FABOLOUS

 

"Young'n (Holla Back)"
Jeżeli TI zwykł być nazywany "Jay-Z Południa" (wtf?), to Fabolousa klasyfikowano czasem jako "Nasa dla ubogich" (też pochodzi z Brooklynu). Spoko, ale znów na ratunek podąża z początku nerwowo tętniący beat – z obowiązkowo ucinaną synth-guitar, pacnięciami basu i pamiętnym dzwonkiem z komórki. I kiedy się już wydaje, że skądinąd wciągający, ale na wskroś monotonny wątek zahipnotyzuje nas na śmierć, w połowie wkracza kompletnie inny podkład, w zwolnionym tempie. Leniwej, trącanej od niechcenia reggae gitarce towarzyszą lekko przesterowane, niskie, pojedyncze klawisze pianina. I nagle urwanie.
(Porcys, 2006)

 

FAIRPORT CONVENTION

 

Unhalfbricking

Literalne narodziny brytyjskiego folk-rocka. Paradoks polega na tym, że misja wskrzeszenia "muzyki tradycji i źródeł" oraz objęcie specjalnym nadzorem rdzennego wyspiarskiego dziedzictwa idzie tu w parze z inspiracjami... amerykańskimi. Dziwna i zastanawiająca to tracklista, gdzie obok pionierskich free-szantów w 11-minutowym opracowaniu ludowego tematu "Sailor's Life" (chwilami zapowiada to jamy środkowego Sonic Youth) i aż trzech coverów "obskurnych" pieśni Dylana (non-album singiel i niepublikowane numery, czyli szczyt lansu wtedy – pamiętajmy, świat przed internetem...) figuruje też pijana przyśpiewka pióra Richarda Thompsona, która nie odstawałaby na Fear & Whiskey. Jednak zdecydowaną królową polowania okazuje się tu obdarzona mądrym i urodziwym głosem Sandy Denny. Jej autorskie songi – jazzujące "Autopsy" i zwłaszcza archetypiczna ballada o przemijaniu "Who Knows Where the Time Goes?" – budzą respekt dojrzałością. I kiedy w tym drugim Sandy wzdycha "I have no fear of time", to jasne się staje, że są ponadczasowe.
(2017)

 

FALTYDL

 

"She Sleeps"
"Defeated No More" z repertuaru "H&M-owych house'owców" ("the most regressive, lifeless shit I've ever heard" – Ott "na modłę" Noela Gallaghera) (btw nie mam nic przeciwko solidnej użytkowości – od lat noszę skarpetki z H&M) i właśnie "She Sleeps" – dwie wyśmienite kolaboracje Eda Macfarlane'a, które brzmią jak logiczna, bardziej klubowa kontynuacja klimatu wykreowanego przez "niesamowity w 60%" album Pala macierzystej formacji Friendly Fires. Dzięki takim gościnnym występom fantazjowaliśmy o kolejnym, trzecim longplayu FF, który sam Ed życzeniowo określił mianem progresywno-psychodelicznego "epika" (mam ciarki na samą myśl...), ale który dotąd jakoś nie nadszedł. Macfarlane ma coś dziwnego w głosie – w samej barwie i w sposobie, jakim się nią posługuje. Jest to wokal tyleż łagodny i wychillowany, co skrywający jakiś niewypowiedziany smutek, dotkliwą melancholię, delikatną zadumę. Coś podobnego ma Greenspan, coś podobnego ma Maciejewski. W sensie – wystarczą dwa zdania i nastrój jest jasno określony. Jeśli znacie ich nagrywki, to wiecie, o czym mówię. Efekt wzmaga kontrast między tym zatroskanym wokalem a podkładem z bajki microhouse'owej, precyzyjnie zaś ujmując - wywodzący się z non-genre, który czasem nazywano (ja popieram to hasło bardzo chętnie) "glitch-hopem". Chodzi o zapętlone buczenie subtelnie przetworzonego, zwykle septymowego sampla, wprawiającego w rozkoszny, choć niepewny trans. Nie jest to "muzyka do malowania płotów na zielono" ani "piosenka, która sama się słucha". Nie, to raczej "muzyka do schładzania głowy" – działająca jak zimny drink w środku uporczywego upału nad południowym wybrzeżem Adriatyku. Drink, który po kilku łykach prowokuje do refleksji na temat podjętych życiowych decyzji, zakończonych poczuciem "gorzkiego bezpieczeństwa" – kategorii, która nadal potrzebuje być wpisana do podręczników psychologii człowieka XXI wieku.
(Porcys, 2015)

 

FANATASTIC MR FOX

 

Evelyn (EP) (2010, post-r&b) !5.0

Nie wiem co jego nick ma wspólnego z bajką dla dzieci, ale to kolejny gościu do brydża przy dekonstruowaniu klisz r&b. Pokrewieństwo z Blake'iem nieuniknione. Nieco monotonnie i szkicowo, ale jak na drugą własną dziesięciocalówkę (wcześniej splity) - styknie. 

 

FATIMA

 

Mindtravellin (EP) (2010, modern funk) !5.8

To ta Fatima, o której śpiewa Dream w "Love King"? Laska brzmi, jakby chciała mieć dzieci z DâM-FunKiem. Kawałek z nim ("Warm Eyes") jest tu zresztą najlepszy.

 

FAZI


"Jutubery"
Reprezentant legendarnego Nagłego Ataku Spawacza wykłada kawę na ławę, mówi jak jest. Właściwie tekst "w punkt" i ekspresja zapiera dech, ale dramaturgia w bicie Decha też dotrzymuje kroku.
(2017)

 

FELIX DA HOUSECAT

 

"Rocket Ride"
Ach, ach! Felix zaprasza na imprezę w rytmie post-electro-soul, i będziemy się bawić bejbe, och zróbmy se podniecającą przejażdżkę po nocnych klubach, zabalujmy jak nigdy przedtem. Czyż nie fascynująca perspektywa na intensywny, dynamiczny, ekstremalny wieczór? Hej, ostra laska! "Don't say no / 'Cause I won't be denied". Ha! "You're my boy / And I'm your girl / Take me out of this messed-up world". Jjjasne, się robi. A nad ranem spijemy się w jakimś barze karaoke, zaśpiewasz ten numer do syntetycznego riffu gitary, kiczowatego podkładu klawiszy i mocarnego bitu z pogłosem. Z twoim wokalem? Na luzaku. Śliiiicznie śpiewasz.
(Porcys, 2004)

 

FEVER RAY

 

Fever Ray (2009, synth-pop) 4.9

Po prostu logiczny, spokojniejszy i mniej odkrywczy następca Silent Shout. Sporo tych sławnych pitch-shiftingów na jej głosie, ale już mniej szokują, bo się przyzwyczailiśmy, a'it?

Plunge (2017, industrial electropop) 6.0

– każdy w życiu ma jakieś marzenie, czegoś pragnie, o czymś myśli, coś co lubi, co chciałby jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć... pan Substance Only jest melomanem od wielu lat. co pan chciałby najbardziej usłyszeć?

– piosenkę pani Dreijer z ciekawą, zapamiętywalną melodią bym chciał najbardziej usłyszeć.

– tak się nieszczęśliwie składa, że nie mamy takich piosenek pani Dreijer na nowej płycie.
 

 

FIELD

 

From Here We Go Sublime (2007, techno) 6.8

Gdyby cały album brylował tak jak na przykład kawałek z Lionelem Richie, to byłby pewnie na podium. Niestety świeżość metody loopowania sekundowych skrawków znika na szerszej przestrzeni czasowej i pojawiają się niekontrolowane ziewnięcia. Ta reakcja prowokuje pytanie – czy Axel Willner nie serwuje nam oby sprawnie przyszykowanego artystycznego oszustwa? A jednak ogromne pokłony za wypreparowanie bliżej nieokreślonej transcendencji z dresiarskiego umcy umcy.
Najlepszy utwór: "A Paw In My Face" – ten brzęczący ścinek dźwięku z 2:38 to dla mnie produkcyjny detal roku.
(Offensywa, 2008)

 

50 CENT

 

Before I Self Destruct (2009, gangsta rap) !3.9

To spora sztuka schrzanić względnie przyzwoite podkłady. Półdolar mógłby w tej dziedzinie udzielać korepetycji. Impresywna ekipa procudentów, ale gościu tak zamula na majku, że szok. Jeden osamotniony Rockwilder się nie dał: jego "Do You Think About Me" buja zmysłowo-wieczornie mimo tępej jak chuj nawijki.

FLAMINGOS

"I Only Have Eyes for You" (1959)

Precyzyjna data premiery nie jest znana (był to prawdopodobnie kwiecień 1959), natomiast dokładnie 60 lat temu to nagranie zadebiutowało na liście Hot 100 Billboardu, gdzie potem dotarło do miejsca 11. Wszystko już powiedziano, ale zreasumujmy w telegraficznym skrócie. Sięgając po komediową pioseneczkę autorstwa Harry'ego Warrena z musicalu Dames (rok 1934) wokalny ANSAMBL z Chicago pod przewodnictwem Terry'ego Johnsona dość dramatycznie przejął narrację – wręcz zawłaszczył oryginał, wywrócił go do góry nogami i z nieocenioną pomocą ekipy realizacyjnej oraz aranżera Sammy'ego Lowe'a stworzył praktycznie nowy utwór lub co najmniej bodaj najbłyskotliwszą reinterpretację standardu w dziejach.

Wprawdzie podkład instrumentalny i wokale zostały pięknie zarejestrowane "live" przez inżyniera Allena Weintrauba podczas trzygodzinnej sesji w nowojorskim studiu Bell Sound (31 października 1958). Jednak dopiero później producent George Goldner po konsultacji z zespołem postanowił "pobawić się trochę reverbem". W efekcie ukręcony przezeń, bezprecedensowy przepych pogłosów oraz niespotykane dotąd, "zaburzone" proporcje miksu, otwierały już nową epokę w popie – LATA 60. Wielokrotnie zauważano, że pod płaszczykiem rozmarzonej cool-elegancji z cyklu "lay back and relax" czai się tu dziwny niepokój, napięcie, tajemnica, jakieś niewytłumaczalnie paranoiczne poczucie zagrożenia.

Jeśli więc słuchając albumu Neu! s/t stoimy w CZWÓRSTYKU, spoglądając na przyszłość czterech różnych kierunków, które ten longplay przewidział, to podobnie jest z tym majstersztykiem art-doo-wopu, który brzmi niczym prognoza czterech osobnych nurtów dźwiękowej sztuki. W tym epickim fresku, istnym kamieniu milowym muzyki rozrywkowej można dopatrywać się źródeł kontinuum barokowo-sophisti-popowego, balladowo-r&b/soulowego (w sumie aż po dzisiejszy autotune-pop, również polegający na radykalnym przetwarzaniu ludzkiego głosu) i psychodeliczno-dream-pop-shoegaze'owego, ale można go też słuchać jak czystego ambientu. Panie Carpigiani, wie pan doskonale, co z tym fantem zrobić.
(2019)

FLOWER TRAVELLIN’ BAND


Satori

Zdaniem wtajemniczonych entuzjastów korzennego J-ROCKA to lost classic, który wyznaczył ścieżkę rozwoju dla całego doom metalu. Z kolei według sceptyków to zaledwie orientalna w posmaku odpowiedź na pionierskie wyczyny Led Zep i Sabbathów z poprzednich dwóch lat. Gdzie leży prawda? Ktoś w rodzaju Legendarnego Afrojaxa parsknąłby zapewne, iż W DUPIE. Ja w tym wypadku RADZIŁBYM każdemu zaufać intuicji. A moja intuicja podpowiada mi, że kiedy słyszę wstęp do "Part II", to myślę sobie, że takiej chorej, "mniszej" kraut-psychodelii to ja ani u Led Zep, ani u Sabbathów nie uświadczyłem. Jasne, panowie co chwila sięgają po patenty hard/bluesowe, a wokalista bywa irytujący z tym piskiem, ale nieszablonowe konstrukcje utworów i rozsadzający je, pogmatwany styl wieślarski Ishimy uzasadniają kultowość tego wydawnictwa, które mimo ciężkiego soundu spokojnie można skwitować sucharem: "for relaxing times... make it SATORI time".

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=S6_oE_hlT_Y (evocative moment: wpuszczany i przykręcany feedback transcendentnej gitary, która najwyraźniej próbuje skomunikować się z duszami zmarłych przodków)
(2018)

 

FOO FIGHTERS

 

Wasting Light (2011, alt-rock) 5.3

Ogólnie ich "mięsno-ziemniaczany rock" (by Koniu) brzmi jak krzyżówka Bon Jovi i Soundgarden. 8>< "Rope" (Burning Airlines + efekt na tej gitarce a la "Fly on the Wall" XTC).

 

FOOL'S GOLD

 

Fool's Gold (2009, indie pop) !5.3

Jak Vampire Weekend ("afro-pop"), tylko ciekawsze kawałki. Co nie znaczy, że jakoś szczególnie ciekawe. Nie no, nic nie mam do nich.

 

FORD & LOPATIN

 

Channel Pressure (2011, synth-pop) !7.1

Dawniej znany jako Games, duet z konsekwencją i powodzeniem pławi się w ejtisowo-chillwave'owej mgiełce na kanwie zabójczo melodyjnych impresji i buduje nieświadomy pomost między IDM-owo samplowanymi bitami Maxa Tundry, a jazzowo-progresywnie przesiąkniętym post-popem Teen Inc. W kwestii porównań z Pretend EP Tigercity: nie ma tu wprawdzie AŻ TAK mocnych hiciorów jak "Dark Water" czy "Are You Sensation?", ale nie ma też gitarowego międlenia a la niesławny finał "Solitary Man", a całość wydaje się spójna w sensie stricte albumowym (vide nieocenione instrumentalne interludia, znać rękę gościa z OPN). Mimo paru dłużyzn ("The Voices" czy podejrzanie nie-singlowy singiel "World of Regret") i plagiatu z "Oh Sheila" Ready For the World w "Joey Rogers" (jakby zremiksowane przez Manual circa Ascend), to zdecydowanie "nasza drużyna" (it's pure Porcys, baby).

 

FOREVER AMBER


The Love Cycle

Namacalny dowód na istnienie osobnej kategorii "60s lost classic", o której wspominałem we wstępie. Oryginalnie wydany w limitowanym nakładzie absurdalnej ilości 99 (słownie: dziewięćdziesięciu dziewięciu) egzemplarzy, przez wiele lat istny Święty Graal "garażowego baroku", dostępny jedynie na bootlegach, album efemerycznego składu z Cambridge w UK został oficjalnie wznowiony zaledwie 10 lat temu. Porównaniom z Zombies nie było końca, ale jednocześnie pojawiło się narzekanie na jakość samego soundu. Że płaski, brak pasma, bez głębi, z kiepskim, zamulonym miksem. I to się z grubsza zgadza – jak się nagrywa samemu w pobliskim studiu testowym, to rezultat musi przypominać demówkę. Lecz paradoksalnie ta amatorska warstwa techniczno-emisyjna właśnie dodaje całości dziewiczego uroku. W zderzeniu ze słodkimi harmoniami i tekstami w rodzaju "are you my friend, my friend?", narodził się znienacka DIY-lo-fi-pop, więc niewiele ryzykuję sugerując, że to tutaj mają swój estetyczny początek Ariel Pink, Kenny Gilmore, Real Estate, Ducktails, Mac DeMarco albo Hoops.
(2017)

 

FRANCE GALL

 

Baby Pop

Na oko pstrokaty wykwit kontynentalnego, sixtiesowego poptymizmu, francuski nurt Yé-yé nadal wzbudza sporo kontrowersji rzekomym seksistowskim wydźwiękiem. Sprowadzenie nastoletnich wokalistek do roli odtwórczych "laleczek" spełniających męskie fantazje nosiło wszelkie znamiona perwersyjnego uprzedmiotowienia – poczynając od tytułów i tekstów, a na samym image'u i filmikach promocyjnych kończąc. Manipulacja sięgnęła zenitu, gdy niczego nieświadoma, prześliczna blondyneczka France Gall wykonała "Les sucettes" z zakamuflowanymi aluzjami do seksu oralnego, autorski majstersztyk deprawacji Gainsbourga. Serge dołożył trzy cegiełki (w tym otwierającą tytułową) na rześkim, porywającym longplayu Gall z 1966 roku, który dość niepozornie antycypuje całą tradycję europopu – z tą mechaniczną, nieco "kwadratową" rytmiką i barwnymi orkiestracjami. Żadna z Gall wybitna śpiewaczka, ale to amatorstwo broni się dziś zaskakującą świeżością. Influence on: ABBA, produkcje Morodera (sprawdźcie motorykę "Faut-Il Que Je T'Aime"!), Valerie Dore, Aqua i oczywiście późne Stereolab.
(2017)

FRANCOISE HARDY

La Question

Francja-Brazylia – ten mariaż gwarantuje czar i afekty. 1:1 i karne na Mexico '86, 1:1 na Tournoi de France '97, 3:0 w finale France '98, 1:0 w ćwierćfinale z 2006... No to popatrzmy. Wspomniana przy okazji Nary Leao kompozytorka, aranżerka i DYREKTOR ARTYSTYCZNA Tuca dostarczyła przejmujące kompozycje o konsystencji nerwowych, akustycznych, statycznych ballad z harmonicznym przepychem bossanovy. Hardy, jeszcze niedawno paryska POSTER GIRL dla młodzieżowego ruchu yé-yé, zaskoczyła dojrzałością w częściowo autorskich tekstach i tyleż skromnych, co skrycie femme-fatale'owych interpretacjach. Czasem czesze ona ucho ledwo emitowanym z gardła MELOSZEPTEM ("Chanson d'O), innym razem recytuje ("Oui, je dis adieu") albo łaskocze falsetem ("Doigts"). Raczej nie forsuje tematu za mikrofonem. Precyzyjnie ustawione pogłosy hojnie zarządzają intymnością i tajemniczością.

Całość okrasił celującymi orkiestracjami jej rodak Raymond Donnez – postać fascynująco wszechstronna, o czym przekonamy się w tym rankingu już jutro. Jego spektakularny smyczkowy AMBIENS starannie podkreśla dramaturgię pieśni, ale nie prowadzi aż tak odrębnej opowieści jak u Vanniera na Melody Nelson. Wspólnie wyszła im pozycja wręcz idealnie skrojona na tę porę (godzinę i pogodę) = francuskojęzyczne "Songs of Love and Hate w makijażu i spódnicy". Skupiony, przyczajony, ale dyskretnie dewastujący melodramat podszyto ledwo wyczuwalną, erotyczną insynuacją. Zadra towarzyszy czułości, a spokojne, beżowe tony sąsiadują tu z okruchami pokiereszowanych wspomnień. Reasumując: skarb który raz zaadaptowany nigdy serca nie opuści.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=C2swvlKEuEQ (evocative moment: świsty i horrory w miksie rodzą tu znienacka jakiś gotycki folk...)
(2018)

Message personnel

Mimo kilku skoczniejszych wałków i jednej brazylijskiej kompozycji, ta kolekcja nie ma za wiele wspólnego ani z sixtiesowymi, beztroskimi przebojami posągowej Francuzki, ani też z jej klasykiem, starszym o dwa sezony La Question. W zamian otrzymujemy solidną dawkę listopadowego, dołerskiego "chanson" – "Calvados" Kasi Klich trzy dekady wcześniej i półtora tysiąca kilometrów na Zachód. Gdyby poszatkować "Première Rencontre" jakimś "pierwszym z brzegu automatem perkusyjnym" to wyszłoby Portishead z pamiętnej koncertówki. Na "On dirait" wychowali się zapewne Godin i Dunckel. No i mamy zamykający całość utwór tytułowy, który – być może nieświadomie, ale jednak powiedzmy to – splagiatowali Radiohead w "You and Whose Army".

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=pQyazuB1sSw (evocative moment: modulacje w refrenie)
(2018)

 

FRANKIE VALLI

 

"Can't Take My Eyes Off You"

prawdopodobnie większość z was nigdy nie rozkminiała tego numeru. on po prostu sobie gdzieś "od zawsze" był obok, w tle, w postaci miliona różnych coverów, jako nieodłączna część popkultury (reklamy, jingle, talent shows i inne pola masowej eksploatacji). ale może przy okazji PÓŁWIECZA poświęcicie cenne trzy minuty życia, żeby odrobinę pochylić się nad tematem. ostatnio słuchaliśmy tego z kumplem i trafił swoim komentarzem w sedno: "CO TRZEBA MIEĆ W GŁOWIE, ŻEBY NAPISAĆ TAKĄ PIOSENKĘ?". spójrzcie: kompozycja składa się z trzech modułów, a każdy NA WŁASNYCH PRAWACH zachwyca niebywałą rasowością, nieskazitelną elegancją.

poprowadzona zgrabnie w dół po akordowych schodkach melodia zwrotki i niemal symfoniczny w wyrazie riff swingujących dęciaków w prechorusie spokojnie wystarczyłyby, by uwiarygodnić tekstowe wyznania. ale Bob Gaudio postanowił przypieczętować opowieść jednym z najbardziej monumentalnych refrenów w dziejach kosmosu, który wgniata w ziemię z iście wagnerowską intensywnością. i zupełnie jak na Soft Bulletin, aranż rezonuje z chorą precyzją, pieczołowitością. każde pacnięcie perkusji, każdy akcent "pod prąd" suchej jak wiór gitary, każdy pasaż smyczków wydają się mieć znaczenie. podobnie jak kumpel, też "trochę oniemiałem".
(2017)

FREDDIE HUBBARD

Red Clay

Mawiano, że osiągnięcia Hubbarda mierzyć należy w kategoriach "sidemana z duszą", bo trąbił na wielu spośród kluczowych longplayów Coltrane'a, Colemana, Dolphy'ego, Shortera, Hutchersona, Nelsona... BASICALLY, jeśli zasmakowaliście klasycznego hard bopu z 60s, to na 90% słyszeliście jak facet "dmie w blachę" charakterystycznie pełnym i ciepłym dźwiękiem. Cóż, niewątpliwie "cześć mu za to i chwała", ale gdy 32-letni wirtuoz wyczuł swoją rolę w nadchodzącej fali fusion i wysmakowanej "elektryki" – sieknął na siedemnastym autorskim krążku dziełko życia. Wspierany przez gwiazdorską ekipę z Hancockiem i Hendersonem, kładzie tu jeden "sztosik" za drugim, po drodze wynajdując A Tribe Called Quest (samplowali Jacka Wilkinsa cover tytułowego w "Sucka Nigga"), adaptując Lennona (przeróbka starszego o pół roku "Cold Turkey"), przy okazji non stop flirtując na lekkości z funkiem, może chwilami nazbyt opisowo frazując. Wciąż, to rzadki okaz: wcale niezgrana popkulturowo karta w talii kompletnych jazzowych majstersztyków.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=G3oW2aQd_5o (evocative moment: popołudniowe intro z wyluzowaną "gadką" unisono dęciaków i frakcji piano-sekcyjnej)
(2018)

FUCKED UP

 

Lekko jeszcze śnięci przemierzaliśmy teren festiwalu w drodze na scenę Ray-Ban. Na telebimie śmignął Jarvis Cocker, zanudzający chyba na śmierć wiernych fanów pod Estrella Damm. Tymczasem ekipie Fucked Up można było zarzucić cokolwiek, ale nie to, że przynudza. Ta wieloosobowa banda żuli, wykolejeńców i całkiem solidnych wioślarzy prawdopodobnie czuje misję kultywowania przejawów truskulowego punka i hardcore'u, takiego w linii Clash-Fugazi-Les Savy Fav. Wokalista szczególnie kopiuje ocierające się o chorobę psychiczną zachowania Tima Harringtona (predestynuje go do tej roli zbliżona fizjonomia) – w rodzaju wylewania sobie na głowę piwa, skakania po członkach własnego bandu i, a jakże, stage-divingu w rozszalały tłum "brudasów", dzielnie sekundujący idolom. Na szczęście ta farsa posiada całkowite pokrycie w materiale – o riffach na poziomie Jaboura nie mówimy, ale są solidne. W połączeniu z niebezpieczną chwilami energią daje to mieszankę wybuchową. Jestem na tak.
(Porcys, 2009)

 

FUGEES

 

"Killing Me Softly"
W połowie lat dziewięćdziesiątych, na imprezach podstawówkowych, zdaje się, że to był szlagier. Istotnie, szeroki słuchacz odnalazł tu coś nowego: to pierwsza przebojowa manifestacja lirycznego r&b, poparta wujowym beatem i miksem zwykłego rapu z żałosnym babskim zawodzeniem. Może kojarzycie takie małe gitarki-zabawki dla dzieci? W "Killing Me Softly" Fugees usłyszycie zapierającą dech w piersiach partię tego instrumentu, którą kiedyś jeden z moich znajomych-prześmiewców określił mianem "najwspanialszej solówki w historii rocka". Hi hi hi. Gdy byłem mały, mama zapewniała mnie, że to dobry numer, tylko że Fugees zrobili z niej coś okropnego. Po latach dotarłem do oryginału Roberty Flack. I rzeczywiście, miłe soulowe balladztwo. Wniosek prosty: jeśli chcecie z sensownej piosenki zrobić coś bezsensownego, zgłoście się do Fugees. Ach tak, oni się już rozpadli.
(Porcys, 2003)

 

FUNKY FILON

 

"Mała Chinka"
Okej, ustalmy to raz na zawsze. Olewam uprzedzenia i klapki na uszach. Niektórzy z góry wiedzą, co sądzą o tym utworze, bo przecież jest debilny i okropny. W teorii racja, ale w praktyce naprawdę, mimo najszczerszych chęci nic nie poradzę, że: a) ten łańcuszek akordowy jest PRZEŚLICZNY, wcale nieoczywisty i kunsztownie rozegrany (kroczki basu, transpozycja w górę + dzwonki) – na płycie Afro Kolektywu czy Jamiroquaia wszyscy by doznawali tej sekwencji harmonicznej, a pitchshifting syntezatora na tej samej nucie (pod zmieniające się akordy) to dla mnie wręcz kwintesencja inteligencji aranżacyjnej; b) oprawa jest NIESAMOWICIE DZIWACZNA: od przekazu literackiego ("tak w ogóle to są z Wietnamu" – w piosence pod tytułem "Mała Chinka" – niech ktoś mi powie, że to nie jest 10/10 w skali WTF), przez zacofanie flowu rapera, kretyński bitbox w tle ("czikiczikiczikulinka") i maksymalnie kuriozalne outro (no comments), po teledysk z serii "kurwa, to się naprawdę dzieje? przecież nic dziś nie ćpałem". No więc sorry, ale ładne kompozycje ubrane w oryginalną, IDIOSYNKRATYCZNĄ formę = dobra muzyka dla mnie. Tutaj kompozycja jest MEGA ŁADNA, a forma MEGA POKURWIONA. A zatem kawałek jest MEGA DOBRY. EOT. PS: W ramach bonusu sprawdźcie przesunięcie akcentu sylaby "ma" w pierwszym i drugim refrenie. Mam gęsią skórkę. 
(Porcys, 2011)

Sądzę, że to kuriozalne studium nieporadnego (technicznie i literacko) quasi-rasizmu podane w zachwycającym, jazz-popowym sosie (gdyby na takim podkładzie zaśpiewała Ewa Bem, inaczej byście gadali, wy stróże dobrego gustu!) paradoksalnie zestarzało się znacznie lepiej od dokonań krajowego rocka po przełomie mileniów. Nie ma takiego drugiego utworu - a to w XXI wieku osiągnięcie samo w sobie.
(Gazeta Wyborcza, 2013)

 

FUTRO

 

"Spacer Po Miłość" / "Where Is..."
To właściwie jest jedna ballada w dwóch wersjach, polskiej i angielskiej. Spostrzegłem sporo konstruktywnej krytyki pod adresem Futra i przyznaję, jako całość płyta nieco się rozmywa, angielski z pewnością nie jest najmocniejszym punktem Noviki, a podkłady sporadycznie ocierają się o banał. Ale nikt mi nie powie, że "Spacer Po Miłość" to słaby kawałek, a jak powie, to przynajmniej nie odejdzie bez ostrej reprymendy. Od wstępnego zapętlenia głosu Noviki utwór emanuje niebieską błogością. Kilkuwarstwową elektroakustyczną powłokę uszyto chyba z jedwabiu. Prosta, zredukowana kompozycja eksploatuje do granic możliwości najlepiej trafioną sekwencję dwóch akordów w dziejach trip-hopu. Skradające się, spadające lekko jak płatki śniegu w Boże Narodzenie "param pam pam parampam" przyprawia o dreszcze. Novika wykorzystuje głos w taki sposób, jaki uprzednio zapewnił uniwersalną popularność jej kultowej audycji: delikatnie steruje pastelowym timbre, promieniuje ciepłem, nastraja melancholijnie i zarazem jest cholernie sexy, jeśli i w niewinny, nieświadomy sposób. Ach, pomagają w tym zdania typu "Popłaczmy razem / Aż zjawi się uśmiech", kuszące czystą dawką tęsknoty. Może to i podejrzana konfekcja, ale kupuję ją. Suckeeeers.
(Porcys, 2003)

"New Pollution"
Kontynuując wątek polski: Kasia Nowicka to nieco inny wariant wokalistki, która działa na pograniczu kilku stylów. Dygresja pierwsza: czy wiecie, że środowisko niezależnych krytyków traktuje Kasię fałszywie i nieuczciwie? Niby zapraszają ją do jakichś podsumowań, a potem obgadują za plecami jej muzyczne dokonania. Wyśmiewają znaczy. Dygresja druga: wiecie, co mówią o Moon Safari? No na pewno wiecie. No wiecie. Tak więc uważam, że debiut Futra może z powodzeniem zastąpić takie klasyki szczerego grania, jak IV Led Zeppelinów, Vs. Mad Professor Massive Attack, czy właśnie Moon Safari. Ale pośród tak słodkich numerów, jak "Spacer Po Miłość", który sprawia, że też jestem smutny, albo "Wyspy", po którym koleżanka chciała mnie poczęstować pokrojonym sercem (co za obrzydlistwo!), zdarzyło się Kasi kilka oczywistych wpadek. Na przykład udział (w ramach "wymiany" za "Wyspy") w utworze Fisza, "T.A.J.E.M.N.I.C.A." – przyznajcie, że senne powtarzanie kolejno liter A, E, N, i C przy jednoczesnym kołysaniu łydkami nie jest szczególnie kreatywnym wkładem w hip-hop. No i właśnie "New Pollution" Becka, rozebrane z niesamowitości obecnej na Odelay, a ubrane w futro. "Sziiiizeeloninde niuupoluuuszan". Ech.
(Porcys, 2003)