eno.jpg

 

BRIAN ENO

 

ENO x 70

ZŁOTA DYSZKA
Ambient 1: Music for Airports
Ambient 4: On Land
Another Green World
Before and After Science
Discreet Music
Here Come the Warm Jets
My Life in the Bush of Ghosts
Neroli
(No Pussyfooting)
Taking Tiger Mountain (By Strategy)

AMBIENT "SOLO"
Apollo: Atmospheres and Soundtracks
The Drop
Music for Films
Music for Films II
Reflection
The Ship
The Shutov Assembly
Sisters
Textures
Thursday Afternoon

AMBIENTOWE KOLABORACJE
After the Heat
Cluster & Eno
The Cotswold Gnomes
Drawn From Life
The Equatorial Stars
Evening Star
Finding Shore
Panic of Looking
Small Craft on a Milk Sea
Spinner
The Weight of History / Only Once Away My Son

AMBIENTOWE KURIOZA
CAM
Curiosities Volume 1
Curiosities Volume 2
Generative Music 1
Headcandy
Long Now
The Lovely Bones
Scape app
Transculptural Interlude

INSTALACJE DŹWIĘKOWE
Compact Forest Proposal
Extracts From Music for White Cube
I Dormienti
January 07003: Bell Studies for the Clock of the Long Now
Kite Stories
Lightness: Music for the Marble Palace
Lux
Making Space
Music for Civic Recovery Centre
Music for Installations
Music for Prague
77 Million Paintings

ART-ROCKOWE ROZMAITOŚCI
Another Day on Earth
Drums Between the Bells
Everything That Happens Will Happen Today
High Life
My Squelchy Life
Nerve Net
Someday World
Wrong Way Up

"JESTEŚ, NIE MA CIĘ"
Ambient 2: The Plateaux of Mirror
Fourth World, Vol. 1: Possible Musics
In a Land of Clear Colours
Lady June's Linguistic Leprosy
Music for Films III
Music for Onmyo-Ji
Original Soundtracks 1
The Pearl
Smart
Tracks and Traces

(2019)

* * *

W mijającym tygodniu 65 lat skończył Brian Eno – według wielu znawców jedna z najważniejszych figur w całej historii muzyki rozrywkowej. Długo i namiętnie można by opiewać jego wkład w rozmaite nurty i style muzyczne. Dość, że wbrew powszechnej opinii to nie tylko człowiek, który skodyfikował pojęcie ambientu (więc w konsekwencji jest "ojcem chrzestnym" potężnej części tzw. "elektroniki" w obrębie popu). Jego zasługi nie kończą się też na niezwykle kreatywnej partycypacji w sesjach takich tuzów jak choćby David Bowie, Talking Heads czy U2. To również wielki teoretyk autorskiego rocka, którego każda gałąź dorobku (tak bezpośrednio piosenkowa, jak i bardziej abstrakcyjna, instrumentalno-pejzażowa) wymaga od odbiorcy, aby ten przestawił się na "inne słuchanie". Wreszcie to chyba jeden z najciekawszych rozmówców, jakich nosiła Ziemia (warto przekonać się o tym, zgłębiając obszerny katalog udzielonych przez niego wywiadów, które jawią się dziełem samym w sobie).

Zamiast muzykiem wolał określać się mianem "organizatora muzycznych zdarzeń" – etykietka może nieco pretensjonalna, ale właśnie celnie oddająca specyfikę jego warsztatu. Ponieważ był i jest pracoholikiem (sam przyznaje, że to rezultat połączenia purystycznie katolickiego wychowania i edukacji w uczelni artystycznej), jego pełna dyskografia (włączywszy instalacje dźwiękowe oraz mnóstwo kooperacji z innymi artystami) liczy kilkadziesiąt wydawnictw. Poniżej chronologiczne zestawienie tych 10 najznakomitszych, które spokojnie można uznać za punkt wyjścia w poznawaniu przepastnej spuścizny Mistrza, podpisującego się czasem jako Brain One. I chociaż etap największego pionierstwa ma już dawno za sobą, to nadal potrafi zaskoczyć – jeden z wiodących fragmentów znakomitej nowej płyty Jamesa Blake'a  "Digital Lion" to przecież jego produkcja i współkompozycja.

* * *

(No Pussyfooting) (z Robertem Frippem, 1973)

To symptomatyczne, że zanim jeszcze Eno odszedł z glamowego Roxy Music, pracował już z gitarzystą i spiritus movens progresywnego giganta King Crimson nad dziełem niepiosenkowym. Cóż, gorset klawiszowca i człowieka od efektów specjalnych w rockowym bandzie szybko stał się dla niego zbyt krępujący. Podczas dwóch krótkich sesji duet przygotował hipnotyczny i medytacyjny pomost między minimalizmem spod znaku Reicha i Glassa, a czekającą dopiero na swoją incepcję estetyką czystego ambientu. Natychmiast rozpoznawalne, jaskrawe, kłujące ucho tony gitary Frippa zostały tu zapętlone wedle unikalnej taśmowej receptury Eno. Niezliczone gitarowe nakładki konstytuują gęstą magmę drżącego dźwięku, w której lepiej się zatopić, niż próbować wyłowić z niej poszczególne ścieżki. O ile "The Heavenly Music Corporation" zgodnie z tytułem zmierza ku transowej, acz błogiej transcendencji, to zarejestrowana rok później impresja "Swastika Girls" stopniowo przepoczwarza się w jego niepozorny rewers – partia Frippa rozlana na tle bulgoczących loopów syntezatora ma niepokojący, ponury posmak. Bezsprzeczny przodek drone'owej odmiany współczesnego ambientu i jedna z bardziej radykalnych, szorstkich pozycji w katalogu Briana.

Here Come the Warm Jets (1974)

Podobnie jak i w przypadku Roxy Music (poza Bryanem Ferry grają tu wszyscy ówcześni członkowie tej kapeli), wyczujemy na "Here Come..."  wpływ The Velvet Underground z dwóch pierwszych albumów, ale jednocześnie Eno imponuje tu już własną, dość ostro zbzikowaną wizją pop-rocka. Pozostanie tajemnicą dlaczego bezbolesnej fuzji topornej przyswajalności glam-rocka z prog-rockowymi eksperymentami w sferze konstrukcji utworów i soundu dokonał właśnie gość, który dotąd obsługiwał magnetofon i bawił się w kręcenie gałkami syntezatora. Powstało coś na kształt avant-glamu – czyli mokry sen krytyków, którzy przez całe lata 70. mieli nosić Briana na rękach (co zupełnie nie szło w parze z sukcesami komercyjnymi). Trudno jednak oponować, słysząc płynne przejście ze swawolnego "The Paw Paw Negro Blowtorch" (ciekawe czy słuchał go Romuald Lipko, układając na początku lat 90. szlagier Budki Suflera "Twoje radio"?) do ekspresyjnie monotonnego "Baby's on Fire". To prototyp rockerów z trylogii berlińskiej Bowiego (szczególnie gęstszych teksturowo "Heroes" i "Lodger") z porywającym solem wspomnianego Frippa, który bezlitośnie znęca się nad swoim instrumentem.  Phil Manzanera nie pozostaje mu dłużny w nieco mccartneyowskim "Cindy Tells Me", a za rogiem czyha już nieznośnie koszmarny lament "Driving Me Backwards". Opracowany niemal z orkiestrowym rozmachem (to oczywiście zręczna manipulacja studyjna) "On Some Faraway Beach" zapowiada skłonność Eno do łagodniejszych klimatów na płytach kolejnych, ale już za moment kontrastuje z nim obleśny, knajacki i zarazem szczerze fascynujący "Blank Frank". Mnóstwo adeptów niezależnego rocka czerpało z tych wynalazków – od Pere Ubu przez My Bloody Valentine (utwór tytułowy!) po Animal Collective i Deerhuntera. Na uwagę zasługują teksty – gierki słowne spisywane za pięć dwunasta, jak twierdzi autor "w panice", według fonetycznego, a nie semantycznego kryterium doboru wyrazów, ale w efekcie i tak układające się w surrealistyczne historyjki operujące narracyjną metodą strumienia świadomości.

Taking Tiger Mountain (By Strategy) (1974)

"Here Come the Warm Jets" mogło być początkiem normalnej rockowej kariery solo, ale już w pierwszym tygodniu trasy promującej krążek jedno z płuc Eno odmówiło posłuszeństwa, a muzyk trafił do szpitala. I jak sam wspomina – cieszył się z tego. Nigdy więcej nie próbował koncertować regularnie, w zamian koncentrując się na pracy w studio. Uważa, że to było jego przeznaczenie – i trudno z tym polemizować. O tym w jaki sposób Eno sprytnie wykorzystywał patenty komercyjno-popowe do swojego art-rocka, zdarzyło mi się już pisać tutaj. Ta nominalna sprzeczność to kluczowy walor "Taking Tiger Mountain...". Mimo, że całkowicie niepoczytalne, te utwory są niewybaczalnie chwytliwe. Napięcie między tendencjami intelektualnymi i swoją aktorsko upozowaną manierą wokalną, a bezpośrednią melodyką wyzyskuje tu Eno do maksimum. Zaryzykowałbym, że to właśnie wtedy Eno wynalazł recepturę na tak zwane "popsute piosenki", w których słodycz przegryza się z kwaśną pikanterią – na dowód posłuchajmy uroczystego midtempo "Burning Airlines Give You So Much More", obłąkanego walczyka "Back In Judy's Jungle" czy rzężącego niemal-hitu "The True Wheel". Pojawiają się inspiracje psychodeliczne z drugiej połowy lat 60. ("Mother Whale Eyless"), sfrustrowana rytmika wyprzedza o parę lat eksplozję nowej fali i post-punka ("Third Uncle"), a aranżacje obfitują w spektakularne strzały (sekcja dęta w "Fat Lady of Limbourg", ale też smyki i "ciuchcia" w "Put a Straw Under Baby" oraz... maszyna do pisania w "China My China"). Zaś na poziomie literackim, poza jeszcze odważniejszym rozwinięciem leksykalnych psot z poprzednika, Eno milcząco nabija się z idei koncept-albumu. Wprawdzie tytuł całości zaczerpnął od chińskiej opery, ale wątek Chin pojawia się tylko w trzech kawałkach... Sumując, w tych 50 minutach czai się niepozorne bogactwo. Jak sam Eno powiedział: "nagrywając te kawałki nie byłem świadom, ile w nich pomieściłem".

Another Green World (1975)

Nic dziwnego, że "Another Green World" często uważa się za szczytowe osiągnięcie Eno. To materiał łączący właściwie wszystko to, z czego facet zasłynął – komfortowa symbioza rozmarzonych anty-piosenek i abstrakcyjnych pejzaży dźwiękowych. Songi są zmiękczonym ujęciem popisów z "Here Come..." i "Taking Tiger Mountain...". Czasem zdradzają zapatrzenie w rzężącego tu gościnnie na skrzypcach Johna Cale'a i jego "Paris 1919" (Brian nigdy nie ukrywał, jak ważnym artystą był dla niego Walijczyk) – dowodem na przykład "I'll Come Running" i "Everything Merges in the Night". Z kolei tnący jak piła mechaniczna, urywany riff "Sky Saw" to znowuż prototyp zwięzłych piosenek z "Low" Bowiego, ale o dziwnie jazzującym odcieniu, który notabene powraca jeszcze w miniaturach "Over Fire Island" (z echami dubu) oraz ociupinkę w pianistycznej wyliczance "Zawinul/Lava". Tytuły tychże impresji – raz idyllicznych, kiedy indziej pachnących zdystansowaną trwogą, trochę niby nawiedzający znienacka i po chwili ulatniający się zły sen – wzorem Debussy'ego oddają odpowiednie nastroje, vide elektroniczna imitacja odgłosów dżungli w "In Dark Trees", rozkołysany statek "The Big Ship", egzotyczny balet węży w "Sombre Reptiles" czy dosłownie namalowane dźwiękiem figlarne maleństwa z akwarium w "Little Fishes". Co tu dużo gadać: prawie każdy indeks jest bardzo udany – może dlatego, że na tamtym etapie Brian stał się absolutnym wirtuozem pracy w studiu, które zaczął traktować jak główne narzędzie do wyrażania swoich często kompletnie osobliwych zamiarów. Krążą legendy o setkach nakładek w każdym nagraniu z "Another...", później sukcesywnie usuwanych, aż do uzyskania esencji miksu... Ale nie wnikając w niuanse techniczne, wypada tę płytę spuentować banalną obserwacją – jest ona naprawdę zdolna zaczarować słuchacza i teleportować go do innego, zielonego (?) świata, bo z otaczającą nas codziennością nie ma akurat za wiele wspólnego.

Discreet Music (1975)

To znana anegdota, ale przypomnijmy ją dla porządku... 18 stycznia 1975 roku wychodząc ze studia Eno pomyślał: "a jeśli to ostatnia rzecz, jaką nagrałem?". Od tygodnia przeczuwał bowiem, że stanie mu się coś złego i najwyraźniej... sprowokował w ten sposób wypadek, bo kilka minut później został potrącony przez taksówkę. W trakcie rekonwalescencji Brian słuchał dużo cichej muzyki, w naturalny sposób zmieszanej z odgłosami otoczenia. Któregoś dnia koleżanka puściła mu nagranie harfy, ale sprzęt działał kiepsko i muzyka była zagłuszana przez deszcz padający za oknem. Wtem nasz bohater doznał olśnienia i zauważył, jakże to do siebie pięknie pasuje. Zainspirowany więc po trosze programem "furniture music" Erica Satie, a już bezpośrednio własnym doświadczeniem, postanowił stworzyć muzykę, która mogłaby spełniać dokładnie taką funkcję – dźwiękowego "wystroju" przestrzeni. Inauguracyjnym owocem tych starań był album "Discreet Music". Jego półgodzinne nagranie tytułowe, złożone z prostych, leniwych motywów syntezatora, brzmi (i jest to jedna z wielu potencjalnych metafor) jak muzyczne wyobrażenie stopniowo oddalającej się konstelacji obłoków na szarawym niebie. Ta kontemplacja ulotności i względności doznań zmysłowych jawi się najbardziej nieodzowną referencją dla późniejszych o trzy dekady, monumentalnych "The Disintegration Loops" Williama Basinskiego. Mechanizm wykorzystany przy nagraniu "Discreet Music" łączy pokrewieństwo z projektem minimalistów – w tym wypadku chodziło o system wykorzystujący efekt delay na taśmie, który raz uruchomiony generowałby muzykę niejako sam, z małą ingerencją twórcy. Całości dopełniają trzy wariacje na podstawie Kanonu Pachelbela, wykonane przez Cockpit Ensemble pod dyrekcją Gavina Bryarsa. "Muzyka Dyskretna" to skrajnie repetycyjny krążek w dorobku post-minimalisty Eno, ale o repetycji Eno mawiał, że wcale nie jest tak monotonna, jak się potocznie uważa – bo przecież mózg stopniowo przetwarza zastany wzór i zaczyna reagować na niego inaczej, niż na początku (podobnie jak oczy, które przyzwyczajone do ciemności zaczynają w końcu rozpoznawać w niej kształty).

Before and After Science (1977)

Tym wydawnictwem Eno na wiele lat pożegnał się z formą piosenkową. Zacznijmy od spostrzeżenia tyleż łatwego, co mało nagłośnionego. Przy całym szacunku dla fenomenalnej grupy Talking Heads, kilka fragmentów "Before..." jawi się dość wyraźnym drogowskazem stylistycznym dla Nowojorczyków. Jeśli "King's Lead Hat" (tytuł to anagram nazwy formacji) rekapituluje ich dotychczasowy styl, to "No One Receiving" i "Kurt's Rejoinder" przepowiadają już zwrot kwartetu ku afrykańskim groove'om i nawet pierwiastkom disco na "Fear of Music" (1979) i zwłaszcza "Remain In Light" (1980). Aranżacje zostały utkane z pojedynczych partii zagranych osobno przez zaproszonych gości, co w genialny sposób skutkuje selektywnością instrumentacji, wcale nieodległą od estetyki "English Settlement" zespołu XTC. Z tej właśnie gliny ulepiona jest jedna z najbardziej porywających, urodziwych i bezwstydnie chwytliwych piosenek w śpiewniku Eno czyli "Backwater". Dynamika i rozłożenie akcentów w trackliście naśladuje "Low" Bowiego. Strona A winyla to poza jednym statycznym przerywnikiem seria nowofalowych szlagierów eksponujących intrygującą żonglerkę rytmami. Ale im dalej w las, tym robi się spokojniej. Po łagodniejszym "Here He Comes" temperament albumu zamiera, dryfując ku ambientowym balladom "Julie With..." i "By This River", aż w końcu osiadając na mieliznach pogodzonego z losem "Spider and I", który niejako krzyżuje zakończenia "Taking Tiger Mountain..." i "Another Green World" wewnątrz środkowo-floydowskiej mozaiki. A gdzieś po drodze, we "Through Hollow Lands", Eno od niechcenia wynajduje kameralną odmianę brytyjskiego post-rocka, którą zagospodarują dekadę później Talk Talk, a następnie Bark Psychosis. Czy ten człowiek czegoś nie przewidział?

Ambient 1: Music for Airports (1978)

Koncepcja tego przedsięwzięcia została tak logicznie i precyzyjnie dopieszczona, że najlepiej oddam głos autorowi, który pięknie o niej opowiedział, o tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=ykJg-vE3k-E

Rola słuchacza sprowadza się więc właściwie do zweryfikowania w jakim stopniu udało mu się powyższy cel zrealizować. A zatem pozwolę sobie stwierdzić, że praktycznie w stu procentach. Z zarejestrowanych "ćwiczeń improwizacyjnych" wykroił Eno dźwiękowy patchwork, niejako wykorzystując technikę proto-samplingu zanim używano jeszcze samplerów. W rezultacie powstały cztery soniczne płótna, wprost nienagannie wypełniające postulat "Muzyki dla lotnisk". W miarę neutralne pod względem atmosfery, relaksujące, ale zarazem wprowadzające w stan zdrowego, niewymuszonego skupienia. W pierwszej kluczową rolę odgrywają beznamiętne, dziecinne, zadumane fortepianowe krople (pomysłu i ręki Roberta Wyatta). Druga to przetworzone w post-produkcji ludzkie głosy, ostatecznie przypominające klawiszowy chór. Trzecia łączy obie tendencje w spójny mariaż, a w czwartej dla odmiany dominuje kleisty, analogowo-syntezatorowy budyń – z tych, które upodobają sobie 20 lat później Szkoci z Boards of Canada. Podtrzymując paralelę graficzną, trudno powstrzymać się od wrażenia, że Eno jest tu bardziej malarzem ze szkoły color field painting, niż muzykiem – tyle, że zamiast farb używa palety dźwiękowych barw.

My Life in the Bush of Ghosts (z Davidem Byrne'em, 1981)

Przeszło trzy dziesięciolecia (!) minęły od wydania tego futurystycznego krążka, a wciąż pozostaje zaskakująco aktualny. Wielowarstwowe kolaże ze ścinków world music (pokłosie obsesji obu panów na punkcie Afryki), funkowych groove'ów i ponagrywanych piracko fragmentów mówionych (radiowych, telewizyjnych) namacalnie oddają paranoję narastającego przeładowania informacyjnego, strachu przed napięciami geopolitycznymi tudzież przenikliwą i nienachalną krytykę imperializmu. Ciężko jednoznacznie sklasyfikować go stylistycznie, ale to z pewnością rzecz "bliźniacza" do wymienionego wyżej "Remain In Light". Według Eno najbliżej "My Life..." do mrocznego etno-smooth-popu utworu "Listening Wind", a całość należy uznać "zarówno za prolog, jak i za epilog", a więc rodzaj klamry spinającej krążek Talking Heads. Istotnie, choć prace nad "My Life..." rozpoczęły się przed sesjami "Remain...", to premiera miała miejsce 4 miesiące po wydaniu najsłynniejszego dzieła kapeli, bo Byrne i Eno nie uzyskali zgody na wykorzystanie jednego z głosów znalezionych w eterze. Nasz tandem działał wszakże konsekwentnie i świadomie. Najpierw grono elitarnych sidemenów (m.in. basiści Busta Jones z ekipy George'a Clintona i sławny awangardzista Bill Laswell i bębniarz Chris Frantz z macierzystej grupy Byrne'a) zarejestrowało groove'y, z których wykrojono zapętlone fundamenty, szkice. Następnie David i Brian na zmianę dogrywali do nich coś od siebie. W końcu kluczową rolę odegrał etap post-produkcji – to dzięki wielogodzinnej obróbce materiału przez Eno efekt finalny brzmi tak unikalnie. Intelektualny podtekst sięgnięcia po etniczne smaczki miał wówczas niewątpliwie wymiar pionierski, ale sceptycy protestują, że ważnym precedensem dla "My Life..." były eksperymentalne próby niemieckiego ansamblu Can oraz szczególnie solowe dziełko ich basisty Holgera Czukaya pod tytułem "Movies" (z 1979 roku). Na koniec 3 ciekawostki: a) po latach największe wrażenie po latach robi kawałek "Very, Very Hungry", dodany dopiero jako bonusowy track przy kompaktowej reedycji; b) bas w "Regiment" (http://www.youtube.com/watch?v=TMmu0ijPS2k ) sugeruje, że ktoś tu słuchał "Rise" Herba Alperta (http://www.youtube.com/watch?v=vltC-O7PDYQ ); c) new age'owe "Mountain of Needles" (http://www.youtube.com/watch?v=sBZEuhPWzy8 ) mogło natchnąć Erica Serrę przy tworzeniu soundtracku do obrazu "Wielki błękit" Luca Bessona.

Ambient 4: On Land (1982)

Zgodnie z podtytułem czwarta część ambientowej serii jak żadna inna ewokuje konkretne plenery – a są to tereny bagniste, podmokłe, opustoszałe. Dalsze skojarzenia podpowiadają same tytuły: "Stracony dzień", "Cień", "Plaża Dunwich, jesień 1960"... Eno opowiadał, że przy pracy nad "On Land" próbował odtworzyć z pamięci urywki wrażeń z dzieciństwa, dotyczące miejsc i krajobrazów oraz oczywiście rezonujących tam odgłosów – z powracającym metalicznym dźwiękiem w "The Lost Day" na czele. Ocierająca się o szufladkę "dark ambient" atmosfera o zwartej konsystencji buduje niepostrzeżenie napięcie tak ogromne, jakby zaraz miało wydarzyć się coś potężnego, ale jeszcze z tym nie obcujemy (z apogeum w postaci "Tal Coat"). Od strony aranżacyjnej trafnie streścił "On Land" Jacek Lachowicz w wypowiedzi dla magazynu "Tylko Rock" w 2001 roku: "Nie słychać, że grają tam jacyś muzycy... to coś, co się tak przelewa... (...) Człowiek ma ochotę powtórzyć truizm, że wszystko jest muzyką". Święte słowa. Podobno jednym z kryteriów wielkiego kina jest następująca zależność – jeśli na długo po seansie mamy wrażenie, iż byliśmy wewnątrz świata wykreowanego w filmie, jeśli wydaje nam się, jakbyśmy w nim żyli, to znaczy, że obraz był wybitny. Gdyby zbliżoną miarę przykładać do płyt, to "On Land" należałoby uznać za opus magnum Briana. Może trudno się o nim dywaguje, ale jego sugestywność onieśmiela.

Neroli (1993)

Dla jednych totalne nieporozumienie i zwyczajna ściema. Dla innych logiczne następstwo albumu "Thursday Afternoon" z 1985 roku. A jeszcze dla innych (w tym wyżej podpisanego) ostatnia pozycja sporego kalibru w dyskografii Eno. A może nawet soczysta, prowokacyjna piącha wymierzona systemowi (czy też szołbizowi). Moim zdaniem ta godzina chłodnych, cichutkich nutek keyboardu na lekkim pogłosie to elegancka kulminacja ambientowej obsesji Briana. Tyle właśnie zostaje z idei "muzyki otoczenia", gdy maksymalnie ją zredukować i odchudzić – doprowadzić do ekstremum. Porównywano tę płytę do perfum o zapachu pomarańczy, od których nazwy została zatytułowana. Sprytnie, bo "Neroli" rozgrywa się na granicy ciszy, a zadaniem słuchacza jest co i raz sprawdzać, czy muzyka jeszcze tam jest, czy już jej nie ma. To ostatnie wyzwanie w sferze ambientu, jakie postawił przed odbiorcą Brian Eno. Kto wie, czy nie decydujące.
(T-Mobile Music, 2013)

Brian Eno / Kevin Shields: "Only Once Away My Son" (2017)

właśnie miałem pisać, że jakoś brakuje w tegorocznej MUZIE spektakularnych niespodzianek. i voila. dla mnie "na drugą nóżkę" brzmi to PÓKI CO jak plenerowy set didżejski BOGÓW zamieszkujących górę OLIMP, którzy postanowili dla żartu wyjść z ukrycia i puścić jednocześnie "The Heavenly Music Corporation", "Glider", "Do While", coś z Playthroughs, coś Voigta circa Pop, coś z Radio Amor i (nomen omen) coś z Olympic Mess. no w każdym razie GĘSTWINA i emocjonalna głębia faktur zapierają dech.
(2017)

Brian Eno / Kevin Shields: "The Weight of History" (2018)

...wpierw trochę mnie zniechęciło statyczną amorfią wobec bujnej, pulsującej akwarystyki "Only Once Away...". ale teraz zgłębiam ponownie i ten ascetyczny drone-pop bezbłędnie klei się z dyskretnymi pomrukami burzy za oknem. RIYL: późny Scott Walker, Hans Zimmer, Stefan Wesołowski, Arvo Pärt, Henri Seroka circa Zabij Mnie Glino OST, Tantras of Gyütö – Sangwa Düpa, "The Overload".
(2018)

* * *

zanim oficjalnie "skodyfikował ambient", 40 lat temu Eno założył tę wytwórnię. istniała przez 4 lata i pozostawiła po sobie 10 nawiedzonych albumów (tu wszystkie do odsłuchu + słowo wprowadzenia o niezwykle bliskiej mi idei).

ich pionierska rola dla rozwoju ilustracyjnej muzyki z pogranicza poważki, łagodnych drone'ów i manipulacji edycyjno-montażowych wydaje się nieoceniona. artyści w rodzaju Basinskiego, Richtera czy Stars of the Lid są duchowymi spadkobiercami i kontynuatorami tych założeń estetycznych. ale to tylko najoczywistszy trop - owe nagrania przewidziały i wyprzedziły znacznie więcej.

na zachętę playlista z cyklu "bezsenne noce, po ulicach chodzę..." - esencja tematu i zarazem chyba dobry punkt startowy dla początkujących.

* * *

Wywiad z Brianem Eno

 

O instytucji "round table" pierwszy raz dowiedziałem się jako młokos, czytając w połowie lat dziewięćdziesiątych miesięcznik "Tylko Rock". Wówczas ten model bywał praktykowany dość powszechnie – słynny, kapryśny muzyk ma dla was tylko tyle czasu, ale chętnych na wywiad jest dużo, więc robimy akcję zbiorową. I może mam już sklerozę, ale wydaje mi się, że to był mój pierwszy "round table", w sumie całkiem ciekawe doświadczenie. A zatem wyobraźmy sobie scenerię. Niewielki meeting room, na środku prostokątny stół, przy nim siedzą cztery osoby i sprawdzają, czy działają im dyktafony. Eno wszedł uśmiechnięty, po czym od razu zaznaczył, że jest gadułą i ma nam więcej do powiedzenia, niż wydawcy naszych magazynów miejsca w najbliższych numerach. Tu się pomylił, albowiem z czterech osób, które go przepytywały, tylko jedna pracuje dla drukowanego magazynu o luźnych związkach muzyki z innymi dziedzinami życia; dwie nagrywały rozmowę dla radia, no a ja reprezentowałem w tym układzie "polski internet". Mimo że poza mną nie było w naszym gronie żadnych obsesyjnych fanatyków Eno, do czego szanowne koleżeństwo otwarcie się przyznawało (raczej fani U2, King Crimson, jazzu i producenckich osiągnięć Briana), to każde pytanie potrafił on przemienić w rozkminę z szerszym potencjałem. Dlatego zanim zapis mojej rozmowy z artystą, pozwolę sobie wedle dziennikarskiej tradycji, w jakiej wyrosłem dwadzieścia lat temu, przytoczyć "co lepsze kawałki" z odpowiedzi na pytania pozostałej trójki dziennikarzy, które jakoś utkwiły mi w pamięci:


- o technologii w muzyce:
"Technologia nie zabija muzyki, bo muzyka jest zbudowana na technologii. Problem polega na artystach, którzy nie wykorzystują jej w ciekawy sposób".

- o (free)jazzie:
"Podoba mi się, co Frank Zappa powiedział o jazzie... 'A, jazz... Tak brzmi bezrobocie...'. Dla mnie jazz to muzyka wiary. Działa tylko wtedy, jeśli się w nią wierzy. To trochę jak z astrologią. Jeśli w to wierzysz, polubisz to. Jeśli nie uwierzysz, to tego nie polubisz. Przyznam, że zupełnie nie rozumiem free-jazzu. Dla mnie to trochę jakbym czytał coś w języku polskim. Patrzę na to i myślę sobie – na pewno dla kogoś coś to oznacza, ale dla mnie... Trochę tak się czuję, kiedy słucham free-jazzu. Słyszę tylko ludzi, którzy myślą za pomocą mięśni. Chodzi w tym tylko o mięśnie. O to, co mogą zrobić twoje palce. Jeśli robisz to przez całe życie, to taka właśnie jest twoja muzyka. Jest taka płyta, którą kupiłem wiele lat temu i postanowiłem, że będę jej słuchał tak długo, aż mi się spodoba [śmiech]. To była płyta Anthony'ego Braxtona. Słuchałem jej chyba z tysiąc pieprzonych razy i nic – nigdy jej nie polubiłem. Po prostu nie skumałem jej. Więc muszę się pogodzić, że jazz nie jest dla mnie. Natomiast wszystko wokół jazzu – gospel, r&b, blues – ma dla mnie totalny sens. Tylko nie jazz".

- o Zbigniewie Namysłowskim:
"Swego czasu uwielbiałem kwartet Namysłowskiego. Miałem jego płytę zanim skończyłem dwadzieścia lat. Ale niestety ostatnio wróciłem do niej i obawiam się, że nie wytrzymała próby czasu. Ale nie drukujcie tego! Przepraszam, wymsknęło mi się".

- o piosence MGMT zatytułowanej "Brian Eno":
"Nie myślę o tym za dużo. Ponadto nie przepadam za pochlebstwami. Czuję się z nimi niezręcznie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej piosence MGMT, pomyślałem – o, nawet zabawne. I tyle. I potem już o tym nie myślałem. W sumie aż do teraz. Po prostu nie jest to coś, o czym bym myślał. Nie myślę też za wiele o mojej 'karierze', o moim publicznym wizerunku. I wcale nie chodzi tu o skromność. Chodzi o znudzenie samym sobą. Znudzenie myśleniem o sobie, czytaniem o sobie, słuchaniem o sobie. Nie mam do tego cierpliwości".

- o literackim Noblu dla Dylana:
"Z jednej strony to dobrze, że komitet poszerza granice literatury. A więc według nich literatura to nie tylko ludzie, którzy piszą książki, ale też ci, którzy piszą na przykład piosenki. Ale z drugiej strony myślę, że to dziwny wybór. Wydaje mi się, że jest kilka osób, które zasłużyły na tę nagrodę bardziej. Możliwe, że za kilka lat przyznają tę nagrodę jakiejś gwieździe rapu albo komuś kto na przykład prowadzi fanpage na Facebooku. Fajnie, pytanie tylko, jaki jest sens w rozluźnianiu każdej definicji? Efekt będzie taki, że ktoś w końcu wymyśli kolejną prestiżową nagrodę literacką, która znów będzie honorowała pisarzy".


A teraz już moja rozmowa z Eno. Sytuacja dla mnie dość surrealistyczna – świadomość, że siedzi obok ciebie miły, ciepły, starszy pan o wciąż bystrym poczuciu humoru i że ten pan to prawdopodobnie najwybitniejszy człowiek renesansu w muzyce XX wieku (jak to kilka lat temu ujął redaktor Łachecki w naszym Guide to Pop: "to zapewne numer 1 naszego rankingu, ale potrzeba będzie jeszcze dekad, żebyśmy mogli to sobie uświadomić") i że stoją za nim te wszystkie wszechstronne płyty, idee, wypowiedzi, działania, na których zgłębianie poświęciłeś tyle godzin przez tyle lat. Nadal nie do końca to do mnie dociera.


PORCYS: Brian, reprezentuję Porcys, internetowy portal poświęcony muzyce alternatywnej, ale i popowej. Zacznę więc od pytania związanego z muzyką pop. Wiem, że w latach siedemdziesiątych byłeś fanem szwedzkiej grupy ABBA. Pamiętam, że chwaliłeś skomplikowane, bliskie harmonie wokalne w ich piosenkach, a szczególnie w refrenie "Fernando". Ciekawi mnie, czy przez te wszystkie lata jacyś inni wykonawcy stricte komercyjni, mainstreamowi zrobili jeszcze na tobie takie wrażenie?

Brian Eno: Jasne. Na przykład Kelis. W sumie sporo tego było... I głównie mam na myśli czarną muzykę. Warto bowiem zaznaczyć, że najlepsza czarna muzyka zwykle odnosi największe sukcesy na listach przebojów. Tak było już w latach sześćdziesiątych z rosterem wytwórni Motown. Wspomnę chociażby Dianę Ross i The Supremes. I inne tego typu kapele. Były wtedy bardzo, bardzo popularne. I powiedziałbym, że pełniły rolę takiej ABBY swoich czasów. Jeśli zaś chodzi o ostatnie lata, to przyznam, że podoba mi się dużo rzeczy, które zrobiła Rihanna. Niechże pomyślę, kto jeszcze... [długa pauza] Frank Ocean jest całkiem interesujący. Zakładam, że jest on bardzo znany, czy mam rację?

Oj tak, dopiero co miał pierwsze miejsce na Billboardzie. Cenisz w nim produkcję, zalety muzyczne, czy może jego osobowość?

Cenię w nim – ogólnie ujmując – skłonność do eksperymentu. Jak na kogoś, kto operuje w ramach popowych realiów i sprzedaje tyle płyt, trzeba przyznać, że facet robi coś całkiem dziwnego. Pod tym względem przypomina mi Shuggie Otisa albo wczesnego Prince'a, czy kogoś w tym rodzaju. Czyli gość strzela pomysłami, a ty tego słuchasz i myślisz sobie – "wow, skąd mu to przyszło do głowy?". Dodatkowo łączy te pomysły w nieoczywisty sposób.

Czy nadal słuchasz czasami ABBY?

Szczerze, to rzadko kiedy coś sobie "puszczam". Głównie słucham radia [wcześniej Eno zdradził, że jego ulubiona stacja to "Radio 6" czyli BBC Radio 6 Music]. Ale gdyby w radiu leciała piosenka ABBY, to nie wyłączyłbym jej. Zawsze lubiłem ich kawałki, są absolutnie genialne w kategoriach kompozycji i aranżacji. I zwracałem uwagę przede wszystkim na drugi głos. Uwielbiam te linie, są tak nietypowe...

W niektórych twoich piosenkach z lat siedemdziesiątych doszukałbym się pewnych pokrewieństw z patentami ABBY – chociażby na płycie Taking Tiger Mountain... Zgodziłbyś się, że mniej lub bardziej świadomie byłeś nimi odrobinę zainspirowany?

Zaraz, czy Tiger Mountain nie wyszło przypadkiem zanim pojawiła się ABBA? W którym roku debiutowali?

Singlowo w 1972, pierwszy longplay w 1973. Zanim nagrałeś Tiger Mountain, Eurowizję wygrało "Waterloo".

Sądzę, że na tym etapie IDEOLOGICZNIE nie byłem jeszcze w stanie docenić zespołu ABBA [śmiech wszystkich]. Ponieważ przez całe lata siedemdziesiąte, chociaż wszyscy skrycie lubili ABBĘ, to nie chcieli tego przyznać publicznie. Wstydzili się, a to z tego powodu, że była to muzyka pop. A my wszyscy próbowaliśmy robić coś innego. Trzeba więc było czekać, aż nikogo nie będzie w pobliżu, żeby słuchać ABBY. A same płyty chowało się na dole sterty, pod tymi wszystkimi winylami Velvet Underground [śmiech].

W promo video towarzyszącym premierze Music For Airports wspomniałeś, że twoja wizja soundtracku dla lotnisk to komunikat w stylu: "naprawdę nie ma to znaczenia, czy zginiecie w katastrofie... nie jest to aż tak ważne w skali kosmosu". Kiedy myślę o irracjonalnym strachu przed lataniem, to dochodzę do wniosku, że problemem jest ego. A ponieważ odnoszę wrażenie, że znaczna część twojego dorobku polega trochę na eliminacji ego z gotowych schematów muzyki rozrywkowej, to ciekaw jestem, co poradziłbyś ludziom, którzy boją się latać?

Bardzo chciałbym umieć coś im doradzić... Zresztą, sam też chciałbym wyłączyć strach przed lataniem. A stworzenie wspomnianego albumu naprawdę było skromną próbą pomocy osobom, które tego potrzebowały – w tym i sobie. I wiem, że coś się we mnie zmieniło, ruszyło w odpowiednim kierunku. Ale niestety nie jestem buddyjskim mnichem. Natomiast wierzę, że niektórych ludzi – może nie wszystkich, ale niektórych – słuchanie Music For Airports przed lotem może odpowiednio nastroić i wyciszyć w nich lęk. Miałem też kiedyś taką płytę Discreet Music, może kojarzysz?

Jasne, uwielbiam ją i słucham jej regularnie.

Otóż wyobraź sobie, że w Anglii mnóstwo rodzin puszczało ją kiedyś noworodkom, na uspokojenie. Przez te wszystkie lata spotkałem setki dzieciaków, które wychowały się na tych dźwiękach, a ich matki mówiły mi: "spójrz na moją pociechę, jako bobas słuchała twojej muzyki, a konkretnie płyty Discreet Music" (śmiech). To dla mnie naprawdę wielki komplement. A zatem myślę, że muzyka ma w sobie potencjał, by poważnie zmienić nastrój, usposobienie słuchacza. By odciągnąć go od stresujących sytuacji. Mój problem z lataniem zaczął się dawno temu, gdy wsiadłem do samolotu jakichś amerykańskich linii, wystartowaliśmy i puścili "muzak", a więc teoretycznie dźwięki, które miały nas ukoić. Tymczasem brzmiało to tak: [imituje drgania] "eeeeeyyyyeeeeyyyyeeeeyyyy". Zdaje się, że odtwarzacz kaset był lekko uszkodzony. I bardzo mnie to zdenerwowało. Bo pomyślałem sobie – jeśli nawet pieprzony magnetofon pokładowy nie działa prawidłowo, to co dopiero z resztą sprzętu i maszynerii... Z mojego punktu widzenia to było najgorsze, co mogliśmy usłyszeć. "Puśćmy coś, co podda w wątpliwość bezpieczeństwo konceptu latania", świetna idea. I wtedy zacząłem myśleć – co byłoby dokładnym przeciwieństwem takiej ścieżki dźwiękowej? Co przywróciłoby pasażerom pewność, komfort, zaufanie do latania? A efektem tych poszukiwań było właśnie Music For Airports. Chyba określiłeś to właściwie: chodziło mi o to, żeby trochę zredukować w sobie pokłady ego. Żeby uświadomić sobie, że nie jestem pępkiem świata. Przecież tyle się dzieje poza moim istnieniem. I kiedy zniknę, to nadal sporo będzie się działo. Świat się nie skończy.

Kontynuując temat pozbycia się ego... Powiedziałeś kiedyś, że układając teksty swoich piosenek w latach siedemdziesiątych nie miałeś nic do przekazania, ponieważ nie uważałeś swoich doświadczeń za interesujące na tyle, żeby o nich pisać. Jestem pod wielkim wrażeniem takiego postawienia sprawy, ale zastanawiam się, czy prywatnie oczekiwałbyś podobnego podejścia od tekstów cudzych piosenek i jacy są twoi ulubieni autorzy tekstów?

Cóż, jednym z moich ulubionych autorów tekstów jest Joni Mitchell, która pod tym względem jest wręcz przeciwieństwem mnie. W mojej opinii napisała ona jedne z najwspanialszych pieśni. I znaczna ich część jest w dużej mierze o niej samej, o jej doświadczeniach. Wątki autobiograficzne są w nich bardzo istotne. Więc nie mogę powiedzieć, że taki sposób pisania tekstów mi nie leży. Po prostu nie jest to coś, w czym ja dobrze bym się odnalazł. Nie chcę bowiem malować autoportretów. Nie chcę, ponieważ strasznie nie podoba mi się taki koncept, w którym ludzie pomyślą, że ja jestem tematem moich dzieł. Zwyczajnie nie chcę się tak czuć. Sądzę, że to niesamowicie arogancka postawa: "słuchajcie tego, to wszystko jest o mnie... mam nadzieję, że z chęcią dowiecie się wszystkiego o mnie, bo przecież jestem jakże interesującą i ważną osobą, więc proszę – oto jeszcze więcej mnie, zapraszam do lektury". Kompletnie nie czuję takiego stanowiska ze strony artysty.

Czyli to kwestia indywidualna – w przypadku Joni Mitchell to zadziałało, czuła się z tym dobrze.

Tak, a co więcej, ja jako odbiorca czułem się z tym dobrze, słuchając jej songów. Tyle tylko, że sam nie chciałbym uprawiać tego typu twórczości. Joni to świetny przykład artystki, której naprawdę dobrze wyszedł ten eksperyment. Jestem pewien, że mnie by się to nie powiodło.

Dziękuję za rozmowę, to dla nas wielki zaszczyt.

PS: I jeszcze ogromne podziękowania dla Macieja Werka / Soundedit Festival.


Wywiad z dnia 30 października 2016.
(Porcys, 2016)

* * *

Rzeczy w których "maczał palce" Eno, a nie sygnowano ich jego nazwiskiem (po jednej na wykonawcę):