ERYKAH BADU

 

Baduizm (1997)

Goście o wiele lepiej rozeznani w meandrach czarnej muzyki wypocili już tony muzykologicznych analiz, dowodzących roli "Baduizm" dla neo-soulu, więc nie będę ich przeklejał. Z drugiej strony Abi Wright długo czekała na akceptację od sarkastycznych kręgów hipsterów. Namaszczenie przyszło dopiero na wysokości "New Amerykah Part One". Ja w kwestii Badu zawsze byłem z boku. Świadom istnienia takiej artystki, kupiłem jej płyty dość późno. Miałem wtedy dosyć zgiełku, dudniących bębnów, syczących talerzy i darcia się pod pozorem śpiewania. Może dlatego, że przez parę lat był to dla mnie chleb powszedni. I jak pierwszy raz położyłem się spać z "Otherside of the Game" na uszach, to poczułem rzadki dreszcz fizycznej przyjemności wywołanej sączącym się ze słuchawek dźwiękiem. I niech tak zostanie.
(T-Mobile Music, 2012)

Mama's Gun (2000, neo-soul) 7.0

Worldwide Underground (2000, neo-soul) 8.3

Badu to artystka tak nietuzinkowa, że ze smakiem pożeram wszystkie jej płyty, z koncertówką włącznie, ale moim osobistym faworytem jest ta nominalnie epka. Bywało, że zapętlałem "Back in the Day" na godzinę, półtorej i nie zauważałem upływu czasu. Magia, zresztą rozgrywająca się w harmoniczno-melodycznych rykoszetach (James Poyser to czarodziej). Nie mam nic do dodania.
(T-Mobile Music, 2011)

New Amerykah Part One (4th World War) (2008, psych-soul) 7.3

Postać unikatowa. W powszechnym uznaniu wielka wokalistka, której magicznej frazy nie da się pomylić z niczym innym. A do tego artystka poszukująca, nie osiadająca na laurach, rzucająca ambitne wyzwania swojej wiernej grupie wyznawców. Pewnie dlatego jej kolejne albumy sprzedawały się gorzej od poprzednika. Ale przynajmniej w dyskografii nie znajdziemy pozycji zbędnej, ponieważ każda coś wnosiła – czy przyjrzymy się współdefiniującej ruch neo-soulowy płycie Baduizm z 1997, czy nagranym już w tej dekadzie Mama's Gun i Worldwide Underground. Zapowiadany jako pierwsza z dwóch części pełnego dzieła (druga ma się ukazać pod koniec roku), krążek New Amerykah, Part One podtrzymuje znakomitą passę Eryki.

Tradycyjnie pani Badu czaruje dość oszczędnym wykorzystaniem swoich kapitalnych warunków głosowych – śpiewa ascetycznie, chłodno, z zachowaniem tajemnicy. W tle transowe, raczej leniwe, ciepło bujające, rozluźniające (lecz naszpikowane wieloma drobiazgami aranżacyjnymi) podkłady, cytujące niezobowiązująco, jakby od niechcenia niemal całą historię "czarnej" muzyki – funk, soul, hip-hop... Tak buduje się charakterystyczna atmosfera kontemplacji i duchowej więzi z odbiorcą. Pięknie, że nie zabrakło w tym hipnotycznym, quasi-obrzędowym kotle piosenek chwytliwych, ujmujących szlachetnie prostym urokiem melodycznym – zwieńczone akrobatyką wokalno-trąbkową "Me", sennie ewoluująca ballada "Telephone" czy nieopisany we wkładce, bonus track i zarazem pierwszy singiel "Honey" (okraszony świetnym klipem). Wśród gości nie tylko wspaniali producenci jak Madlib i 9th Wonder oraz wyborny jazzman Roy Hargrove, ale również, uwaga, Omar Rodriguez-Lopez z formacji Mars Volta. W kontekście znakomitej dyspozycji tu zaprezentowanej, występ Badu na Open'erze urasta do rangi jednego z najważniejszych wydarzeń gdyńskiego festiwalu.
(Clubber.pl, 2008)

New Amerykah Part Two (Return of the Ankh) (2010, psych-soul) 7.7

Poprzednia płyta Eryki (i zarazem pierwsza część cyklu buńczucznie zatytułowanego "New Amerykah"), "4th World War" z 2008 roku, stała się niespodziewanie sporym wydarzeniem o zasięgu pozamuzycznym. Przekaz społeczno-polityczny tamtego albumu stawiano obok najsłynniejszych dokonań "świadomego" soulu – chociażby mitycznego "There's A Riot Goin' On" Sly Stone'a. Mimo, że istota unikalności "4th World War" tkwiła w prowokacji bez puenty – Badu nigdy nie proponowała gotowych rozwiązań, korzystając ze świętego prawa artysty do wywołania ideologicznego fermentu bez odpowiedzialności za precyzyjne diagnozy i recepty. Muzycznie zaś, był to zestaw, który dzięki eklektyzmowi i pełnej gamie kwaśnych, psychodelicznych, odważnych dodatków pozyskał solistce wielu nowych fanów, zachwycając zarazem starych odwagą i ambicją.

Część druga cyklu, "Return Of The Ankh", powstała właściwie jednocześnie z pierwszą, ale rezultaty sesji zostały posegregowane według tematyki i atmosfery na dwa "rozdania". Jeśli "4th World War" iskrzyła się od meta-protest-songów i wciągała raczej nerwową aurą, to "Return Of The Ankh" w znacznej mierze stanowi jej antytezę. To melancholijna, wyluzowana i spokojna relacja z uczuciowych przygód, trosk i uniesień. Ktoś powie więc – na co komu intymne zwierzenia w muzyce pop, skoro były ich już miliony? A jednak to Erykah Badu. Jej osobowość cechuje taka intensywność, że warto nadstawić uszu, bo mogą nas ominąć rewelacje. Artystkę stać na wypowiedzi wieloznaczne – blisko bezbronnej szczerości znajdziemy tu cynizm, pozę i kapitalny humor (pierwsze z brzegu: "wyglądam jak modelka / będę gotować jak twoja matka" w sprytnie manipulującym słowami "munny" / "money" wyznaniu miłosnym "Turn Me Away"). Chwilami nie wiadomo czy to, co słyszymy, to prawda, fałsz, żart, coś na serio – a może wszystko naraz?

Album rozpoczyna jeszcze napięte, skoncentrowane "20 Feet Tall" z przesłaniem w rodzaju: "odgrodziłeś się ode mnie murem wysokim na dwadzieścia stóp, ale jak wstanę z kolan, to okaże się, że mam dwadzieścia stóp wzrostu". Lecz rozluźnienie następuje już przy indeksie drugim. Pierwszy singiel "Window Seat" to najwyraźniejszy powrót do klasycystycznego neo-soulu epoki "Baduizm", ale w tej reminiscencji nie ma nic wtórnego, bo solą piosenki jest jak zawsze porywająca wokalna interpretacja. Dalej Erykah "bawi się w mixtape", konstruując pieśni na harmonicznym szkielecie wyciętym z cudzych kawałków. I momentami efekty tej przypominają, co zaskakujące, starsze dokonania jazz-rockowej legendy Steely Dan – chociażby urywany riff fortepianowy "Agitation" (z samplem z nagrania Davida Sanciousa) czy spowolniony funk fusionowego "Turn Me Away (Get MuNNY) z cytatem z "You Can't Turn Me Away" Sylvii Striplin. Około-soft-rockowy wątek rodem z lat siedemdziesiątych kontynuowany jest w rewelacyjnym "Gone Baby, Don't Be Long" gdzie zapętlony w nieskończoność chórek z piosenki "Arrow Through Me" grupy Wings (słychać głos samego Paula McCartneya!) stanowi dla Badu punkt wyjścia do wykreowania jednego z lepiej zapamiętywalnych refrenów roku (mimo, że melodię podaje ona jakby od niechcenia, znudzona).

Temat na osobną rozprawkę to utwór zamykający całość, dziesięciominutowy "Out My Mind, Just In Time". Ta trzyczęściowa suita bywa porównywana przez fanów do analogicznej kompozycji z krążka "Mama's Gun" czyli "Green Eyes". Nie potrafię stwierdzić, czy "Out My Mind" to rzecz większego kalibru, ale z pewnością najważniejszy track na "Return Of The Ankh". W dostojnym intro o znamionach wielkiego standardu kameralnej jazzowej liryki Erykah ociera się o geniusz dzięki drobiazgom tekstowym (furorę zrobił ironiczny wers "szydełkuję dla ciebie" ulokowany nieopodal takich frazesów jak "płaczę dla ciebie" czy "zrobię co zechcesz") i wyrazowym (niesamowity zabieg nagłego "spowolnienia płyty" na słowach "screw for you" – patent wywołujący u mnie ciarki za każdym razem, gdy go słyszę). Następuje fascynujący fragment rozchwiany na granicy atonalności, a później hipnotyczne, gęste faktury i natchnione wokalizy finału. Iście epickie zwieńczenie jednej z najlepszych (nie waham się już tego stwierdzenia) płyt 2010.
(Clubber.pl, 2010)