EARTH, WIND & FIRE

 

#94
MAURICE WHITE
Earth, Wind & Fire – jak na radosny kolektyw przystało – pracowali raczej zespołowo, sporo jamując. Tym niemniej jedno nazwisko zwykle powtarza się przy KREDYTACH do najwspanialszych utworów formacji. Maurice był dla braci White i spółki tym, kim Brian dla braci Wilson i spółki – nie tylko głównym kompozytorem, ale także mastermindem, "mózgiem konceptualnym". Według wspomnień wielu członków grupy to właśnie jemu zawdzięczamy zarówno mnóstwo wykwintnych detali w jej repertuarze jak i – w szerszym planie – to, że te numery po prostu tak bardzo wymiatały w czysto popowym znaczeniu.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

SAMA TREŚĆ: Kozacka dyszka od Earth, Wind & Fire


Słowo o nieśmiertelnej grupie z Chicago w stanie Illinois, gdzie nie zabrakło jeszcze weny i gdzie w każdym momencie może nas ugryźć nowy przebój.

* * *

Jako się rzekło, rok 2013 obfituje w nieoczekiwane (i nieraz zaskakująco udane) powroty muzycznych weteranów. Lecz kiedy kolega podesłał mi dwa i pół miesiąca temu link do nowej piosenki Earth, Wind & Fire z komentarzem "ej, bez jaj...", to poczułem się zakłopotany, skonfundowany i automatycznie sprowokowany do czerstwych żartów. Czy to rzeczywiście możliwe – zastanawiałem się – że formacja, której członkowie razem wzięci mają już chyba więcej lat niż biblijny Matuzalem, nadal ma coś ciekawego do zaoferowania? Pozostając wstrząśnięty tegorocznym jubileuszowym koncertem "Opole! Kocham Cię!", zdominowanym przez postaci grubo wykraczające poza sześćdziesiątkę, a znanym też na mieście pod może brutalnym, ale całkiem adekwatnym hasłem "Noc Żywych Trupów", obawiałem się najgorszego. Z pewnym sceptycyzmem zabierałem się więc do odtworzenia, ale ono samo szybko rozwiało moje wszelkie wątpliwości. Kawałek "My Promise" z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu okazał się istną petardą, w niczym nie ustępującą (na polu przebojowości, żarliwości i muzycznego kunsztu) najwspanialszym osiągnięciom w katalogu zespołu, czyli tym z przełomu lat 70. i 80. Miast silić się na wydumaną nowoczesność, panowie brawurowo sięgnęli do swoich korzeni i trafili w środek tarczy. W sumie to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie rzeczy mijającego lata. Posłuchajmy:

link - http://www.youtube.com/watch?v=PyV4iMKxjl8

Pomyślałem sobie tak w ogóle, że EWF są kapelą, o której imponującym dorobku warto w Polsce regularnie przypominać. Nie odważę się wprawdzie ogłosić, że EWF są u nas nieznani czy niedoceniani, bo od razu oburzą się miłośnicy "czarnych brzmień" spod znaku Hirka Wrony, jakich nad Wisłą przecież nie brakuje. A dla nich akurat ekipa Maurice'a White'a to zapewne aksjomat i świętość. Ale już co do reszty społeczeństwa, to podejrzewałbym dość powierzchowne zaznajomienie z tematem. Owszem, EWF mieli wiele niekwestionowanych hitów –  w Stanach ikonicznych, a w naszym kraju znanych z radia czy z dyskotek. I te szlagiery kojarzą raczej wszyscy osobnicy, który kiedyś otarli się o popkulturę. Sęk w tym, że ansambl z Chicago miał znacznie więcej do zaoferowania. Poleciłbym zresztą w całości albumy takie jak "All 'n' All", "I Am" czy bodaj najlepszy całościowo "Raise!", ale jeszcze skuteczniejszą metodą zachęty będzie wskazanie konkretnych utworów. A zamiast rekomendować hymniczne oczywistości typu "Boogie Wonderland", "September" czy "Let's Groove" postanowiłem zebrać odrobinę mniej wyeksploatowane medialnie nagrania EWF, do których jednak mam prywatnie szczególną słabość. Mam nadzieję, że to dobry materiał wyjściowy na początek przygody z tym nominalnie funkowym, ale w istocie fenomenalnie eklektycznym i barwnym muzycznie bandem. Okazja do złapania bakcyla tym lepsza, że wklejony wyżej "My Promise" to zapowiedź pierwszego od 8 lat longplaya EWF, zatytułowanego "Now, Then & Forever", którego premierę zapowiedziano na 10 września.

* * *

10. Mom (1972) ( http://www.youtube.com/watch?v=4ZBOD0hMw4c )
Ten nietypowo smutny jak na Maurice'a White'a utwór otwiera mroczne arpeggio nieodległe od intro "The Sound of Silence" Simona i Garfunkela, ale po chwili ustępuje innej gitarowej figurze, zresztą równie niepokojącej i ponurej. DJ Quik sprytnie zbudował na niej utwór "Speed" ze swojego arcydzieła "Rhythm-Al-Ism". Dramaturgię pogłębia bogata orkiestracja: płaczliwe smyki, improwizacja pianina, dzwonki, saksofon... I jeszcze osobiste skojarzenie: Ryan Olcott z mojego ukochanego bandu 12 Rods musiał mieć z tyłu głowy ten pochód w dół, kiedy układał "Your Secret's Safe With Me".
 
9. See the Light (1975) ( http://www.youtube.com/watch?v=DZPDRSAnW9U )
Film "That's the End of the World" w reżyserii Siga Shore'a okazał się nieporozumieniem i dziś niewielu go kojarzy. Zupełnie odwrotnie ze ścieżką dźwiękową, którą konstytuował identycznie nazwany, szósty regularny album EWF. Bardzo możliwe, że to najlepiej znany i najchętniej doceniany przez amerykańskich krytyków longplay grupy. A zamyka go ta oto wielowątkowa, obfitująca w zmiany tempa i nastroju mini-suita, w której odnajdziemy na przykład ślady Wonderowskiego shuffle, "bliskie harmonie" jak z "sunshine popu" oraz jazzowe solo Mooga. Ich "Bohemian Rhapsody".

8. Song In My Heart (1980) ( http://www.youtube.com/watch?v=KrRPQxF33WU )
Nie ma to jak ścisły (mówiąc z angielska "tight") groove sekcji rytmicznej. W zwrotce linia basu podparta unisono przez gitarę trzyma wszystko za zęby tak precyzyjnie, że aż strach. A refren? Kawał mięsistej imprezowni – to z takich numerów czerpią dziś inspirację producenci nu-disco. Gościnny kompozytor Garry Glenn serwuje też zabawną modulację w środku, miło dezorientującą słuchacza, jakby tonacja była "z gumy" (sprawdźcie od 1:52 do 2:01 – uwielbiam takie sztuczki). Album track, który tak naprawdę powinien był zostać singlem (co naprawiono, dołączając go do dwupłytowego składaka sprzed 3 lat).

7. Earth, Wind & Fire (1976) ( http://www.youtube.com/watch?v=rBf6waELxxw )
Tytułowy utwór w dyskografii EWF trafił na płytę "Spirit", ostatnią przygotowaną z pomocą Charlesa Stepneya – wybitnego aranżera i producenta, w znacznej mierze odpowiadającego za sound wczesnego wcielenia formacji, który zmarł na atak serca w trakcie prac nad krążkiem. Ależ się ta zwrotka skrada na paluszkach – tajemniczo, dyskretnie i z gracją. Ni to ballada, ni funkowy wygrzew – raczej takie midtempo, przyczajone i stopniowo budujące napięcie. Napięcie rozładowane wkrótce w pięknie poprowadzonym refrenie – to jeden z wyjątkowo szlachetnych przebiegów akordowych na koncie Maurice'a.

6. Keep Your Head Up the Sky (1973) ( http://www.youtube.com/watch?v=Vnf3d7Zyjsk )
Dowód na to, że EWF są mistrzami w prawie każdej dyscyplinie, w której wystartują. Biorą więc na warsztat model delikatnej soulowej pieśni, spod znaku Gaye'a, Greena, Hayesa – to w końcu też tradycja, z której w ogromnym stopniu wyrośli. I odnoszą spektakularny sukces. Opierając się głównie na prostej serii trzech akordów (później niejako skopiowanej w "Baby Come Home" Williego Hutcha [link - http://www.youtube.com/watch?v=ldwBcgifVRU ] i chętnie samplowanej w kręgu hip-hopowym) kreują niewymuszoną, subtelną zmysłowość. No i to eleganckie wykończenie z wielogłosowym zaśpiewem a capella – szacunek. 

5. Lady Sun (1981) ( http://www.youtube.com/watch?v=ZsubkVdL8YY )
Drobne przypomnienie, że nie tylko Daft Punk bezczelnie żerowali na murzyńskim wymiataniu ze wczesnych lat 80. To samo zdarzało się Basement Jaxx, którzy na bazie "Lady Sun" 20 lat później zmajstrowali – całkiem porywająco – swoje "Breakaway" (link - http://www.youtube.com/watch?v=lXMWj9WQBT4 ). Ale zostawiając na boku sample i niezaprzeczalną potęgę funkowego uderzenia, warto przysłuchać się refrenowi, w którym akordy tasowane są z prędkością i kreatywnością Steely Dan. Za tę harmoniczną żonglerkę odpowiada wokalista i gitarzysta Beloyd Taylor – autor jeszcze dwóch kompozycji na "Raise!", co daje aż 1/3 materiału!

4. Touch (1983) ( http://www.youtube.com/watch?v=OmHSrbYpLbU )
W rockistowskich środowiskach zarzucano EWF tandetę, plastik i bezguście, gdy nasi bohaterowie od początku lat 80. coraz wyraźniej flirtowali z wypolerowanym, łagodnym brzmieniem klawiszy. To prawda, stawali się oni de facto częścią nowego – przeklętego przez gitarowych konserwatystów – ruchu post-disco. Mnie z kolei to gładsze soundowo oblicze braci White, Philipa Bailey i spółki całkowicie przekonuje. Postrzegam ten krok jako naturalną, logiczną kontynuację ich korzennie funkowej przeszłości. Eksperyment z chłodniejszym, synth-popowym brzmieniem na albumie "Electric Universe" uważam za udany, również dzięki tak urokliwym piosenkom jak "Touch" właśnie.

3. Runnin' (1977) ( http://www.youtube.com/watch?v=TI6ihLlTeHo )
Pierwiastek latynoski był w ich muzyce obecny niemal od zawsze, ale nigdy nie wyeksponowali go tak wyraźnie, jak na płycie "All 'n' All", która zawierała nawet krótkie interludia z własnymi opracowaniami utworów Miltona Nascimento i Toninho Horty. Zaś apogeum tej tendencji było "Runnin'". Tu oto doprowadzili do ideału fuzję wpływów brazylijskich, jazzowego wysmakowania i autorskiej skłonności do gorącego jamowania. Pozbawiona słów (wystarcza sugestywna wokaliza Baileya) impresja mknie lekko i świeżo mimo nieco progresywnej konstrukcji. Co ciekawe około 10 lat później chęci na przygrywanie na gitarze do takich smakołyków nabierze sam Pat Metheny. Szło mu wybornie, choć nieco się spóźnił.

2. My Love (1981) ( http://www.youtube.com/watch?v=RuHd5gZqqjc )
Wycieniowanie akcentów (ach to podcięcie rytmu w zwrotce), umiejętność wyczucia odpowiednio kruchej atmosfery i nadzwyczaj zgrabne rozwinięcie motywu w refrenie to kluczowe atuty "My Love", mojego faworyta wśród ballad EWF. Z tym, że jest to ballada sensacyjnie aktualna i dzisiejsza. Ja w tych aksamitnych nutkach Rhodesa słyszę zalążki współczesnych wirtuozów samplingu w rodzaju Jensen Sportag (ich zmodernizowaną wersję "My Love" wyobrażam sobie na przykład na epce "Pure Wet"). Odpowiednio gęste opracowanie (przenikające się linie wokalne, brzęcząca w kanale gitarka, saksofon) nigdy nie pozwala się sobą znudzić. Perfekcja.

1. Can't Let Go (1979) ( http://www.youtube.com/watch?v=DLetyIPrbEc )
Z EWF mam trochę jak z Prince'em. Doceniam ich sprawność i "spadanie na cztery łapy" w każdej estetyce, którą w danym momencie się zainteresują. Ale szczególnie uwielbiam ich, kiedy łączą rozmaite, odległe pozornie wpływy w obrębie jednego kawałka. A ten amalgamat jest tak bezbłędnie organiczny i spójny, że nagle spada na nas objawienie – cholera, przecież to jest dokładnie definicja ich niepowtarzalnego stylu. Nazywano "I Am" ich trzema groszami w kwestii disco, ale żaden inny wykonawca z kręgu disco nie zrobiłby tego tak gęsto, treściwie i kolorowo. Z jednej strony nieujarzmiony entuzjazm przebijających w tle falsetów, a z drugiej akademicka kalkulacja w pilnowaniu każdego drobiazgu, także w sferze zapisu nutowego (nawet na papierze kompozycja urzeka nawarstwieniem). Ponadto nikt tak jak The Fire nie umiał wpuścić słuchacza w maliny – kiedy po zwięzłych fanfarach oznajmiających koniec refrenu, zostaje on nieoczekiwanie (w wersji niemal instrumentalnej) zapętlony na 45 sekund. I co więcej, natychmiast zauważamy, że ta fałszywa solówka syntezatora (od 1:46) to po prostu temat przewodni, to firmowy riff, to cała esencja kawałka, którego właśnie słuchamy. Takie tricki Kevin Shields stosował 12 lat później, operując w zupełnie innym środowisku kulturowym i muzycznym. Kiedy myślę Earth, Wind & Fire, w pierwszej kolejności myślę "Can't Let Go". To pigułka, w której grupa zdołała pomieścić całą siebie.

(T-Mobile Music, sierpień 2015)

"Can't Let Go"

Wszelkie rankingi mają do siebie to, że może w nich coś umknąć. EWF – kapela którą dwukrotnie "skrzywdziłem" przy zestawieniach, nad którymi sprawowałem "opiekę merytoryczną", bo najpierw "omsknęli" się o porcysowy Guide to Pop, a potem o moją prywatną listę top 111 singli życia. W sumie zadziwiające, gdyż z radością słucham ANANASÓW regularnie od jakichś 20 lat.

Odpalone po dłuższej przerwie "Can't Let Go" właściwie na każdej płaszczyźnie ZDRUZGOTAŁO mnie w ten słoneczny dzionek. Kompozycja – hook za hookiem wjeżdża, nie tylko w liniach wokalnych. Aranż euforycznie mieni się kolorami tęczy – niczym okładka I Am. Wykon – chyba nawet Yes na Close to the Edge nie grali bardziej "tight". Miks – IGIEŁKA, rękawica rzucona Steely Dan. Kopnięcie sekcji dosłownie mnie zgięło, a reszta według definicji idealnego miksu by Peter Bergstrand – zachowuje maksimum dynamiki przy maksimum charakterystyki i pasma.

Stylistycznie kontynuację drogi EWF podjęli choćby Prince, nasza grupa Wrak, pionierzy chicagowskiego house'u, Jamiroquai czy Daft Punk. Ale od strony nieskończonych repetycji pokrewny vibe można też znaleźć w Loveless, Vocalcity albo Suburban Tours. Vibe zatracenia się w muzyce.
(2019)