BRITNEY SPEARS

 

Britney (2001, pop)

"That's Where You Take Me"
Ej, idę o zakład, że gdybyście nie znali wykonawcy, to przez pierwszych 7 sekund nie skumalibyście że to ona, skojarzeń szukając raczej w folderze w którym przechowujecie Múm, Four Tet czy inne lap-electro-acoustic projekty ostatnich lat. Oczywiście, Brit wkracza zaraz ze swoim jękliwym "oh baby, oh baby", ale o dziwo utwór rozwija się w stronę ciepłej, słodkiej IDM-ballady, a nie jakiegoś pompowanego sex-szlagiera. Jeśli chodzi o Spears, to "That's Where You Take Me" jest w moim top 5.

"Boys"
Kawałek, który w znacznej mierze wywindował Neptunes do ogólnoświatowej sławy, należy absurdalnie do najmniej interesujących ich dokonań. Mowa o przereklamowanym, męczącym "I'm A Slave For You". Od tamtego hitu wolę "Boys" (podchodzi z tego samego krążka). Konstrukcyjnie, to trochę prekursor "Like I Love You" Timberlake'a – płciowe napięcie dominuje, ale w 2/3 trwania wkrada się miły, optymistyczny mostek, by po chwili zniknąć dla dalszej dramaturgii. Forma zostanie dopracowania ledwie rok później. Aaa, Brit śmiesznie wypada ze swoim "Boys / Sometimes a girl just needs one" i coś że "I get nasty". Sorawa, dla mnie komiczne.
(Porcys, 2006)

In the Zone (2003, pop/urban)

"Toxic"
Wyczytałem gdzieś, że najczęstszą fantazją erotyczną brytyjskich mężczyzn jest trójkąt łóżkowy z Kylie Minogue i Britney Spears. How about słodka, soczysta maturzystka obok piłkarki w zielonej koszulce? Ok, ok. O ile Kylie komentować chyba nie muszę, to jednak z Britney kwestia pozostaje do dyskusji. Laska niepotrzebnie podjęła rywalizację z Xtiną w kategorii ekspozycji seksualności i odpadła w przedbiegach, gdy Aguilera zastosowała do promocji Stripped środki zahaczające o porno. Błąd. Brit zawsze podniecała najbardziej jako niewinna-nastolatka-gone-bad, patrz klipy "Crazy", "Born To Make You Happy" czy "Don't Let Me Be The Last To Know". Zdezorientowana porażką z dawną współklubowiczką Mickey Mouse, popadła w wizerunkowe zagubienie. Chwilowo poza sceną, próbowała sił w filmie (Crossroads – Dogonić Marzenia, mam kablówkę, i, och, widziałem parę ujęć, ech), aż wreszcie powróciła do businessu dokumentującym metamorfozę od dziewczynki do kobiety krążkiem In The Zone.

Który zaczynał się katastrofalnie: duet z Madonną "Me Against The Music" wypadł żałośnie nawet w skali nachalnej komercyjnej papki. Singiel "Toxic" prezentuje się na tym tle niczym rewelacja. Podążając tropem agresywnego w wyrazie, hip-hopowo zorientowanego popu z okolic Neptunes powiedzmy, duet producencki Bloodshy & Avant odstawia kręciołę po maksie. Otwiera się dość przewidywalnie jeszcze. Zapętlony hook smyków Stockholm String Section (ha, to Szwedzi byli odpowiedzialni za sukces Spears od początku) mknie ramię w ramię z wijącym się, perwersyjnym basem. Ale na 0:40 wkracza falsetowa linia wersów "Too high / Can't come down / Losing my head / Spinning round and round", ekscytująca kreatywnością godną, ja wiem, "You dig down / Underground", jeśli wiecie o co mi chodzi. Refren wiruje, zatacza kółko i zamyka je w miejscu "Don't you know that you're toxic" wiążącą, elegancko logiczną progresją. Kowbojska gitara rodem z Calexico wieńczy obieg. Daleko do arcydzieła: nie jest to dokładnie "Good Vibrations", ale plasuję "Toxic" całkiem wysoko na liście hitów Brit, liderowanej przez "Baby One More Time". Mullah, respect.
(Porcys, 2004)

Podążając tropem agresywnego w wyrazie, hip-hopowo zorientowanego popu z okolic Neptunes powiedzmy, duet producencki Bloodshy & Avant odstawia kręciołę po maksie. Otwiera się dość przewidywalnie jeszcze. Zapętlony hook smyków Stockholm String Section (ha, to Szwedzi byli odpowiedzialni za sukces Spears od początku) mknie ramię w ramię z wijącym się, perwersyjnym basem. Ale na 0:40 wkracza falsetowa linia wersów "Too high / Can't come down / Losing my head / Spinning round and round", ekscytująca kreatywnością godną, ja wiem, "You dig down / Underground", jeśli wiecie o co mi chodzi. Refren wiruje, zatacza kółko i zamyka je w miejscu "Don't you know that you're toxic" wiążącą, elegancko logiczną progresją. Kowbojska gitara rodem z Calexico wieńczy obieg. 
(Porcys, 2004)

Blackout (2007, urban/r&b)

"Why Should I Be Sad?"
Tylko z pozoru jest sensacyjne, że numer nie-singlowy to kandydat do miana najlepszego kawałka Miss Spears w całym jej dorobku, nafaszerowanym chartsowymi pociskami niczym Pacino na koniec Scarface. Bo gdy przyjrzeć się genezie jego powstania, to już na papierze, ze zwykłego matematycznego równania, wychodzi max: najlepszy "melodyjny" producent urban ostatnich kilkunastu lat i największa w tym okresie gwiazda muzyki popularnej na świecie. Może niejasno się wyraziłem, więc powtórzę: GENIUSZ, człowiek którego wzięliśmy już granted, przyzwyczailiśmy się i tylko dlatego nie doznajemy w 2010 jego wirtuozerii "za gałkami" oraz laska, która jako jedyna postać w dziejach była "drugą Madonną" sensu stricto, nieogarnialna manufaktura do trzaskania takich hitów, że "mój kumpel płacze do dziś" po tym jak nie trafiła do naszego Guide To Pop. Mamy chyba jasność. Pharrell i Brit zostawili po sobie kilka wspólnych jamów – "Boys", "Slave 4 U", parę innych jeszcze – ale "Why Should I Be Sad" ma nad nimi jedną, za to kardynalną przewagę: namacalne uczucie. Jak to jest, że Williams zawsze wybiera tak aksamitny, acz charakterny sound klawisza pod tak niereformowalnie zajebiste, czwórdzielne sekwencje harmoniczne? Dlaczego wokalne przeplatanki i post-kolonialne perkusjonalia sprowadzone do absolutnego minimum wywołują wrażenie studyjnego majstersztyku? Skąd tak kanciasty bridge siedzi między refrenami jak recydywista za morderstwo policjanta? Ile można, no? Brit dorzuca coś, co niektórym nadal wstydliwie przyznać, nawet dziś, a więc soczysty sex appeal wynikający z tego boskiego cartoonowego głosiku, który stara się być niegrzeczny i efekt jak zwykle jest tak komiczny, że aż podniecający, niezależnie od obleśnych zdjęć, jakie tu i ówdzie objawiali paparazzi. Istotnie, istnieje coś perwersyjnego w tym, że to właśnie Spears (sfabrykowana, konfekcjonowana gwiazdka z próbowki wsparta miliardowym budżetem, synonim złaaa) śpiewa ten przejmujący, śliczny lament z 2069 roku, który Dreijerowie nagraliby, gdyby byli tak DOBZI, a nie są i wolą dwupłytowe opery. Jakimże pozytywnym szokiem jest po przebrnięciu fascynującego konceptualnie, ale dla mnie niesłuchalnego i męczącego urban-manifestu Blackout usłyszeć to cudo. I w kontekście powyższego chyba nikogo nie dziwi, że jeśli w 2007 ktoś miał pod zdjęciem NA GRONIE (hehe) opis o treści "Britney let's go" (przypominam, kawałek nie był singlem), to aż chciało się przejrzeć całą tego kogoś galerię.
(Porcys, 2010)

Circus (2008, pop)

Femme Fatale (2011, dance-pop) 7.2

Sensacyjnie zmanipulowany android

Britney Spears i... wszystko jasne, prawda? Otóż nie do końca.

"Hold It Against Me", pierwszy singiel z nowego albumu Britney, zaczyna się jak typowy ordynarny banger ze szkoły Benny'ego Benassiego – buczący, namolny bas, toporna stopa na 4/4 i wielki reverb na głosie wokalistki. Dość łatwo przewidzieć rozwój wypadków – zapauzowanie bitu pod refrenem stadionowych rozmiarów, chwila taniego patosu, odgrzebanie czerstwego powiedzonka w tekście – i powrót do zwrotki, swoją subtelnością i romantyzmem przypominającej pracę tłoków. Poza rozległością wachlarza zastosowanych efektów do końca drugiego refrenu właściwie niczym się to nie różni od milionów standardowych, anonimowych dyskotekowych hitów, które są zapominane około siedmiu sekund po ich zakończeniu.

I wtedy zdarza się cud. Synkopowany, popękany, industrialny groove wije się niczym dziki wąż w rytualnym tańcu śmierci. Na tym fundamencie głos Spears rezonuje w chorej harmonizacji jak własny duch wywołany w dalekiej przyszłości przez medium. Nagle mam wrażenie, że jest rok 2170. Ale to – jak na razie – jeden z najszerzej komentowanych fragmentów muzycznych 2011. Utarło się go wpisywać w tradycję dubstepu – choć na słuchawkach stawiam na jeszcze inną analogię. Dobór środków budzi ewidentne skojarzenia ze spuścizną IDM. Porównajcie ten moment z nagraniem "Dael" Autechre, otwierającym ich klasyczne dzieło "Tri Repetae". To równie odhumanizowane, futurystyczne wibracje rodem ze zdezelowanej fabryki. Mostek ów rzuca kompletnie nowe światło na cały utwór. Gdyby ktoś go zapętlił, nieco rozwinął i wyedytował w formie osobnego tracka, mielibyśmy najbardziej radykalny i eksperymentalny hit w historii komercyjnego popu. Ale mimo, że, jak podejrzewam, Łukasza Gottwalda zaświerzbiła ręka, to oczywiście nie miał prawa tego zrobić. Na takie wariactwo nikt by mu przecież nie pozwolił. Dlaczego? Proste – to przecież płyta Britney Spears.

Rozpisałem się tak o "Hold It Against Me", bo sprzeczność rozsadzająca od środka ten przebój (zameldował się już na pierwszym miejscu listy Billboardu) to klucz do interpretacji "Femme Fatale". Otóż zanim rozpoczniemy jakiekolwiek analizy płyty sygnowanej nazwiskiem tej wykonawczyni, musimy sobie wyjaśnić jedno – Britney Spears to PRODUKT. Czysty biznes. Tak było od początku, tak jest i tak już będzie zawsze. Celem wytwórni Jive jest ogromny zysk finansowy, a nie łechtanie upodobań koneserów. Nie po to wyłożyła horrendalny budżet, żeby na tym przedsięwzięciu nie zarobić. Target tego wydawnictwa to młodzi, energiczni bywalcy klubów, których kwestie artystyczne naprawdę niewiele interesują. W tych okolicznościach kompletnie zaskakuje progresywne oblicze albumu. Warto uświadomić sobie, że na tej płycie nie musiałoby być żadnego elementu wykraczającego poza mierną średnią wyznaczoną przez ostatni kawałek J. Lo (niesławna przeróbka "Lambady") czy przysłowiowe dokonania Davida Guetty i Enrique Iglesiasa. A jednak to, co odróżnia całą zawartość "Femme Fatale" od wyżej wymienionych, to szokujący wymiar aranżacyjnej i realizacyjnej ekstrawagancji, który o dziwo wcale nie kłóci się z bezpośrednim potencjałem imprezowym.

Jest taka piękna scena w niedocenianym filmie Andrzeja Wajdy "Bez znieczulenia" z 1978 roku – zażarta dyskusja o to, komu należy przyznać nagrodę za najlepszą książkę roku. W pewnym momencie podirytowanemu Michałowskiemu (w tej roli doskonały Zbigniew Zapasiewicz) wymyka się z ust zdanie "przecież ta książka to jest maksimum tego, co w ogóle można dzisiaj napisać". W domyśle, oczywiście, chodzi o cenzurę. "Femme Fatale" to właśnie maksimum tego, co można dziś nagrać, przy świadomości, że przeznaczeniem tego materiału jest masowy sukces wśród hedonistycznych nastolatków. Ta płyta nie jest wyprodukowana solidnie, porządnie czy nawet ciekawie... Ona wyznacza granice myślenia o instrumentacji i miksie w obrębie mainstreamowego nurtu dance. I udanie balansuje między pierwiastkami alternatywnymi, a monumentalną potęgą parkietową, zdolną porwać odbiorcę pozbawionego wymagań. Innymi słowy – gdyby odcedzić z niej ślady banału, wulgarności i prostactwa – to już nie byłaby płyta Britney. Otrzymalibyśmy płytę Ellen Allien, Maxa Tundry, Daft Punk albo Robyn. I ten paradoks stanowi o rewolucyjności "Femme Fatale". Chodzi o zasięg. Tak, jak "Body Language" Kylie (rok 2003) czerpało z microhouse'u, tak paliwem "Femme Fatale" są undergroundowe brzmienia z lat ubiegłych (w rodzaju dubstepu właśnie), stopniowo przenikające do mainstreamu.

Odpowiedzialni za znaczną część całości Dr. Luke (człowiek-instytucja znany chociażby innymi z "Since U Been Gone" Kelly Clarkson, "Girlfriend" Avril Lavigne czy wielu szlagierów Ke$shy) i Max Martin (ojciec chrzestny sukcesu Backstreet Boys i Britney, wiodący reprezentant szwedzkiej szkoły popowej) najwyraźniej totalnie odlecieli i wcisnęli chyba każdy guzik jaki był do wciśnięcia w studiu. "Femme Fatale" stanowi, podobnie jak "Sierżant Pieprz", "A Night at the Opera", "The Lexicon of Love", "Midnite Vultures" i "Kish Kash" w poprzednich dekadach, manifestację skrajnego popowego maksymalizmu. To monumentalna feeria niezliczonych ozdobników, absurdalnie nawarstwionych faktur i aranżacji zmieniających się dosłownie co pięć, dziesięć sekund (przyznał to nawet krytyk o rockowych korzeniach, naczelny Almusic, Stephen Erlewine). Jeżeli Brian Eno postulował, że studio też jest instrumentem, to Luke i Martin są wirtuozami gry na tym instrumencie. Bliżej im jednak do Roberta Frippa niż Joe Satrianiego – bo ich popisy naprawdę służą piosenkom, wzbogacają je i są czymś znacznie więcej niż cyrkowa żonglerka. Są nie tylko efektowne, ale i efektywne. Gęstość tekstur i dynamika wprost kalejdoskopowych zmian barw przywodzi mi na myśl "Strawberry Jam" i "Merriweather Post Pavillion" Animal Collective. Jak tamte krążki, "Femme Fatale" mimo fantastycznego rozchwiania kolorystycznego, pozostaje jednak propozycją o spójnej, homogenicznej charakterystyce soundu.

Oponenci wytykają Britney, że nie umie śpiewać i dlatego ratuje się autotune'em. Cóż, jeżeli ktoś oczekuje od muzyki szczerości, autentyzmu, wrażliwości, ludzkiego ciepła i życiowej mądrości – to rzeczywiście niech unika tej płyty. Jeśli dla kogoś ideałem muzyki pop są żywi muzycy obsługujący perkusję, gitary, klawisze i mikrofon – to też niech szuka wzruszeń gdzie indziej. Na "Femme Fatale" Brit nie jest człowiekiem, tylko robotem – ewentualnie androidem. Paranoicznym zresztą. Jej głos funkcjonuje jako wirtualny hologram, dodatkowy instrument bezlitośnie poszatkowany, zmanipulowany i poobracany w paśmie – na identycznej zasadzie, co wokal Thoma Yorke'a w elektronicznych próbach Radiohead sprzed dekady czy śpiew Karin Dreijer na "Silent Shout" The Knife. Fikcyjny konstrukt Britney wędruje po zakamarkach nierozwiązywalnego cyfrowego labiryntu, po sztucznie zaprogramowanej, plastikowej architekturze dźwięku. Przedziera się przez toczone świdrującym funkiem, mechaniczne bity, niczym wyblakła wersja M.I.A. czy Uffie. A jednak rola Britney nie ogranicza się do plastycznego timbre głosu, nazwiska i poprawianej w photoshopie znanej buźki. Tak jak niektórych wielkich raperów chwaliło się za "dobre ucho do podkładów" (Biggie, 2Pac, Jay-Z), tak Spears albo ma świetnych doradców, albo sama – mniej lub bardziej świadomie – konsekwentnie dąży do innowacji. I bez wątpienia chemia między Brit a producentami, choć nieuchwytna wprost, jest tu podskórnie wyczuwalna.

"Femme Fatale" to jak dotąd kulminacyjny punkt w trzynastoletniej karierze dwudziestodziewięcioletniej Britney najeżonej ambitnymi wycieczkami muzycznymi. Pierwsze syndromy zdradzało już "In the Zone" z 2003 roku (pamiętne "Toxic"). Dla wielu obserwatorów jej opus magnum to mroczna, parna, duszna płyta "Blackout" z 2007 (produkcja: Danja i duet Bloodshy/Avant). Mój problem z "Blackout" brał się stąd, że w znacznej mierze była to rzecz anty-piosenkowa, osadzona zbyt mocno w klimacie jamów r&b pozbawionych nośnych refrenów. Zresztą, "Blackout" niepotrzebnie obrosło w legendę związaną z historią powstawania (powrót wokalistki po wielkim kryzysie, jej ogolona głowa, terapia odwykowa i tak dalej). Kolejny krążek, "Circus" z 2008 roku, był rodzajem kompromisu między innowacyjnymi pomysłami, a sporą ilością wypełniaczy. Poza tym wyglądał raczej na przypadkową, zachowawczą kolekcję kawałków, niż wyrazistą, przemyślaną całość, przez co mimo kilku świetnych numerów wydawał się (sympatycznym skądinąd) niewypałem już w chwili premiery.

Z kolei "Femme Fatale" uderza w inne struny – łączy tendencje do hiperaktywnej oprawy z potężną serią dance-popowych zabijaków, które odnalazłyby się w repertuarze formacji Papa D, gdyby jej członkowie zasmakowali w dietyloamidzie kwasu lizergowego. "Seal It With a Kiss", "Gasoline" czy "Beautiful" to rasowe taneczne pociski. Britney znowu odnalazła swoje popowe instynkty. Niby żaden indeks się tu nie wybija, ale też żaden nie odstaje. To pełnoprawny album od deski do deski. I nie zawiera dłużyzn jak przereklamowane zeszłoroczne "Dark Fantasy" Kanyego. O równości tracklisty niech zaświadczy to, że broni się tu nawet numer will.i.ama – człowieka o reputacji anty-talentu, specjalisty od zerowych, dennych podkładów. Owszem, rozczarujecie się, oczekując inteligentnego przekazu lirycznego. Ale jeżeli ktoś ocenia muzykę pop przez pryzmat tekstów – to niech sięgnie po twórczość pod tym względem autorską. Teksty śpiewane przez Britney właściwie nie mają żadnego znaczenia. Są dźwiękiem. A ona sama nie jest autorem – jest za to perfekcyjnym katalizatorem.

Mało publikacji (głównie internetowy magazyn Slate i gazeta "Daily Telegraph") dostrzegło na razie awangardowe skłonności "Femme Fatale". Największą wadą tej płyty jest to, co jednocześnie jest jej największą zaletą – ograniczenie formatem masowego produktu. Ale to było jasne od samego początku – natomiast nikt nie przygotował słuchaczy na tak sensacyjną wartość dodaną. I podczas, gdy Lady Gaga pozuje na awangardzistkę w sferze wizualnej, Britney redefiniuje termin "avant-pop" w świecie muzycznej komercji. Od czasu Timbalandowych dziwactw na "Loose" Nelly Furtado i "FutureSex/LoveSounds" Justina Timberlake'a (rok 2006) mainstream nie widział tak zuchwałej, równej i ryzykownej kolekcji utworów. Czyżby znowu zaczynała się fascynująca rywalizacja między producentami o to, komu uda się wcisnąć do dużych stacji radiowych bardziej nieprzewidywalne pomysły i rozwiązania? Nie miałbym nic przeciwko.
(Era Music Garden, 2011)

Femme Fatale track-by-track, RIYL mode ("recommended if you like these albums or tracks", but please remember that the whole thing is heavy on autotune and eurotrash hooks): 

01 "Till the World Ends" = Kanye West My Beautiful Dark Twisted Fantasy vs Roisin Murphy Overpowered
02 "Hold It Against Me" = Benny Benassi "Satisfaction" vs Dido "Thank You" vs Autechre "Dael" 
03 "Inside Out" = Justin Timberlake "Cry Me a River" vs Toro Y Moi "Minors" 
04 "I Wanna Go" = Robyn Body Talk vs. Madonna Confessions on a Dancefloor
05 "How I Roll" = Ramona Rey 2 vs Brian Eno Before and after Science
06 "(Drop Dead) Beautiful" = Knife Silent Shout vs. Uffie Sex Dreams and Denim Jeans
07 "Seal It With a Kiss" = Papa Dance Nasz Ziemski Eden vs Animal Collective "Summertime Clothes" 
08 "Big Fat Bass" = Fergie "Fergalicious" vs Ariel Pink "Can't Hear My Eyes" 
09 "Trouble for Me" = Dizzee Rascal "Bonkers" vs Basement Jaxx Kish Kash
10 "Trip to Your Heart" = Tiesto "Kaleidoscope" vs. Royksopp "Poor Leno" 
11 "Gasoline" = Britney Spears "Toxic" vs. Rihanna "Only Girl (In the World)" 
12 "Criminal" = Metallica "The Unforgiven" vs Hey "Że"
(2011)

* * *

przedwczoraj Brit skończyła 35 lat, więc zgodnie z tutejszą tradycją – plejka z moimi 35 ulubionymi trackami artystki. YouTube, bo kilku z nich nie ma na Spotify (wtajemniczeni w temat wiedzą, ile dla prawdziwych fanów znaczą niepublikowane perełki). i ten fakt sporo mówi, bo przypomina, że poza klubem Myszki Miki, masowymi hitami, wizerunkiem owładniętym seksualną obsesją i kombatanckimi setami w Las Vegas projekt Britney Spears bywał także poligonem doświadczalnym dla najdroższych producentów globu przy ich laboratoryjnych eksperymentach z popem.

moje top 10:
1. Why Should I Be Sad
2. Toxic
3. Baby One More Time
4. Blur
5. Hooked On (Sugarfall)
6. Hold It Against Me
7. Sippin' On
8. Outta This World
9. How I Roll
10. That's Where You Take Me
(2016)