VA

 

KOMPAKT

Kolońska oficyna Kompakt – synonim nienagannego smaku i modernistycznej nostalgii w muzyce elektronicznej – obchodziła w tym roku dwudziestolecie istnienia. Przez cały 2018 me uszy wspomnieniowo konsumowały w tle kolejne odcinki historycznych serii Total i Pop Ambient. Dodawałem do odpowiednich playlist te urywki, które mnie najbardziej czarowały. Dobiłem do 50 nagrań w każdej z nich, więc wyłoniłem ZŁOTĄ SETKĘ Kompaktu w dwóch odsłonach.

Zaczynam od Total, a to dyszka osobistych faworytów:

1. Dettinger: "Blond"
2. The MFA: "The Difference It Makes"
3. Jürgen Paape: "So Weit Wie Noch Nie"
4. Michael Mayer: "Amanda"
5. Kontrast: "Grey Skies to Blue"
6. Justus Köhncke: "Pickpockets"
7. Mayburg feat. Ada: "Each and Every Day"
8. Joachim Spieth: "Abi 99 1"
9. The Field: "Over the Ice"
10. Sascha Funke: "Drei Auf Drei 1"
(2018)

I druga plejka z okazji dwudziestolecia Kompaktu – tym razem highlighty cyklu Pop Ambient, wydawanego od 2001 roku. Mam nadzieję, że umili Wam resztę grudniowych wieczorów, a może i nastroi do końcoworocznej refleksji.

Moje top 10 ulubionych tracków z tej serii:

1. Simon Scott: "Für Betty"
2. Gas: "Pop"
3. Donnacha Costello: "Dry Retch"
4. Reinhard Voigt: "Premiere World"
5. Sylvain Chauveau: "Fly Like a Horse"
6. Pass Into Silence: "Iceblink"
7. The Orb: "Dilmun"
8. Triola: "Jean Vigo"
9. Markus Guentner: "Pilot"
10. Superpitcher: "Jackson"
(2018)


Blunted – The Edinburgh Project (1996)

W drugiej klasie ogólniaka kolega zaraził mnie nurtem bitowej muzyki "relaksacyjnej": od trip-hopu przez downtempo po wszelkiej maści chill-out. To dzięki niemu poznałem najpiękniejszą według mnie składankę, jaka istnieje. Chociaż "Blunted..." zostało skompilowane ze specjalnie przygotowanych na tę okazję utworów, przypuszczalnie z zamiarem sportretowania szkockiej sceny winylowo-elektronicznej, tracklista płynie jak album z własną narracją. "Wasters" Coco And The Bean to zagubiona perła z "Dummy" Portishead. "Feel'n'Fine" Suga Bullit to ballada na modłę Everything But The Girl, która mogłaby się też znaleźć na "Carboot Soul" Nightmares On Wax. "Morocan" The Outa'Nationals to pozornie kojąca impresja z niespodziewanymi zwrotami akcji á la "Protection" Massive Attack. Wyluzowane nawijki, natchnione ambientowe pejzaże i przepiękne acidjazzowe temaciki saksofonu lepią się ze sobą w jeden spójny, godzinny marihuanowy soundtrack. Kolegę spotkałem dwa tygodnie temu – nie widzieliśmy się 11 lat, a nic się nie zmienił. W kwestii "Blunted..." też się u mnie nic nie zmieniło – to nadal dźwiękowa kąpiel, w którą raz na parę zanurzam się z rozkoszą.
(T-Mobile Music, 2012)

MTV Party to Go '98 (1997)

Kapitalny składak na wakacyjne wypady. Albo filar udanej imprezy w – jak to coraz częściej nieładnie określam – cywilizowanym towarzystwie. W każdym razie – to nieskazitelny miks czternastu niezaprzeczalnych hitów z pogranicza r'n'b, hip-hopu i dance'u (są tu między innymi "Return of the Mack" Marka Morrisona, "Pony" Ginuwine, "If Your Girl Only Knew" Aaliyah, "Block Rockin' Beats" Chemical Brothers, "Quit Playing Games" Backstreet Boys, "No Diggity" Blackstreet czy "On & On" Eryki Badu) w rozmaitych editach, które przechodzą w siebie tak biegle i harmonijnie, że stapiają się w rozkoszny soundtrack do najbardziej beztroskich godzin w życiu.
(T-Mobile Music, 2012)

Bad Boy Greatest Hits Vol. 1 (1998)

Kompilacja przebojów oficyny Puffa Daddy'ego rozpoczyna się od narzekania Mad Rappera, fikcyjnej postaci ofermowatego, ale całkiem zabawnego zawistnika, który ciągle krytykuje podopiecznych Puffa, bo zazdrości im popularności, pieniędzy i powodzenia u dziewczyn. Ale Mad Rapper ma trochę racji – co to ma być za "greatest hits", gdzie przeciętny słuchacz kojarzy ze dwa-trzy kawałki? "Bad Boy Greatest Hits Vol. 1" to zatem coś innego – plastyczna wizytówka wytwórni, poza Notoriousem B.I.G. zbierającej pod swoją banderą takich mistrzów jak jego żona Faith Evans, Craig Mack czy Mase. Wizytówka, od której wibracji nie umiem się oderwać.
(T-Mobile Music, 2012)

Italo Dance Classics (1999)

W dobie revivalu italo-disco niemiecki label ZYX musi zbijać fortunę, skoro podobnych kompilacji natrzaskał ze trzy miliony. A skojarzmy, że teraz do akcji włączyli się hipsterzy zza Oceanu, próbujący dotrzeć do źródłowych nagrań z mixu Geista. W Polsce ani ILMowe mody się nie przenoszą, ani hipsterów nie ma zbyt wielu, więc wiedząc gdzie szukać można zrobić super interes i za śmieszną kasę dostać 3CD napakowane (54 tracki, prawie 3,5 godziny) kroniką fascynującego zjawiska, z genre-definiującymi klasykami w typie "Dolce Vita" Ryana Parisa, "To Meet Me" Deana Harrowa bądź statystycznie najłatwiej chyba rozpoznawalnego "Ride On Time" Black Box (zwierzęcość wrzasku w chorusie, damn) na czele. Wyrastające z syntetycznego dicho 70s duchowego ojca nurtu Morodera, italo (słownikowy przykład singles-genre – większość z wykonawców miało na koncie po parę piosenek, ewentualnie maksymalnie jeden longplay) charakteryzuje się świeżą, słoneczną paletą odcieni tekstur (ogromna inspiracja u Papa Dance w tym zakresie) i obfituje w barokowe, urozmaicone klawiszowe ozdobniki. Dla jednych jawić się będzie monotonną kiczowatą rypanką, dla drugich europejską dźwiękową fotografią bezpowrotnie minionej estetyki późnych 80s, wyrażającej pragnienie seksualnej rozkoszy, powszechnego optymizmu i, zwłaszcza, beztroskiego popu.

A zarzut monotonii też świadczyłby o kiepskiej czułości na detale, bo to materiał szalenie bogaty kolorystycznie, pełen niespodzianek. Weźmy choćby cut&paste wokalu ("Chance To Desire" Radiorama), porywającą imitację produkcji Rodgersa ze złotego okresu Madonny tudzież Like A Virgin (Alisha i jej "Baby Talk), smaczki smooth-jazzowe ("Stop Bajon" Tullio De Piscopo) czy pozornie bezczelny, a po chwili namysłu genialny sample z prekursorskiego dla techno "E2-E4" Göttschinga w self-titled Sueno Latino, obłożony erotycznym szeptem jakiejś cizi, funky pianinkiem i pulsującym arpeggio keyboardu. Jasne, zawsze na tanecznych składankach trafi się filler i rolę tę pełnią hity dla mas średnio kumających błyskotliwość barwniejszych fragmentów, lecz stężenie tych ostatnich jest tu wystarczająco wysokie. Próbując wyprowadzić drogę ewolucji italo do dziś, eksperci zwykle wskazują Gigi D'Agostino, ale polecam pod tym kątem przeanalizować "Be My World", "In My Mind" i inne dansowe numery Milky.
(Porcys, 2006)

A Gothic-Industrial Tribute To Smashing Pumpkins (2001)

Hołd złożony klasykom rocka lat dziewięćdziesiątych. Niestety, hołd bardzo nieudany. Czy można zepsuć piosenki Smashing Pumpkins? Okazuje się, że tak. Wytwórnia Cleopatra Records, od kilku lat specjalizująca się w tego typu wydawnictwach i mająca na swoim koncie kompilacje poświęcone między innymi Radiohead, czy Tori Amos, tym razem wypuściła na rynek zestaw utworów Smashing Pumpkins w wykonaniu grup pochodzących ze sceny gotyckiej i industrialnej. Koncepcja całkiem dobra, gorzej z samym wykonaniem. Niemal wszystkie z zawartych tu trzynastu nagrań rażą brakiem pomysłów, jakich wymagają przecież nowe opracowania doskonale znanych pieśni. Twórczość słynnego chicagowskiego zespołu została tu pozbawiona atmosfery specyficznej wrażliwości, obecnej w interpretacjach autorskich. Przykładem mogą być brutalnie odarte z uczuć, mechaniczne wersje Cherub Rock, czy Today. Piękna melodia Disarm została bezwzględnie sprofanowana za sprawą regularnego fałszu wokalisty. Największą porażką jest jednak 1979 –pierwotnie wzruszająca piosenka, tu brzmi jak niesmaczny żart. Zastanawiam się wciąż, do kogo adresowany jest ten album. Łatwo oczywiście powiedzieć, że to gratka dla najzagorzalszych fanów Smashing Pumpkins. Obawiam się jednak, że ci ostatni przeżyją spore rozczarowanie przy zetknięciu z tym materiałem. Wychodziłoby więc na to, że naprawdę zadowoleni będą tylko fanatycy gatunku i zwolennicy promujących się na płycie wykonawców. A raczej ci z nich, którzy nigdy nie słyszeli muzyki Billy’ego Corgana w oryginale.
(Tylko Rock, 2001)

The Man Who Cried Soundtrack (2000)

Ciekawie, bo różnorodnie. Nieciekawie, bo za długo.  The Man Who Cried to film Sally Potter z udziałem takich gwiazd, jak Christina Ricci, czy Johnny Depp. Opowiada zawiłą historię życiowych wyborów rosyjskiej Żydówki w tragicznych okolicznościach Drugiej Wojny Światowej. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu jest wielobarwną kompilacją różnych nagrań, często bardzo różniących się stylistycznie. Po pierwsze, mamy tu bogato opracowane wersje fragmentów klasycznych dzieł Bizeta, Verdiego i Pucciniego w wykonaniu orkiestry i chóru Royal Opera House, oraz tenora Salvatore Licitri (Je Crois Entendre Encore, Di Quella Pira, E Lucevan Le Stelle). Obok tego, prezentuje się w obfitym materiale słynny awangardowy Kronos Quartet (Close Your Eyes, Cesar’s Song, Without A Word – w tym utworze zespół wspomaga legendarny gitarzysta – eksperymentator Fred Frith). Całość wzbogacają skoczne cygańskie motywy, które proponuje rumuńska grupa Taraf De Haidouks. Trudno więc zarzucić temu albumowi brak interesującej muzyki. Tylko, że ta muzyka może się po kilkudziesięciu minutach znudzić. Płyta została bowiem skonstruowana na zasadzie kolejnych powrotów do tych samych aranżacji i kompozycji. W tym kontekście prawie godzina słuchania znacznie się wydłuża.
(Tylko Rock, 2001)

Tigerbeat6 Inc. (2001)

chilluję się od tygodnia nad tym Balatonem, zdążyłem już uczcić 15-lecie Minesweeper Suite DJ /Rupture i Mastered by Guy... Maxa Tundry, więc domykając temat wytwórni Tigerbeat6 chciałbym jeszcze wspomnieć, że kultowa i przez wiele lat niedostępna w dystrybucji digitalowej składanka Tigerbeat6 Inc. z 2001, której okładkę mam tu aktualnie na profilówce, niedawno wreszcie pojawiła się na Spoti. ta potężna, dwupłytowa kolekcja dokumentowała zwrot trendów w IDM od sterylnego chłodu teutońskiego minimalu ku inspirowanym groteską środkowego Aphexa, nieskrępowanym szaleństwom bitowym "just for fun".

te nieco infantylne i surowe wybryki tak czy siak wciąż ujmują świeżością, humorem i szerokim horyzontami dźwiękowej wyobraźni. a czego tu nie ma! digi poważka Gamers in Exile, pseudo-undie-rapsy u Cexa, zamglone boardsowe pejzaże u Jetone, zimowa kołysanka Tujiko Noriko, breakcore'y wenezuelskiego założyciela labela Kid606, post-rockowe impresje argentyńskiego projektu Languis, miniatura Daedelusa pod którą nawinął potem Doom na Madvillainy albo wygłupy wspomnianego Jacobsa na Casio... i mnóstwo ściernej, niewygodnej do sklasyfikowania, laptopowej abstrakcji. znajdzie się coś dla każdego miłośnika uroczego wariactwa.
(2001)

A Gothic–Industrial Tribute To Smashing Pumpkins (2001)

Nie jestem wielkim fanem zespołu Smashing Pumpkins. Po prostu lubię sporo ich utworów, potrafię docenić wkład w bieg rockowej historii ostatnich lat. Ale nie o to tutaj chodzi. Bo chodzi o to, że trafiłem przypadkiem na jedną z najgorszych płyt, z jakimi się ostatnio zetknąłem. Trafiłem na jakąś potworną profanację twórczości Corgana i spółki, która miała jeszcze czelność nazwać się "hołdem" (z angielska "tribute"). No bez przesady, chyba wiem, co oznacza hołd.

"Hołd: 1. wyraz czci, poważania, uwielbienia, zachwytu; 2. hist uroczysty akt uległości składany zwycięskiemu lub potężniejszemu władcy przez słabszego" (Słownik Języka Polskiego, PWN). No tak, kolesie z wytwórni Cleopatra Records znają chyba inną definicję tego słowa. Na przykład: "bezczeszczenie, potraktowanie rzeczy bez należytego szacunku, interpretowanie dzieła w sposób obniżający jego wartość". Lub coś w tym guście. Takie "hołdy" składali już innym artystom, w tym Radiohead i Tori Amos. Teraz przyszedł czas poznęcać się troszkę nad dokonaniami biednego Billy'ego.

A Gothic-Industrial Tribute To Smashing Pumpkins to, jako się rzekło, kupa gówna. Jest wiele czynników decydujących o takim stanie rzeczy. Za najważniejszy należy uznać fakt absolutnego wyprania poczciwych pieśni pana Corgana ze wszelkich emocji. Istnieje coś takiego, jak charakterystyczny dla Smashingów, znany z ich płyt klimat, który zawierał w sobie i swoiście pojęty intelektualizm, i specyficzną wrażliwość, i wszechobecną neurozę. Na omawianej kompilacji nie ma po tym klimacie ani śladu. Jest za to bezlitosna, beznamiętnie zimna nawalanka automatu perkusyjnego, nieco obleśnych, elektronicznych wtrętów, pseudo-metalowe gitary, oraz kilku pajaców z lubością odzierających swoimi wokalnymi "popisami" utwory słynnej grupy z uczuć.

Ale to tylko początek. Bo gdyby wsłuchać się uważniej, odnajdziemy w tym "dziele" i inne, nadzwyczaj interesujące rodzynki. Weźmy kwestię wspomnianych wokalistów. To mało jeszcze, że ich interpretacje są beznadziejne. Ostatecznie klimat jest tylko kwestią gustu. Ale w "Disarm", w oryginale pięknej balladzie, śpiewak sobie normalnie fałszuje! No bez kitu, co jest? Na wuja pisał Billy tak śliczną melodię, której nawet goście z naszego Myslovitz nie mogli się oprzeć (vide: "Nienawiść")?! Po to, by jakiś palant nie umiał jej później odśpiewać równo? Na tak zwanym "hołdzie"?

Mogę wyliczać wady tego krążka do woli. Produkcja jest badziewna, aranżacje, o czym wspominałem, żałosne. Tak jak mówi nasz "klucz do skali ocen", między 1.0, a 1.9 płyta jest okropna od początku do końca. A 1.9 dałem z jednego powodu. Gdy słuchałem tych wymiotów, gdzieś tam, na końcu percepcji tlił się, zupełnie niezależnie, naturalny odnośnik do oryginalnych wersji tych utworów. Ale jest to przyjemność na zasadzie: "człowieku, rozmawiałem dziś z kolesiem, który minął się rok temu z gościem, który pracował przez tydzień dla pacjenta, który mówi, że ma nazwisko na tę samą literę, co facet, który w podstawówce siedział z kimś, kto słyszał o pewnej pani, której koleżanka chodziła na studia z przyjaciółką, która twierdzi, że widziała kiedyś w hipermarkecie Cindy Crawford, ale nie wie, czy to była na pewno ona".
(Porcys, 2002)

Big Bad Love Soundtrack (2001)

Surowe, konsekwentne bluesowanie. Z klasą. Soundtrack do filmu Big Bad Love (reżyseria Arliss Howard) jest popołudniowym wypadem do krainy amerykańskiego bluesa. Obraz opiera się na krótkich opowiadaniach Larry’ego Browna, pochodzącego z Missisipi; aby piosenki odpowiadały klimatowi dzieła, musiały czerpać z bluesa. Ten jest więc motywem przewodnim płyty i spaja utwory przygotowane przez poszczególnych artystów (całkiem doborowa stawka) w ładną całość. Największą atrakcją są tu dwa nowe nagrania samego Toma Waitsa: Long Way Home i Jayne’s Blue Wish. Pierwsze jest melodyjną spowiedzią, jaka znalazła by miejsce na jednym z ostatnich krążków Mistrza. Drugie to zamykająca Big Bad Love kołysanka, w której akustyczna gitara pięknie gryzie się z „chorym” głosem Toma, a czaru dodaje krótka partia trąbki. Świetnie wpasowuje się w ton płyty także inny Wielki, Tom Verlaine. Jego Sleepwalkin’ to rzecz najbardziej tu eksperymentalna, oparta na powtarzanym wciąż, nerwowym riffie. Z kolei Spiritual, efekt współpracy z Kronos Quartet, ujmuje onirycznym, nierealnym nastrojem. Z pozostałych fragmentów warto wymienić miłą przeróbkę Everything Is Broken Dylana w wykonaniu R.L. Burnside’a. Ogólnie, muzyka z Big Bad Love to kolekcja dla zagorzałych sympatyków bluesa, w każdym chyba rozumieniu tego terminu.
(Tylko Rock, 2002)

You Don't Need Darkness To Do What You Think Is Right (New Geographic Music) (2002)

Kompilacja prezentująca stylistyczny profil wytwórni Geographic. Ale nie tylko, także godzina pięknej, niecodziennej muzyki. Firma Geographic, prowadzona przez Katrinę Mitchell i Stephena McRobbie z grupy The Pastels, promuje niezależne, kreatywne granie, właściwie każdego rodzaju. I choć do najbardziej znanych wykonawców wydawanych przez ten label należą tak różni artyści, jak Bill Wells, International Airport, czy Future Pilot AKA, można mówić o „brzmieniu Geographic”, a może raczej klimacie, jakiemu hołduje wspomniana dwójka. Opublikowana właśnie składanka New Geographic Music jest przede wszystkim próbą uchwycenia specyfiki wytwórni, ale stanowi także dziełko samo w sobie. Album jest całością, a jego konstrukcja została zaplanowana z wyczuciem i logiką. Poszczególne fragmenty korespondują ze sobą aurą, choć nieraz nie łączy ich nic więcej. Najpiękniejsze utwory? Już na samym początku mamy nieśpieszne, rozmarzone, niespełna dwuminutowe Intro autorstwa samych The Pastels. Cordial Arrest, rzecz Toma Crossleya i jego International Airport, to nieco naiwna piosenka rodem z pogodnej psychodelii, zagrana i zaaranżowana z wielką fantazją. Ciekawie wypadł Sister Vanilla, projekt rodzeństwa Lindy, oraz Williama i Jima Reidów (panów z Jesus And The Mary Chain) w akustycznym, uroczym numerze Pastel Blue ze śpiewem Lindy. Warto jeszcze wspomnieć o Kleiner Ausschnitt Barbary Morgenstern – jej głos na programowanym tle po prostu czaruje. Krążek kończy Outro, wariacja na temat Intro, którą przygotował sam Kevin Shields! Na marginesie: ponoć Kevin szykuje się do nagrania z MBV nowej płyty, wtedy, gdy wszyscy muzycy formacji skończą czterdzieści lat. Hm, hm, z prostego rachunku wynika, że to niedługo i ciarki automatycznie przebiegają po karku.
(Tylko Rock, 2002)

Extra Yard: The Bouncement Revolution (2002)

1. 1:48 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Umphh, ghh, ehhh, halo?
Telefon: It's showtime. Zaczynamy! Wpadaj dzieciaku na imprę, bo piwo się grzeje, a kobiety stygną! Yo, yo, yo. Madafaka.
Recenzent: Mpph. Pomyłka.

2. 1:49 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Halo?
Telefon: No dobra dzieciaku, wiemy że tam jesteś. Chłopcze, wbijaj, czekamy. Mamy wszystko: skrecze, połamane bity, zwariowani MC, rytmy garage, 2step... Halo, jesteś tam? Halo?

3. 1:53 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Haloooo!!!!???
Telefon: Borys, pałko! Szoruj czym prędzej do klubu. Będzie zabawa i dużo śmiechu.
Recenzent: He?
Telefon: Wszyscy zjarali się jak dzikie krowy, hehehhe. Mówi do ciebie sam Roots Manuva. Albo wietrzysz jakiś hajs na szwunks i pikujesz na kwadrat, albo jesteś burkiem z garniturkiem. Miętkim mięczakiem.
Recenzent: Że co? Ale ja śpię... Nara.

4. 1:57 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Czego??!!
Telefon: "We don't care if you don't / We don't care if you won't".
Recenzent: Wypierdalać. Śpię kurwa.
Telefon: "We don't care if you don't / We don't care if you won't".
Recenzent: Eghh, ale czego wy ode mnie oczekujecie? Że co, wstanę w środku nocy, zawiąże sznurówki i pójdę na hip-hopową zjebkę?
Telefon: "We don't care if you don't / We don't care if you won't". Cholera, rozłączył się.

5. 2:02 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Taaaak?
Telefon: Kochasiu, wyluzuj. Przeżywamy środek lata, przesilenie, zabawa. To może być twój koszmar, to może być twój sen. Słyszysz w tle? Laski śpiewają, a jakże. Teraz Wildflower się produkuje. Przyjdź, posłuchaj, oceń sam. Zapraszam ja sam, Roots.
Recenzent: Zostaw mnie! Gówno przyjdę! Chcę spać. Koniec, kropka.

6. 2:05 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Co jest kurwa?!
Telefon: Wstawaj i dalej, ręce do góry! Nie pierdol mi tutaj, że nie lubisz pokręconych egzotycznych podkładów na tle twardych bicików.
Recenzent: Lubię kurwa!
Telefon: Nie kumasz, że to awangarda rapowych produkcji starego kontynentu? Przyszłość haiha. Prosto z brytyjskiej stajni najbardziej otwartych ziomali.
Recenzent: Kumam! Ale oczy mi się kleją, palancie. Padam, po prostu padam. Dajcie mi wreszcie święty spokój!

7. 2:10 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Kurwa pierdolona w dupę mać!
Telefon: 2step, czujesz to? 2step, 2step. Electro zbliża się, żeby wchłonąć cały nowy hip-hop. Wykwintne piosenki na dwa. Part 2 zaprasza na balangę w rytmie czacza. Jestem pionierem, niezaprzeczalnym liderem.
Recenzent: Part 2? Wsadź sobie swoje pionierstwo głęboko w dupę! Kurwaaaa! Wkurwiłem się. Jakieś chujki nie dają mi od pół godziny spać, ciągają mnie na jakieś podejrzane browary, ludzie, rozbój w biały dzień. Dosyć kurwa.
Telefon: Co się tak bulwersujesz Borys. Nie bulwersuj się. I raz, i dwa. 2step, robimy kroczek i do tyłu. Zmienimy tę scenę, uszlachetnimy ją. Borys?!

8. 2:13 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Tak?
Telefon: Ooo, widzę, że się rozbudziłeś?
Recenzent: Ja się rozbudziłem? Wy mnie kurwa rozbudziliście! Jebane pedały! Zajebię was!
Telefon: Luzik guzik. Ja to nie rozumiem Borys, czemu ty tak ostatnio przeklinasz? Nie chcę myśleć, co będzie jak cię rodzice usłyszą.
Recenzent: No ja też nie chcę.
Telefon: Te, co to za hałasy?
Recenzent: Włączyłem telewizor. Na Animal Planet dają "Sekretne Życie Torbaczy".
Telefon: Hm, te zwierzęce jęki i piski brzmią raczej jak "Playboy: Pamiętnik Różowego Pantofelka".
Recenzent: Co ty nie powiesz. Nic nie ma, same obrazy kontrolne. Pierdolę, wyłączam. I nie dzwońcie więcej.

9. 2:14 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Ee?
Telefon: No dobra stary, teraz bounce'ujemy na maksa. Zakręć tyłkiem, poczuj zmyłkę.
Recenzent: Ja już nie potrzebuję żadnej imprezy. Zrobiliście mi w domu imprezę. Cały chodzę rozedrgany jak porażony prądem. Zachowaliście się bardzo nieprzyzwoicie. Pozbawiliście mnie snu.

10. 2:18 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: [cisza]
Telefon: To wykluczone.
Recenzent: Proszę mi nie przeszkadzać. Jestem zajęty.
Telefon: O, to ciekawe. Przecież miałeś spać.
Recenzent: Teraz to się mogę zesrać a nie spać. Przez was jestem na pełnym chodzie. Do widzenia.

11. 2:22 AM
Telefon: Drrrrrrr. Drrrrrrrrrrrr. Drrrrrrr.
Recenzent: Halo słucham.
Telefon: "Shake it up".
Recenzent: Uprzejmię proszę o rozłączenie się. Jak już wspominałem, pracuję.
Telefon: A nad czym ty tak pracujesz, suuuuuckeeeer?
Recenzent: Reckę piszę. To niewiarygodne, piszę nocami, bo jakaś banda debili nie pozwala mi kimać.
Telefon: Trudno się mówi. O czym piszesz?
Recenzent: Jak to o czym. Various Artists, Extra Yard: The Bouncement Revolution. O was matoły, o was.

12. 2:25 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Co?
Telefon: Dzień dobry panu / New Flesh się kłania / Przepraszam że wybiję pana ze zdania / Ale doszły mnie słuchy / Że reckę pan pisze / Naszej składanki / I mam parę pytań.
Recenzent: No i co?
Telefon: Czy mógłby wspomnieć pan szanowny / Że mój flow jest całkiem wymowny / I że jestem w tej ekipie najlepszy / Bo nie mogę przestać jak już zacznę pieprzyć.
Recenzent: Właśnie widzę.

13. 2:28 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Ti da di da...
Telefon: Jak ci idzie pisanie?
Recenzent: Nie wiem, pewnie straszne gówno z tego wyjdzie. Zobaczymy.
Telefon: Wiesz, życzymy ci jak najlepiej. Trzymaj się ziomal.
Recenzent: Ta.

14. 2:31 AM
Telefon: Drrrrrr.
Recenzent: Halo! Mieliście mi nie przeszkadzać?
Telefon: Ale musisz wsłuchać się w ten zajebisty bit. Taneczny, choć chamsko uliczny. W sam raz na balety, ale z duszą. Keyboardzik dodaje smaczku.
Recenzent: Uhm, słyszę. Niezłe, niezłe. O, co to, trąbka?
Telefon: Nieeee, taki efekcik. Czaisz ten flow? Normalnie "Cała ekipa ustawiła się / Jak jest? / Dobrze jeeeeeest".
Recenzent: Ja znam, to dobre.

15. 2:34 AM
Telefon: Drrrrrr.
Recenzent: No przestańcie wreszcie! Bo nigdy nie skończę tej recenzji!
Telefon: Siemasz Borys! Tu Roots raz jeszcze. A ty co, tkwisz jeszcze w wyrze?
Recenzent: Nie, już wstałem. Nie dali mi spać.
Telefon: A kto by tam spał w taką rozrywkową noc! Zaraz, wspominałeś coś
o recenzji? Piszesz reckę Extra Yard? Ej, to weź dorzuć o mnie parę słów oddzielnie, co?
Recenzent: Mogę dorzucić. Że mi się nie podobały te dubowe remiksy Run Come Save Me. Że się sprzedałeś i pokazujesz japę na okładkach komercyjnych magazynów. Tyle mogę dorzucić.

16. 2:38 AM
Telefon: Drrrrrrr.
Recenzent: Nic nie słyszę bo mam w uszach mysze.
Telefon: Spoksik. Serdecznie witam panie dziennikarzu. No miło, że coś tam
o nas skrobiesz. Wiesz, tu party się powoli kończy. Ludzie są już sztywni. Drętwo się robi.
Recenzent: Aha, no ja też już kończę reckę.

17. 2:43 AM
Telefon: Drrrrrr.
Recenzent: Haha! Olewam was! Już po wszystkiemu! I'm done!
Telefon: Napisałeś?
Recenzent: Yep. Napisałem! W mordę zajebane, chłopaki z Rembertowa wiedzą co jest grane! Hahahahaha.
Telefon: Brawo! Pozdrowienia od Rootsa!
Recenzent: Brawo, brawo. Pieprzcie się pojebusy. Mam reckę. Wysyłam Błażejowi. NARA.

(Porcys, 2003)

45 Seconds Of (2003)

Niszowy label elektroniczny Simballrec przygotował szalenie intrygującą kompilację. Przyznam się, że o podobnych pomysłach słyszałem dotąd bardzo niewiele. Oto osiemdziesięciu czterech wykonawców z ponad dwudziestu krajów dostarczyło wspólnie równo dziewięćdziesiąt dziewięć próbek swojej regularnej twórczości. Catch polega na tym, że każdy z tych dźwiękowych clipów trwa równo czterdzieści pięć sekund. Równiutko. I teraz połączono tych niemal sto sampli w jedną suitę, trwającą (no, przeliczcie)... tak, tak: siedemdziesiąt cztery minuty i piętnaście sekund. Wydawca był nawet uprzejmy poinformować mnie, niestrudzonego recenzenta, o finalnym zamiarze tej układanki: "There are no fade-ins/outs and no 2-second space between tracks. The result is a continuous collage which leaves the listener guessing where one track ends and the next begins".

Niestety, muszę wtrącić tu od siebie kilka słów narzekania. Owszem, czujemy się wyróżnieni, co podkreślam już po raz drugi, że ktoś na końcu świata troszczy się o mały, biedny serwisik ze stolicy głupiutkiego i upartego państwa z Europy Środkowej. Zaszczyca mnie fakt fizycznego obcowania z prawdziwym promocyjnym egzemplarzem tej płytki, egzemplarzem o numerze 38/200, jak jest tu ręcznie maznięte czarnym długopisem. Spoko, problem w tym, że niezwykle sympatyczni ludzie z Simballrec mają kiepską przegrywarkę, gdyż ta wersja 45 Seconds Of którą pewnego dnia wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej zawiera dwusekundowe przerwy między kawałkami. W efekcie co czterdzieści pięć sekund słyszę moment ciszy. I niech mnie diabli, ale rezultatem – dla mnie – nie jest "kolaż pozostawiający słuchacza w niepewności, gdzie jeden numer się kończy i następny zaczyna". Ja wiem, wiem dokładnie, gdzie jest przerwa.

Może to i jednak lepiej. Wprawdzie nie poczułem "przepływu" muzyki, nie zaznałem uczucia nieskończonej rzeki pomysłów. Ale paradoksalnie pomogło mi to. Dzięki wyraźnemu oddzieleniu kolejnych fragmentów łatwiej było mi zrozumieć, co poszczególni artyści chcieli tu osiągnąć. Zobaczyłem, jak bardzo niektórzy z nich pragnęli zaznaczyć swoją obecność w powodzi innych. No bo tak: masz człowieku do dyspozycji trzy czwarte minuty i do widzenia. (Wiem, już powyżej napisałem, że kilku artystów pojawia się podwójnie, ale chodzi mi o samą ideę.) W zagwarantowanych sekundach musisz zawrzeć swój rozpoznawalny styl, ciekawe brzmienia i jeszcze pewnego rodzaju dramaturgię, w sensie: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Czterdzieści pięć sekund! Okazało się to nadzwyczaj ciekawym eksperymentem.

Niektórzy z wybranych (wybierano z ponad pięciuset zapisanych!) do projektu muzyków serwują więc jeden interesujący loop i na tym kończą. Ale są tacy, którzy nie boją się bardziej efektywnych form zagospodarowania tak niewielkiej przestrzeni czasu, proponując mini-mini-mini-konstrukcje, zmieniając klimat co (nie przesadzam) kilka sekund. To trudna sztuka i oczywiście wielu z ambitnych poległo. Ale ogólnie biorąc, składanka robi korzystne wrażenie. Przyczyniła się do tego obecność wielu spośród absolutnie największych współczesnej około-elektronicznej awangardy, by wymienić Jana Jelinka, Dntel, Daedelusa, DJ Spooky, oraz kilkoro uznanych reprezentantów sceny działającej na obrzeżach gatunku, jak Hood, Lali Puna, czy jedna druga legendarnego nowofalowego duetu Sucide, Martin Rev (który zachował się chyba najbardziej nietypowo ze wszystkich, wiele ze swoich sekund poświęcając... ciszy).

I właśnie o "dziełeczkach" tych najbardziej znanych chciałbym pomówić w ramach relacji z zawartości 45 Seconds Of. Moje pierwsze przesłuchanie wyglądało tak właśnie: słuchając, zerkałem na okładkę i czekałem na "chwilę prawdy" tych najpopularniejszych kontrybutorów. (Chajzer do Jelinka: "Janek, to jest twoja Chwila Prawdy".) Najpierw Dntel. Fani Tamborello nie powinni od razu skakać do monitora i zamawiać albumu; Jimmy obszedł się z krótkim formatem dość prozaicznie: dał dwa smutne akordy syntezatora, parę szeleszczących przeszkadzajek i ucinek orkiestry. Nic wielkiego. Idąc po kolei, kawałek Lali Puny jest ósmy i też nie dostarcza wielu przeżyć. Fajny beat, pocięte dwa słowa Valerie, teraz smyki, sample, nucenie Valerie i to już koniec.

Zupełnie inaczej wspomniany Jelinek. Ten mistrz potrafi w ciągu tak krótkiego czasu zapodać motyw, który nie tylko idealnie wpasowałby się stylistycznie w Loop-Finding-Jazz-Records (cieplutka, gęsta konsystencja, absolutnie nie do tańca), ale i łatwo go zapamiętać. To jeden z moich prywatnych faworytów z całego krążka. Hooda możemy zasmakować w dwóch fragmentach. Pierwszy: tak będą brzmieć na następnej płycie, jeśli pójdą na ostre poszukiwanie. Pocięty wokal Adamsa i gitara akustyczna. Drugi jest słabszy, ale bardzo podobny. Recenzowany przez nas w zeszłym roku argentyński duet Languis postawił na klimat: niby nic się nie dzieje, ale jest dziwna hipnoza i przestrzeń. Ktoś kojarzy pannę o nazwisku Mia Doi Todd? Zapamiętajcie wreszcie: to ona śpiewała w "Anywhere Anyone" z arcydzieła Life Is Full Of Possibilities Dntel. Śmieszne, ale tutaj postanowiła zamruczeć identyczną melodię, co "We're not going anywhere", tyle, że inne są aranżacja i słowa ("It takes such a long time to make things happen"). Ale urocze to jest. No i Daedelus. Pojawia się niemal na sam koniec, z numerem 97. Taka sobie gmatwanina bez żadnej myśli przewodniej. Niespecjalne.

Ale sądzę, że prawdziwym celem 45 Seconds Of było danie szansy wypłynięcia – w znakomitym towarzystwie – tym mniej, by nie powiedzieć ledwo znanym. Mogę rzucić garść nazw na chybił trafił – mam tu pod ręką wypis i spory wybór tego. Civyiu Kkliu, Coelacanth, Bit_Rot, albo Un Automne A Lob-Nor. Kojarzycie, prawda? No, to ja też. Jest w tym jednak metoda. Bo z ręką na sercu przyrzekam, iż kilka najlepszych chwil na tej kompilacji należało do Rockin' Pony, Transistor Cricket, czy Night For Us. Chyba właśnie o to chodzi, żebym ich wymienił. Ktoś się zainteresuje, poszuka, znajdzie i może trafi na płytę życia? Nigdy nie wiadomo. Poza tym, 45 Seconds Of jest niezwykle precyzyjną kroniką współczesnej elektroniki, uświadamiającą, że żyjemy w epoce laptopów, microhouse'owej wrażliwości i pietrzącego się rockowego patosu. Heh. I jako taka płyta jest wartościowa, aczkolwiek z powodów przedstawionych powyżej, wyjątkowo ciężko ją wymiernie ocenić.
(Porcys, 2002)

Lost In Translation Soundtrack (2003)

Bycie fanatykiem MBV to w dzisiejszej rzeczywistości dość specyficzne uczucie. Widzicie, dla tych najwierniejszych, dziko przywiązanych "sympatyków" (o ile "sympatia" ma zbieżne pole semantyczne z "kultem") historia grupy nigdy się nie skończyła. Problem w tym, że ostatnie wydawnictwo sygnowane trzema idealnymi literkami wyszło trzynaście lat temu. Od tego czasu kontrybucje Shieldsa na publicznej arenie odbywały się sporadycznie. Targany chorobami, nałogiem i pogrążony w permanentnej depresji, Kevin współpracował niby z artystami pokroju Primal Scream, Dot Allison czy Experimental Audio Research, głównie w roli producenta, tudzież "ubarwiacza" dźwiękowej przestrzeni. Zahaczało to jednak o przygarnianie idola raczej, niż rzeczową współpracę. Pochylony w niepowtarzalnej, unikalnej pozie boga, zapatrzony oczywiście w buty, Shields stał zwykle z boku, tam, gdzie nie sięgają już światła reflektorów, drążąc uparcie swoje ścierne ścieżki. Zarośnięty, w okularach, nie pasował zupełnie do widowiskowych aktorów Gillespiego i Mani, lecz w studiu pomógł im przesterować kilka kawałków na swój sposób i wyszły majstersztyki: "Accelerator", "If They Move Kill 'Em" i "Shoot Speed / Kill Light". Bez nich Exterminator byłby tylko świetną płytą. Dla oddanych słuchaczy te fragmenty stanowiły namiastkę brakujących dokonań.

Tymczasem jeszcze do zeszłego tygodnia żadne, literalnie, źródło nie dysponowało konkretnymi informacjami na temat przyszłości raz zawieszonego w limbo zespołu. Jednym z fenomenów MBV jako zjawiska medialnego było zawsze, jak to postrzegałem, wyizolowanie z cyfrowej wszechobecności. Obecnie dowolny wykonawca ma w sieci zapewniony full coverage, do wyboru do koloru: chwilę wcześniej będąc zielonym, można na minutach przeistoczyć się w zdeklarowanego znawcę zagadnienia. Super. Ale przez te lata o MBV było w necie tyle co kot napłakał: ledwie kilka stron, prowadzonych zwykle przez wąską formację znajomych, rozpatrujących poszczególne warstwy tekstur gitar Shieldsa co tydzień na piwie. Wskazówek o losie Kevina dostarczały wywiady. Żadnych oficjalnych newsów. Żadnych zdjęć! Każde nowe zdjęcie jest wydarzeniem, jeśli dawno już przekopałeś zasoby od deski do deski! Niedawno przeglądałem artykuł omawiający scenę shoegazer, gdzie poświęcono MBV osobny rozdział. Obok widniała fotka z sesji 1990, najbardziej pojebanej sesji w dziejach muzyki chyba. Rzut oka na tę czwórkę bohaterów przyprawia o ciarki. Śliczna Bilinda i geniusz Kevin, zakochana para śpiewająca do siebie miłosne listy na tle najbardziej niezwykłych faktur brzmieniowych jakie powstały. I znów, nawet nie wiadomo co śpiewali! Publikacja ich tekstów to była zgadywanka. Więcej trzykropków niż wyrazów, więcej domysłów niż pewności.

Stąd, naturalnie, zawsze było coś magicznego, świętego wokół grupy. Znawcy uśmiechają się porozumiewawczo, gdy pada ta nazwa, tak. Rozbawiło mnie, jak kiedyś Kuba wyjaśniał kumplowi "co to jest Loveless". Powiedział, że "wiesz, niektórzy uważają to za płytę wszechczasów", wzbogacając ten żartobliwy wywód o charakterystyczny grymas sekretu, tajemnicy. Nie da się prawidłowo komentować boskości. Gdyby to było odrobinę gorsze, to może znaleźlibyśmy odpowiednie metafory do deskrypcji. Możemy pomilczeć. Latami próbowałem przyswoić i objąć krystaliczny absolut. Nadaremnie. Spróbujcie zresztą zagrać przy ognisku jednostajne bicie durowego, a potem zmniejszonego durowego akordu. Tknie was dziwne poruszenie. Isn't Anything, owszem, genialne. To pozwala na normalny odbiór, w pełnym zachwycie. Dalej już słuchanie implikuje "wybieranie się na tamten świat". Rozpłynięcie cząstek w galaretowatej substancji nicości. Ekwiwalentem pozostają pliki z rejestracjami koncertowymi tych nagrań. Zgadnijcie: ich liczba jest ograniczona. Kiedyś w jeden wieczór przedarłem się przez wszystkie. Oaaa, a wiecie, że grali to na żywo kompletnie inaczej niż w wersjach studyjnych? Hahaha. Ktokolwiek ma płytę z 1991, rozumie dowcip.

Przy tak znikomej ilości materiałów dotyczących zespołu, każda nowina przyśpiesza bicie serca. Palpitacja zaczęła się pewnego słonecznego lipcowego dnia zeszłego roku, gdy świat (świat muzyki niezależnej, to jest) zaszokowała wiadomość o planowanym powrocie Butcher, Shieldsa i O'Ciosoiga (Googe podziękowała) do studia, w celu ukończenia prac nad pierwotną, pełnowymiarową wersją albumu Glider, przerwanych przez zniecierpliwioną wytwórnię (wtedy jeszcze Creation "panowała" nad Kevinem). Glider ukazał się w 1989 w formie EP-ki. Wkrótce wieść obiegła, że Glider będzie składnikiem szerszej całości: boxa zbierającego mniejsze wydawnictwa i rarytasy. Od paru dni, dzięki (nareszcie) zorganizowanej połączonymi siłami pomniejszych witryn profesjonalnej stronie fanów MBV, wiemy, iż boxy będą aż dwa, plus DVD, a ich edycja planowana na 2005/2006. Ale co z nowymi utworami? Jasne, posiadam składankę You Don't Need Darkness firmy Geographic z 2002, ale tam outro Kevina funkcjonowało ledwie jako remix, wariacje na temat intra. Nagle, jak grom z jasnego nieba: soundtrack do filmu Lost In Translation, CZTERY NOWE UTWORY KEVINA SHIELDSA. Za każde pieniądze! Bo, jak już może zdążyliście się zorientować: KEVIN SHIELDS IS A GOD.

Więc gdy odebrałem CD nad którymś grudniowym rankiem po melanżu u Jędrzeja (to było wtedy chyba, jak straciłem głos), wślizgnąłem się pod ciepły koc i z ociężałą głową, w pół-śnie (najlepsze okoliczności z możliwych) wcisnąłem "play" i przymknąłem oczy. Po krótkim ilustracyjnym wprowadzeniu, sonicznej manipulacji plenerowych odgłosów scen filmowych, zwarte nabicie perkusji zainaugurowało pierwszą oryginalną piosenkę Shieldsa od niepamiętnych lat, "City Girl". Starałem się wsłuchać w każdy drobiazg; wytrenowana, krytyczna część mnie domagała się zdemaskowania wtórności i odcinania kuponów od przeszłości. Sory, jestem za słaby. Co wchłonąłem, to jedna z najprześliczniejszych piosenek roku: doskonała formalnie, perfekcyjna. Inicjalnie podążałem za stopniowym przekształcaniem melodii. Gdy ktoś zna na pamięć uprzednie dzieła kolesia, wyczuwa podskórnie charakterystyczne wodzenie akordów. "City Girl" jest właśnie przykładem swoistej, specyficznej kompozycji shieldsowej. Prosta, repetytywna figura gitarowa zakręca subtelnie, łechtając tym kluczeniem gusta koneserów. Wzór powtarza się cztery razy, póki nie wygaśnie. Co wspaniałe, to jego świeżość. Mógłby z powodzeniem równać się najsłabszym fragmentom Isn't Anything. Trzeba kojarzyć Isn't Anything, żeby załapać doniosłość takiego statement. Powala mnie na ziemię, że to zaledwie jedna piosenka, a pokazuje wciąż dystans dzielący tego człowieka od 95 % innych "gitarowców". Słynnym sennym wokalem nuci "City girl / You're beautiful / I love you / I do / I do / I do" i w tym momencie dziękuję bardzo: wolę słuchać na okrągło tych jego lakonicznych powtórzeń, niż jakiejkolwiek "rockowej rewelacji" z komercyjnych magazynów. Dopiero potem zreflektowałem się, że to opracowanie na samą gitarę i bębny (pomaga zarówno tu, jak i w "Are You Awake?" opiekun artystyczny soundtracka, Brian Reitzell). Lecz gitara Shieldsa... potrafi brzmieć jak kwartet smyczkowy, więc luz.

Pozostałe trzy tracki Kevina odstają głównie na gruncie wyrazistości i skonretyzowania. To bardziej lotne, abstrakcyjne impresje, bez określonych reguł konstrukcyjnych czy progresji. Mogę się tylko domyślać, że podyktowało to ich użycie w danych scenach. "Goodbye" to czysty ambient: przelewająca się, błękitna magma delikatnych sprzężeń, która trwa dwie i pół minuty. "Ikebana" zbudowano już na drobnym motywiku cienkiej gitary, backowanym jaskrawymi, przestrzennymi snopami dźwiękowych światełek. Króciutkie. "Are You Awake?" to rzecz najbardziej "focused", z basem Bryana Millsa i mechanicznymi drumami. Teoretycznie to impersonifikacja beatu Neu! z neo-ambientowymi pejzażami keyboardów na kilku poziomach, jakiej próbowali Primal Scream na Evil Heat. Urywa się niczym szkolna wprawka, suche demo. Ale, hmm... Może i, hmm... Może i jestem przewrażliwiony na punkcie Shieldsa, ale pomijając syntetyczną oprawę (notabene pedantycznie skrupulatną), cóż to za cudny kierunek rozwoju tych harmonii! Oczyma wyobraźni widzę na co ciągle stać tego boga. Cztery utwory z Lost In Translation pokazują jego aktualny potencjał i automatycznie nasuwają pytanie o przyszłość. Sam Shields jest takim bossem, że odpowiada: "Z pewnością będzie kilka nowych płyt. Ale jeśli świat skończy się w ciągu dziesięciu lat, to kto wie". Ahm, wiecie co dla solipsystów oznacza "koniec świata"?

A cały soundtrack ogólnie? Sympatyczny. Reitzell zrozumiał, jak osobowość Shieldsa zdominuje obraz krążka i postanowił nadać mu sznyt pokrewny wizji Mistrza. Dlatego zdarzył się jeden zgrzyt. W tej drzemce, wspominanej wyżej, znienacka dobiegło mnie zmniejszenie durowego chwytu, wspominanego jeszcze wyżej. "Close my eyes", usłyszałem. Nieeee, no kurwa. Rozbudziłem się. Poczułem się nieswojo. Po prostu nie lubię profanacji, wiecie. "Girls" Death In Vegas, z ich bardzo rozsądnej Scorpio Rising, to kopia MBV. "Just Like Honey" Jesus And Mary Chain, czyli opener klasycznego Psychocandy, też pasuje do koncepcji. Kolejne elementy układanki sytuują się trochę dalej. Dwie wspólne miniatury Reitzella i Rogera J. Manninga Jr. to synth-pop i typowa muzyka tła. Przyjemne "Alone In Kyoto" Air ze świeżutkiej Talkie Walkie, balladowy j-pop "Kaze Wo Atsumete" Happy End oraz wyjątkowo serdeczne, stricte popowe, najszybsze tempem, inteligentnie hiciarskie "Too Young" Phoenix uzupełniają bardzo udaną ścieżkę dźwiękową. Teraz przydałoby się sprawdzić, jak ona współgra z obrazem. Między Słowami (polskie tłumaczenie) właśnie wchodzi do naszych kin. W ogóle trochę jestem zakłopotany, szczerze. Ja tu w grudniu nabyłem drogą kupna tę płytkę, dla Kevina Shieldsa, nie? Tylko po to zainteresowałem się Lost In Translation. Raptem okazuje się, że film obsypano nagrodami, jakimiś Złotymi Globami i nawet ma jakieś nominacje do Oscara. Że niby jeden z filmów roku. Wtf? I myślę sobie, że już kupuję bilet na ten film i na niego idę. W środę, tak?
(Porcys, 2004)

DFA Compilation #1 & #2 (2004)

Pewnego razu w 2002 smutny pan nazwiskiem James Murphy wypuścił podwójnego winylowego singla, który w krótkim czasie miał wstrząsnąć posadami skostniałych, zakurzonych niezal-salonów, zwiastując nadejście i następnie panowanie tanecznej estetyki wśród wielkometropolijnych hipsterów Ameryki. Równocześnie oba kawałki wyciągały środkowy palec w kierunku tych elitarnych chudych paniczyków w zerówkach na nosie. Strona A mieściła cyniczny anty-hymn "Losing My Edge". Kontra irytującemu riffowi basu, podpartego syntetyzującym, a w miarę obiegów coraz bardziej eklektycznym bitem, gostek pozujący do zdjęć w t-shircie "Future Days" recytował swoją "Mark E. Smith-gone-handsome" manierą prowokacyjne slogany kompromitujące wannabe-snobów, w rodzaju "I was there in 1968, I was there at the first Can show, in Cologne". Potrójny hrabia? Na stronie B baunsował "Beat Connection", stopniowo pogrążający się w odmętach disco stopy, dłubiących własną melodię bębenków i klawiszowych połaci nostalgii, by w pół tracka przerwać to mydlenie siarczystym wejściem skandowania, obwieszczającym o najbardziej przygnębiającej nocy w USA ("Nobody's getting any touch / Everybody thinks that it means too much"). Kolo miał też szybszy tempem, Beck-meets-Soul Coughing numer "Give It Up" oraz przeciętny "Yeah", który niezależnie od mixu identycznie nudzi. W roku bieżącym projekt LCD Soundsystem, jak sygnowano nagrania Murphy'ego, doczekał się w końcu self-titled debiutu, który muszę dopiero pożyczyć od Mike'a i przesłuchać.

Razem z Timem Goldsworthym Murphy firmuje w Nowym Jorku produkcyjną działalność pod szyldem Death From Above. Bogata spuścizna tej pary rozpoczyna się od Rapture. Wpierw latem 2002 panowie zamącili wypasionego singla "House Of Jealous Lovers" (i całe trendy Stany złapały wówczas bakcyla dance-punkowego, fikając w tańcbudach ochoczo). Wymiatały niespecjalnie powszechnie znane uzupełnienia małego krążka. Amerykańskie, czyli klimatem korelująca z "Infatuation" tudzież "Open Up Your Heart", reggae'ująca, pełna nadziei ballada "Silent Morning", i zwłaszcza brytyjskie – kapitalne "Alabama Sunshine", balansujące na granicy dziecinnej pozytywki (refren) i żrącego, osadzonego gitarowo-wrzaskliwego (pisk Jennera!) jadu (zwrotka). Następnie przygotowali z zespołem słynne obecnie Echoes, oferując dodatkowo alternatywną, dubową wersję "Sister Saviour". Ich zasługi dla dzisiejszej pozycji grupy są nieocenione. Bez dalszych eksperymentów DFA Rapture brzmieliby jak na Out Of The Races And Onto The Tracks, czyli surowo, zgrzytliwie i monotonnie. Kwartet przyszedł, zarejestrował scieżki i poszedł wyrywać panny. Wtedy duet nietoperzy upichcił z tego majstersztyk, dodając elektroniczne próbki perkusyjne, całe loopy, keyboardowe smaczki, pogrubione wiosła i, oczywiście, mnóstwo przeszkadzajek, z oklaskami, jembe i legendarnym krowim dzwonkiem na czele. Kiedy mówicie że coś "brzmi jak Rapture", tak naprawdę macie na myśli złote realizatorskie ręce Tima i Jamesa.

Nic więc dziwnego, że ten sznyt "dance-punkowy" rozsławił DFA w świecie, także i za sprawą innych wykonawców, zebranych rok po roku na dwóch częściach (1 CD i 3CD) składaka reklamującego styl labela i w dobie wielkiej adekwatnej mody zyskującego status kultowy. Nieustający bit i hojny, wielowymiarowy background detali aranżacyjnych napędza te utwory. Wśród nich zdarzają się perełki, jak ewokujący dicho a la Tok Tok Vs. Soffy O. electro-sweeper "By The Time I Get To Venus" szykującego się właśnie do pierwszego longplaya Juana MacLean (ciekawostką jest fakt, że fragment "You Can't Have It Both Ways" jego autorstwa zarejestrowano na koncercie w Warszawie w kwietniu 2002) albo symfonia brzęczących garnków "Bellhead" prekursorów minimalistycznego funku Liquid Liquid albo harmoniami przypominający do złudzenia kraftwerkowe "Hall Of Mirrors" "Rise" by Delia Gonzalez & Gavin Russom. Materiał trafiony na mega-imprezkę, szczególnie dysk trzeci, kiedy tune'y zaczynają "walczyć" ze sobą w odsłuchach. Ale DFA to także statyczne, kontrolowanie zdekonstruowane obrazy noise'owe w wykonaniu Black Dice. Podczas eksplorowania na słuchawkach precyzyjnych przekształceń ich standardu "Cone Toaster" lub "Endless Happiness" można się zachwycić atrakcyjną oprawą obu kompilacji. Pod tym względem kolekcje DFA rządzą niepomiernie: kompakty włożono do cienkich kopert z uroczą czcionką, i, rzecz jasna, grafiką wykorzystującą symbol grubego pioruna, a więc godło wytwórni.
(Porcys, 2005)

Welcome To Paradise: Italian Dream House 89-93 (2017)

"Get a drink, have a good time now... Welcome to paradise..."

"Lato już się kończy..." (wtf – zostało go jeszcze ponad miesiąc, kalendarzowo), więc powoli można się zastanawiać, kto tu na razie szczególnie BRYLOWAŁ w muzyce AD 2017, zanim spadnie na nas grad wydawnictw i zdarzeń jesiennych. Moja shortlista zawiera kilka postaci, które zresztą można pogrupować w zgrabne, "czerstwe" pary. I tak na przykład mamy wątek Nite Jewel vs Johnny Jewel. Mamy zestaw Narkopop vs Narkopop, czyli Bałagane vs Voigt. I mamy dwie do wyboru symetrie – Young Thug vs Young Marco albo po prostu Mac DeMarco vs Young Marco. To tak w skrócie. W głębszym podłożu... aha, nie ma głębszego podłoża. Ogłaszam więc: holenderski didżej Marco Sterk to aktualny lider mojej klasyfikacji "człowiek roku w muzyce" za bieżący sezon.

Podobnie jak mój idol z dzieciństwa, jego wielki poprzednik-imiennik sprzed 30 lat, inny Marco, Sterk nie tylko wywodzi się z Amsterdamu, ale i przejawia wyraźne zamiłowanie do Włoch. Poza smakowitym tegorocznym miksem Selectors 002 oraz obowiązkowym-do-sprawdzenia podcastem RA.571 dla Resident Advisor, w tym roku Young Marco partycypował jeszcze w dwóch istotnych albumach. Jeden z nich to sofomor internacjonalnego dream teamu Gaussian Curve (Jonny Nash z UK i weteran włoskiego ambient-popu Gigi Masin), "dla mojej forsy" przebijający debiut. Zaś drugi to niniejsza kompilacja (dwa longplaye, a w digitalu jedna długa tracklista) włoskiego "rozmarzonego house'u" z przełomu lat 80. i 90., której Sterk jest kuratorem. I tak się składa, że Welcome to Paradise było i jest moim soundtrackiem tego lata – eskapistyczną niwą znieczulonego zatracenia, duchowym balsamem na skołatane nerwy, czy po prostu luksusową porą zasłużonego relaksu.

Gdybym miał określić, co tu się konkretnie odrelaksowuje, to musiałbym sięgnąć po obligatoryjną referencję, czyli Larry'ego Hearda. Nic dziwnego – trudno o bliższe utożsamienie chilloutu z deep house'em, które uskutecznia Sterk jako selekcjoner dźwiękowego CALCIO. Niektóre kawałki jak "Paranoia" Don Pablo's Animals, "Fix od 4:38 PM" Deep Choice, "Time Unlimited" High Tide, "In My Garden" K2 albo "Il Sole" Q Base brzmią więc niczym włoskie podróbki Another SideIntroduction i późniejszych nagrywek typa (którego sam Sterk uwzględnił zresztą na Selectors 002). I na tym w sumie mógłbym zakończyć opis, choć... byłoby to nieco niesprawiedliwe. Sporadycznie udaje się bowiem poszerzyć spektrum stylistyczne i soundowe, dzięki czemu ponad dwie godziny materiału zupełnie nie nużą i pozwalają docenić subtelne odcienie obranej "core'owej" estetyki.

Odrobina latino (spowolniona pianistyczna salsa?) w "Calypso of House" Key Tronics Ensemble oraz eurodance'owe (think krajanie z Black Box) "Holy Dance" Agua Re przypominają mi na przykład o trzypłytowym składaku Italo Dance Classics, który propsowałem hen w 2005 w Nutach Dźwiękach. W perkusjonaliach "Trax" Jacy wychwyciłem ślady afrobeatu, co w ramach ambient house'u bywa miłym zaskoczeniem. Wydaje mi się, że "Trasparenza" Extreme wręcz antycypuje chłód znany z serii TotalKompaktu, utwór tytułowy Z 99 zapowiada "art-techno" Underworld, a "Problem" Now Now Now przerzuca pomost między niemieckim progressive electronic, a dokonaniami grupy Leftfield. I jeszcze z ciekawostek – te fleciki w "Emotions" 707 Boyz świetnie urozmaicają aranż, zaś bas w "Sunrise Paradise Garage" Open Spaces kojarzy mi się z "Ego Tripping at the Gates of Hell" Flips.

Natomiast bardziej eksperymentalne oblicze oferuje "Nocturne Seduction" Night Communication z tymi pociętymi wokalami, będącymi jakby łącznikiem między Nuno Canavarro, a wczesnym Machine Drum. I tu pojawia się pokusa spiskowej teorii dziejów, bo SORRY, ale jak dla mnie ten kawałek trochę zdradza potencjał na grubszą aferę – jest zbyt spójny konceptualnie i realizacyjnie, żebym uwierzył, iż powstał w 1993 roku. Od razu mam wizję, że cała ta kolekcja to jeden wielki HOAX na miarę Science of the SeaJürgena Müllera, przysłowiowej Ursuli Bogner czy rozsiewanych po sieci JUVE-NILIÓW  Boards of Canada. Ale trochę nie kwapię się do dziennikarstwa śledczego. Wojtek twierdzi, że ci artyści mają swoje udokumentowane hasła w bazach typu Discogs, a ja chyba jestem po prostu zbyt rozleniwiony na szukanie sensacji, bo właśnie po raz kolejny pławię się w "błogiej użytkowości" Welcome to Paradise, która na urlopie, "po trzydziestce", zahacza nieraz o sens życia.
(Porcys, 2017)