Coltrane'a i Tynera, ale w bujnej, baletowej odsłonie. Oba zawierają trzy komponenty decydujące o fenomenie combo Africa 70 – niewiarygodny drive Tony'ego Allena za perką (gościu "z lamusami się nie pieścił"...), trafione w środek tarczy, ponadczasowe riffy dęciaków i charyzmatyczny, żulerski proto-emceeing Feli. Dwa perfekcyjne songi – z tym trudno polemizować.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=kisTH3SFegc (evocative moment: coltrane'owski riff we wstępie)
(2018)

Fela Kuti w Porcys's Guide to Pop

Miejsce:
Abeokuta w Lagos (Nigeria).

Lata aktywności:
1958-1997 (zmarł na AIDS).

Kluczowe postaci i ich wkład:
Anikulapo... Ransome... WTF? O, mam – Tony Allen, kultowy pałker, dysponujący jednym z groove'ów ever.

Dlaczego właśnie on?
Osamotniony reprezentant Czarnego Lądu na naszej liście, i zapewne z prostego powodu – bo to kreator, największa indywidualność i ikona ruchu "afro-beat", wyjątkowej fuzji afrykańskiej tradycji obrzędowych polirytmii, jazzu, funku i wszelkich odprysków stylistycznych wewnątrz tego trójkąta. Symbol swojego kontynentu, jego niepokorny enfant terrible, sumienie, bohater i rebeliant walczący z opresyjnym systemem. Muzycznie i światopoglądowo był nigeryjskim Milesem Davisem; politycznie tym, kim Veloso dla Brazylii, Marley dla Jamajki, a Public Enemy dla USA lat 80-tych. Saksofonista, trębacz, wokalista/MC/krzykacz, multiinstrumentalista, kompozytor, aranżer, lider, ideolog. Potęga.

Dziura w stogu siana:
Oczywiście nic mi do tego, ale wątki seksistowskie, harem i tak dalej – średnio mnie zachwycają...

5 esencjonalnych kawałków:
"Zombie", "Water No Get Enemy", "Expensive Shit", "Gentleman", "Teacher Don't Teach Me Nonsense".

Na opis GG:
"Because why oh? Because the shit they smell!".

Płyta, której wstyd nie mieć:
Expensive Shit, przy okazji zachęcam nowych w temacie do sprawdzenia anegdoty o pochodzeniu tego tytułu; jest dość klasyczna.

Influenced by:
James Brown, Miles Davis, John Coltrane (temat z "Water No Get Enemy" wobec "Blue Train", come on people).

Influence on:
Talking Heads circa Remain In Light, fusion i funk (z afrobeatem to trochę "trzy romby wzajemnie się przenikające i uzupełniające", cytując trenera Strejlaua), jazzmani przeróżni, muzyka taneczna z plemiennym przedtaktem, banda pieprzonych studenciaków z Vampire Weekend, co i raz ktoś wyskoczy na chartsach promując dżunglę i Tarzana.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Synowie Feli, skąd my to znamy (check koment Nowo o Marleyu); dalej: Rashidi Yekini, Augustine Okocha, Emmanuel Amunike (zawsze im kibicowałem!). A serio? Dziennikarz PFM ze starej gwardii jeszcze, notabene zagorzały fan Radiohead i Marka Eitzela (mój człowiek...), niejaki Joe Tangari, zanurkował sobie kiedyś w świat afrobeatu i kurde, absolut, skompilował normalnie składankę 100 najważniejszych nagrań, puentując te znaleziska wnikliwym komentarzem. "Szukajcie, a znajdziecie".

Coś jeszcze?
"Będę prezydentem tego kraju, wiem o tym!", mawiał w jednym z wywiadów. "Młody człowiek, naukowiec, nie wie co robi... Jakże się myliłem".
(Porcys, 2009)

* * *

dokładnie 20 lat temu zmarł Fela Kuti, ambasador afrobeatu, w którego ukształtowaniu miał zasadniczy udział, ale i jednoosobowa "personifikacja" muzyki Czarnego Lądu – referencja dla każdego, kto eksplorował podobne rejony – będzie to William Onyeabor, Ata Kak czy obecnie WizKid. chociaż Expensive Shit i Zombie faktycznie są arcydziełami, najmocniejszymi materiałowo krążkami Nigeryjczyka (nie znajdziecie na nich ani sekundy dłużyzny), to facet wydał znacznie więcej płyt godnych uwagi (może kiedyś znajdę chwilę, by trochę o nich opowiedzieć – na razie w dalszej kolejności polecam sięgnąć np. po Sorrow Tears and Blood, Kalakuta Show, Roforofo Fight czy Afrodisiac).

zwykle albumy te powielały pewien konstrukcyjny schemat – po jednym dłuższym tracku na stronę A i stronę B, razem nie więcej niż pół godziny. a typowy utwór Feli? w większości przypadków to też raczej szablon. fazowo rozwijany, instrumentalny temat a la James Brown, fenomenalnie transowy post-shuffle Tony'ego Allena na bębnach, konsekwentnie nawarstwiany aranż na czele z funkującą gitarą, jazzowymi akordami elektrycznego pianina, spektakularnymi riffami dęciaków... i wreszcie sam Kuti, dołączający na jakimś etapie jako MC, puentujący tę polirytmię motywicznego gąszczu kilkoma zwięzłymi punchami w układzie call & response z żarliwym ekspresyjnie, żeńskim chórem.

jednak jego sekretem była umiejętność tchnięcia życia w prawie każdy rozpoczęty na nowo kawałek. czy we wczesnym ujęciu highlife, czy w późnym, bliższym zachodnim konwencjom, wciąż fascynującym fusion, zawsze mam wrażenie, jakby Anikulapo znów serwował kompletną narrację słowno-muzyczną, wciągającą już od pierwszych dźwięków. a ten komunikat miał na oko ze trzy szczeble upolitycznienia – od bezpośredniego, anty-kolonialnego przekazu, przez dumną promocję lokalnego, etnicznie korzennego, unikatowego stylu, aż po najgłębszy wymiar nieskrępowanego zatracenia w pozornie niekończącym się, obrzędowym flow, przekraczającym stricte cielesny aspekt doznania groove'u.

moje top 20 tracków:

1. Water No Get Enemy
2. Zombie
3. Expensive Shit
4. Teacher Don't Teach Me Nonsense
5. Gentleman
6. Sorrow, Tears & Blood
7. Alu Jon Jonki Jon
8. Kalakuta Show
9. Mr. Follow Follow
10. Ololufe

11. Army Arrangement
12. Go Slow
13. It's No Possible
14. O.D.O.O.
15. Who No Know Go Know
16. I.T.T.
17. Roforofo Fight
18. Colonial Mentality
19. This Is Sad
20. Power Show
(2017)