BEATLES

 

Please Please Me (1963, rock and roll) 9.3

[22 marca 2003, z okazji okrągłej, czterdziestej rocznicy wydania pierwszej długogrającej płyty The Beatles, opublikowaliśmy tygodniowy update poświęcony zespołowi. Recenzja Please Please Me była jego częścią. W tak unikatowych okolicznościach przyrody, pozwoliliśmy sobie na odrobinę szaleństwa i małe nadużycie. Wszystkich urażonych tą profanacją przepraszamy.]

Bez zbędnych wstępów chciałbym uczciwie oświadczyć, że recenzowanie jakiejkolwiek płyty The Beatles jest świętokradztwem. Które notabene popełniano wielokrotnie i ochoczo. Ale pragnę z tego miejsca nieco się usprawiedliwić. Z powodu wyjątkowej okrągłej rocznicy postanowiliśmy sprofanować powyższą zasadę. Po raz pierwszy i jak sądzę ostatni. Nikt nie ma prawa wartościować, oceniać tej muzyki. Może raz na zawsze spróbujmy to wszyscy zrozumieć: chodzi o to, że ci czterej bohaterowie są nietykalni. Możliwość obcowania, w jakiejkolwiek formie, z jakimikolwiek ich nagraniami, jest błogosławieństwem. Że wystarczy włączyć płytę i posłuchać czegoś, co oni razem stworzyli – jest szczęściem. Dlatego pomny wcześniejszych gróźb i przestróg, w strachu przed litrami wody z Mersey i tonami zielonych jabłek w moim żołądku, zakładam włosiennicę pokutną, tu i teraz.

Nie potrafię mówić o The Beatles. Bliżej mi chyba do regularnego nucenia ich kawałków, co zresztą doprowadza nieraz do szału moich kolegów. Muzyka tego zespołu nie jest czymś, co na jakimś etapie świadomie poznałem, przyjąłem, polubiłem i odłożyłem na półkę. Urodziłem się z The Beatles. Łajzy, nie wierzą mi, ale pytałem mamy i nastawiała mi nad głową głośniki gdy miałem kilka tygodni. Z głośników lecieli The Beatles. Przez co dorobek Fab Four został mi zakodowany automatycznie w mózgu. Od najmłodszego byłem katowany wiedzą, kto to jest John, kto to Paul, George i Ringo. Wpatrywałem się w zdjęcia, oglądałem filmy. Nikt nie tłumaczył mi: patrz, Beatles, największa grupa wszechczasów. Bo dla mnie nie było rozróżnienia – Beatles / muzyka. To był mój pierwszy kod komunikacji dźwiękowej. Przez kwartet rozumiałem The Beatles. Przez piosenki Fab Four rozumiałem piosenki. Na tekstach tych piosenek uczyłem się angielskiego.

W wieku pięciu lat, już całkowicie świadom tego, co robię, zasłuchiwałem się w Sierżancie Pieprzu. Wiem, pięć lat, ale pierdolę was, właśnie pięć. Po raz pierwszy zetknąłem się wtedy z odrębnym światem wykreowanym brzmieniowo. Do końca życia druga część "A Day In The Life" będzie mi się kojarzyć z rannym wstawaniem. Gdy słyszę knajpiany gwar, przypomina mi się utwór tytułowy. "Being For The Benefit Of Mr. Kite" wywołuje obrazy cyrku w mojej głowie. Wtedy też wychodziłem ponoć na podwórko, stawałem z tenisową rakietą na trawniku i udawałem koncert Beatlesów. Za cholerę nic z tego nie pamiętam, ale są na to świadkowie. Mając latek siedem nagrywałem swoje darcie mordy na kaseciaka. Myślałem, że były to moje "własne" melodie. Haha. To były kurwa rarytasy z dorobku Fab Four. "Don't Let Me Down", "She Loves You", "She's A Woman" czy inne "I Wanna Hold Your Hand".

Jako nastolatek pojechałem do Anglii i oczywiście nie przepuściłem okazji. Byłem w Liverpoolu, mam zdjęcia przed i wewnątrz The Cavern. Zobaczyłem wody Mersey i słynne docki. Byłem w muzeum The Beatles, do dzisiaj chowam zgniecioną miedzianą monetę ("Penny Lane"). Tak więc, jak długo żyję, The Beatles byli przy mnie obecni. I przy całym natłoku zajęć staram się słuchać ich płyt codziennie. A im dłużej się żyje, tym wyraźniej się dostrzega, że nic już nie pozostało do powiedzenia o ich twórczości. Po prostu: jeśli pierwszą rzeczą, na jaką natrafiają twoje uszy, jest najlepsza, niemożliwa do przebicia rzecz, to nie musisz się martwić o takie błahostki, jak "gust", czy "dobry smak". Przykro mi. Nic nie jest w stanie konkurować z The Beatles i tak będzie do końca, niedowiarki. Hm? To oczywiste.

Wiem, wymagacie ode mnie recki Please Please Me. Oczywiście, mógłbym zacząć tutaj pieprzyć, że chłopaki mozolnie i z uporem się przebijali, że dwukrotnie jechali na kultowe dziś występy do Hamburga (przy okazji wynajdując "punk"), że debiut nagrali zaledwie w jeden dzień (heh, kozaki). Ale po co? Wczoraj skrobnąłem artykuł o Hot Hot Heat; zaintrygowała mnie identyczna długość Make Up The Breakdown i Please Please Me (trzydzieści dwie minuty). Postanowiłem przyłożyć obie płytki do siebie. I tak jak bardzo wariuję na punkcie Hot Hot Heat, tak nagle zrozumiałem, że nie było tego porównania! Przejście na bębnach przed drugim refrenem "I Saw Her Standing There" to Trail Of Dead z "It Was There That I Saw You". Początkowy motyw z "Please Please Me" to Dismemberment Plan. Ekstaza wokalna w "Twist And Shout" to Liars, albo Les Savy Fav. I oni tego dokonali czterdzieści lat temu! Ja pierdole!!! Qwdjk nqfd924896 ngo50u96 bqnd7823r8 jhg0349y9 bcahsbcwyuf nwrg3roig 84bv374 yt4bn478tb4 8924utr894 9834jt8b -406uk ++++ 8913r 2df1389 8r3%%%% 938tu2 $%$* U)( )_(* (YU ( 3f238 t3t 3 t82y3 498t 948 d bvhfbv.

Aha, ale najlepsze jest coś innego. Bo widzicie, takie Please Please Me niewiele znaczy przy "tytanach", jak nazywa je Kuba. To był dopiero marzec 1963. W ciągu następnych siedmiu lat nasi czterej bossowie napiszą, zarejestrują i wydadzą około dwustu genialnych piosenek. Paul broke the glass, broke the glass, the glass is broken, Paul. Świat czekało jeszcze jedenaście fenomenalnych albumów. Zaraz, Revolver? Ktoś słyszał? White Album? A może Abbey Road? Jezus, ludzie.
(Porcys, 2003)

With the Beatles (1963, pop) 9.2

Gdybyśmy w kanonicznej, brytyjskiej, "królewskiej" serii longplayów czwórki z Liverpoolu chcieli znaleźć pozycję, która "po prostu jest", nieobciążona dodatkowym znaczeniem i kontekstem – byłby to ich sofomor. Bez spontanicznego wybuchu debiutu, bez kompozytorskiego skoku na inną orbitę A Hard Day's Night, bez jesiennego marazmu For Sale, bez rozbudowanego aranżacyjnie soundtracku Help! i bez psychodelicznej inicjacji Rubber Soul (o późniejszych nie wspominam, bo są odrębnymi pomnikami), With the Beatles to album Bitli, za którym nie stoi porywająca historia (poza marketingową). Słowa używane przy jego opisie – "kontynuacja", "rozwinięcie", "ugruntowanie". Tu nie będzie żadnej rewolucji, przełomu. Ot, koncertowe standardy i garść naprędce skleconych oryginałów – dla podtrzymania medialnego zamieszania i sprzedaży. Ale cóż to za wymiatanie, doprawdy... 

Bo wiecie, With the Beatles to nic mniej i nic więcej, jak tylko "one of the greatest rock and roll records, period" – "plain and simple". I jeśli uważacie (a są tacy mistrze!), że prawdziwi Beatlesi to byli zanim Lennonowi z mózgu została gąbka, zanim Harrison zakupił sitar i zanim Macca zaczął układać "muzykę dla babci" – tu właśnie macie czystej wody (heh) Merseybeat, bez domieszek, dodatków, tricków i całego późniejszego świrowania. Pierwsze cztery wałki to istna petarda – nokautują energią, zwinnością, błyskotliwością. Nad ekspercko przejechanymi wokalnie coverami unosi się duch Motown i fiftiesowego rokendrola. Lata obcowania z tracklistą pozwalają odkryć drobne niuansiki sekwencyjne, "małe przyjemności" – jak przejście z "Little Child" do "Till There Was You" na właściwie tej samej melodii albo "sklejka" tytułów "Hold Me Tight" i "You Really Got a Hold on Me". George dostarcza riffowego bangera i czaruje akustycznym solo, Ringo odkrywa w sobie wewnętrznego Jaggera, a Paul i John – cóż, znacie te piosenki...
(2017)

A Hard Day's Night (1964, pop/rock) 9.6

Frazesy wokół trzeciego LP tego "moptop combo" znamy na pamięć. Że to pierwsza w ich disco płyta stuprocentowo autorska. Że dzięki niej czterech LIVERPUDLIAN(ÓW) "najechało, podbiło i zajęło" Londyn. Że w chwili wydania był to rekord – bez wątpienia najdoskonalsza płyta z piosenkami kiedykolwiek wydana. Że nagrywali ją na raty przez kilka miesięcy, bo mieli cholernie napięty terminarz – każde medium chciało wyrwać z ich cennego czasu choćby kwadrans, a oni kręcili film, koncertowali i obligatoryjnie wydurniali się na konferencjach prasowych. Że na tytuł wpadł przypadkowo Ringo. Że George w tym odcinku wstydził się songwritersko rywalizować ze starszymi kolegami. Że i dla Johna, i Paula wzorem był wtedy Buddy Holly, ale to Lennon ułożył aż dziesięć z trzynastu wałków (chociaż numery Macci wcale nie odstają). Btw to też biograficznie fascynujące, że w pierwszej fazie krótkiej kariery grupy to Lennon dominował ilościowo, cisnął dzień i noc na "whisky i koksie", bo zawsze podkreślał, że pragnął grać suchego rokendrola i nic więcej. A w drugiej, bogatszej stylistycznie połówce na odwrót – rolę lidera przejął Macca (mimo że Lennon w tym etapie uczestniczył, brał tego kwasa, sygnował te "Tomorrow Never Knows", "Benefit of Mr. Kite" i "Happiness Is a Warm Gun"). 

Lecz z jednym stwierdzeniem do końca zgodzić się nie mogę – że Hard Day's Night to PROSTE piosenki i w tym niby tkwi ich uniwersalna siła rażenia. Zwięzłe, bezpośrednie, nawet łopatologiczne – zgoda. Ale nie "proste". Tak się składa, że razem z Beatles for Sale wykonywaliśmy ten album "od deski do deski", więc mam w tej kwestii jakieś rozeznanie. Nauczyliśmy się grać każdy z tych kawałków, wiem co się dzieje w poszczególnych partiach gitar, basu, wokali i... Ująłbym to tak – pod względem złożoności jest to materiał przekorny. Fragmenty pozornie skomplikowane – są łatwiejsze, niż by się wydawało. Ale te które robią wrażenie banalnych – bywają ostro "posrane". Tak teraz zerkam na tracklistę... Akord otwierający tytułowy do dziś nie został zdekodowany. Półtonowe zejścia w "If I Fell" i zmiany trybów w "I'll Be Back" nie należą do żadnej bluesowej tradycji. Mostek w "You Can't Do That" ucieka schematom – trzeba być pilnym. "I'm Happy Just to Dance with You" przechrzciłem nawet "prog rock", bo grając to czujesz się trochę, jakbyś grał Yes z Fragile. I tak dalej, i tym podobne. Co nie zmienia faktu, że te prognozujące genealogię "jangle" od Byrds przez R.E.M. po Violens kawałki są mega przebojowe. Kiedy recenzenci komentując poczynania Cobaina na wysokości Nevermind zauważali, że u Bitli podpatrzył zasadę pt. "każdy indeks skrywa potencjalnego singla", mieli na myśli właśnie ten krążek.
(2017)

Ktoś zakrzyknie – jak to, Beatlesi, najbardziej melodyjny zespół świata, przecież powinni zdominować to zestawienie. A figa. Te mityczne albumy Fab Four, które zwykle wygrywają plebiscyty na najlepsze płyty w dziejach zawierają sporo niesinglowych momentów – najpierw hinduska obsesja Harrisona, potem chore odjazdy na Białym Albumie i suita ze strony B winyla Abbey Road. Z krążków sprzed Revolvera, które nie zawierają coverów osobiście stawiam na A Hard Day's Night – jest mniej psychodeliczny od Rubber Soul.
(Era Music Garden, 2011)

Beatles For Sale (1964, pop/rock) 9.1

For Sale wśród wielu sympatyków FABS nie cieszy się przesadnym uznaniem, a to z powodu powrotu do coverów po stuprocentowo autorskim poprzedniku. A zatem ewidentnie krok wstecz i zadyszka. Jednak oceniając ten zestaw track-by-track i dochodząc do wniosku, że to "obiektywnie najgorsze z ich arcydzieł" – jakby nie można być dalej od skumania specyficznej roli, jaką pełni ono w nieskazitelnej trajektorii Bitli. Jest to bowiem chyba pierwsza na tak wielką skalę (inwestycji, zasięgu, biznesu) "meta-płyta", rozpoczynająca może niezbyt chlubną, acz frapującą nitkę krążków, które swoją sporadyczną, intencjonalną "słabością" (niekoniecznie rozumianą wyłącznie "jakościowo") wyrażają stan ducha twórców (do głowy przychodzą Holland, Human After All czy VIEWS). Rzut oka na zdjęcie okładkowe i gorzko ironiczny tytuł rozwiewa wątpliwości – oto jesienna kolekcja, która swoją szczerą frustracją i zbolałą niemocą rozsadza od środka konwencję "beatlemanii". Musimy zważyć, jak euforyczne i histeryczne było to zjawisko, by dostrzec jak chorym zabiegiem jest ta piekielnie istotna historycznie auto-dekonstrukcja własnego mitu. 

Wczesne symptomy zniechęcenia karierą i wyczerpania szaleńczym tempem życia w trasie urodziły najgęstszy atmosferycznie materiał grupy so far, który rozpoczyna się od piosenki tak dorosłej i treściwej, ostrej jak brzytwa, że w okamgnieniu rewiduje wszelkie uprzednie schematy nastoletniego lansu ("I looked up to see... your face" – chodziło oczywiście o Facebooka <palacz>). A poza podkreślanym często wpływem dylanowskiego folku i country, ich przyszłość wyznacza sophisti-rock "Every Little Thing" – rzecz "bez mostków, bez niczego" ("bez sprzętu, bez niczego"), istna "pigułka instant" wyrafinowanego songwritingu. Jasne, wiele momentów to trochę "defend the indefensible" (konsekwentnie oceniam "Baby's In Black" na 0, a i wśród cudzych numerów trafią się lekkie kasztany). Ale przy takiej nadprodukcji kanonicznych songów w tak krótkim czasie warto przywołać słowa Wolfganga Voigta: "I do not really care about any 'musicality'. Emotions, structure, aesthetics are more important to me". W tym kontekście należy zastanowić się, dlaczego na album załapało się "Eight Days a Week", a zarejestrowane podczas tych samych, październikowych sesji "I Feel Fine" czy "She's a Woman" już nie. No właśnie.
(2017)

Help! (1965, pop/rock) 9.7

Pod wieloma względami ten drugi filmowy soundtrack Bitli stanowi kolejny kamień milowy w ich historii. Po apatycznym, wyblakłym emocjonalnie For Sale nie było już odwrotu i panowie zaunurkowali w niespotykany dotąd introwertyzm tekstowy, co anonsuje już sam tytuł. Sprzyjały temu zwrotowi coraz miększe i łagodniejsze nastroje muzyczne – wyczuwalny na kilometr folkowy wpływ Dylana, którego poznali rok wcześniej ("wewnątrz bardzo wrażliwy – poznał samego księdza Popiełuszkę"). Ale przede wszystkim Help! może być tą cezurą, od której należałoby zacząć postrzegać Beatlesów jako zespół studyjny. Zachwyca tu bowiem skala ingerencji kolorystyczno-producenckiej w było-nie-było nominalnie "gitarowy pop". Aż połowa numerów została podbarwiona klawiszkami (elektryczne piano, Hammond), fletami lub smyczkami. I nawet efekt "wah-wah" w "I Need You" Harrisona (powracającego tu do gry jako kompozytor) wnosi nowy wymiar soundowy. 

Również połowa materiału rezonuje ciepłym brzmieniem "pudłówek" ("palantówek"...?), co de facto przepowiada "new acoustic movement" ponad trzy dekady wcześniej. Wrażeniowo po hamburskich ekscesach nie ma więc śladu. Nigdy nie kumałem zarzutów o "nierówność" Help! – poza dwoma ostatnimi coverami (chociaż meta-humor interpretacyjny Ringo w "Act Naturally" zawsze mnie rozwala) nie widzę żadnego wypełniacza. Inwencja melodyczna Help! wyznacza jakiś "złoty standard" dla pop-rocka, a już Lennon auto-dissujący "It's Only Love" to jakaś afera – stary, mówisz o najładniejszej pieśni w zestawie. Uzasadnione jest natomiast doszukiwanie się w Help! źródeł konfliktu na linii John-Paul. Poprawianie sobie nawzajem tekstów to ewentualnie dopuszczalna metoda kontroli jakości, jeśli potrafisz wyeliminować ego z procesu. Ale "Yesterday" tego drugiego, zarejestrowane bez udziału żadnego innego Beatlesa, za to w towarzystwie kwartetu smyczkowego – to już prawdziwy wyłom w kierunku pracy indywidualnej, czyli antycypacja kryzysu doby White Album.
(2017)

Rubber Soul (1965, pop/rock) 9.7

Zwyczajowo uznaje się ten krążek za oficjalny początek psychodelicznej podróży w popie, gdzie nic już nie było realne. Teoretycznie racja – komiksowy napis na okładce (bez nazwy zespołu) oraz błędnie jeszcze zastosowany sitar w "Norwegian Wood" (jakby indyjskim upgradzie "You've Got to Hide Your Love Away") faktycznie nadały ton eksplozji psych-rocka. Aczkolwiek ten niby truizm wydaje się tutaj lekko naciągany, bo wpływ LSD miał jeszcze nadejść. Chyba że mówimy o psychodelii wyrosłej z jarania gibonów, które były wtedy ich śniadankiem pierwszego wyboru. Nie bez przyczyny czasem nazywa się Rubber Soul "marihuanowym" ("zalegalizować marihunaen? w żadnym wypadku... a komu to potrzebne?") albumem Bitli – vide "Giiirl... ...fffff.....", humor, ciepło i wrażliwość, namacalna PODATNOŚĆ na emocje. "Spokojny mam umysł, THC z tego słynie" – chwilami aż za spokojny, bo tak kuriozalne spowolnienia jak w "Michelle" czy "You Won't See Me" (obadajcie o ile BPM...) dziś w erze STANDARTÓW "kwantyzacji do grida" zostałyby pogonione na kopniakach przez realizatora. 

Cóż, widocznie zasłaniało ich wtedy zielone pole rażenia i dlatego osiągnęli ten stan apogeum folkowej fazy. Akustyczne skłonności akcentowali już otwarcie na For Sale i Help! – tutaj na oko połowa numerów to rzeczy wręcz harcerskie, ogniskowe w klimacie. Natomiast abstrahując od klasycyzującego wtrętu w "In My Life" i obco-kulturowych źródeł inspiracji u Paula (wykwintne chanson w "Michelle") i Johna (RUSKA melodyka a la Bułat Okudżawa w "Girl"), być może najbardziej swoistą cechą Rubber Soul jest maksymalne wykorzystanie wokali w miksie. Banał w przypadku kwartetu, w którym każdy śpiewał leady i chórki, ale nigdy wcześniej wielogłosy nie stanowiły u nich wręcz budulca aranżu (prawdopodobnie trick zapożyczony od Beach Boys). Większość numerów rozgrywa całe akordy (!) na wokalnych blokach, poczynając od pozbawionego w zwrotce instrumentu harmonicznego (!) "Drive My Car", przez "Nowhere Man", "The Word" czy "In My Life", a kończąc na ekstremalnym pod tym względem "If I Needed Someone" i refrenie "Run For Your Life". Kulminacją tej tendencji będzie nagrany parę miesięcy później "Paperback Writer".
(2017)

Revolver (1966, psychodeliczny pop/rock) 9.8

10 rzeczy, które przychodzą mi do głowy, gdy mam powiedzieć coś "odkrywczego" na tak ZMECHACONY temat, jak Revolver:

1. Wyobraźcie sobie dziś, że najpopularniejszy band globu bezpowrotnie rezygnuje z koncertowania przez pogróżki Ku Klux Klanu po wypowiedzi lidera o Jezusie... CHOCIAŻ...

2. Ciekawe czy ABC wiedzieli w 1991, że Revolver miał się nazywać Abracadabra?

3. W UK ten album uważany jest za SUMMĘ kilku dekad brytyjskiej kultury, a już na pewno londyńskiego "hipsterstwa".

4. Kiedy "mądre faje" mówią o narkotykach w muzyce Beatlesów, to mają na myśli głównie Revolver – check melodyka, teksty NAFASZEROWANE aluzjami, okładka i pierwszy otwarcie mikrotonalny trans hinduski Harrisona.

5. Zdaje się, że Lennona trochę NIE BYŁO podczas tych sesji – twierdził, iż nie pamięta (!) powstawania niektórych kawałków.

6. Skrajna manipulacja dźwiękiem: zmiany prędkości odtwarzania taśmy, gitary puszczane od tyłu, przetworniki, kolaże i oszałamiający closer z klamrą w postaci sampla z solówki "Taxmana" – czysto studyjny artefakt, którego coverowanie mijało się i będzie się mijało z celem. 

7. Chwilami ich najostrzejsza, najcięższa i "najriffowsza" płyta, vide choćby sound gitary w "And Your Bird...", wpierdol "She Said..." czy proto-hard-rockowy vibe "Taxmana"...

8. ...ale także, O DZIWO, szczytowe świadectwo barokowej pedanterii McCartneya – dwie staranne, bacharachowsko-wilsonowskie ballady, no i "madrygał elżbietański" w "Rigby".

9. Chyba najwszechstronniejszy wpływ tego materiału na przyszłość muzyki – rozmaite wątki od STAJNI Elephant 6 ("Yellow Submarine", "I Want to Tell You"), przez big beat i jungle ("Tomorrow Never Knows") po wczesne Tame Impala ("She Said...").

10. Są ludzie, którzy narzekają na to brutalne rozdzielenie ścieżek w stereo... Sorry, uwielbiam to :|
(2017)

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (1967, barokowy pop) 9.9

"W tej rubryce na kilka prostych pytań odpowiadają różni ludzie związani z dźwiękiem. Dzisiaj mówi Borys Dejnarowicz, meloman-fanatyk i jedna czwarta warszawskiego zespołu The Car Is on Fire:

(...)

– Pierwsze dźwiękowe wspomnienie?

– Śmiechy widowni w "Sgt. Pepper's", ding-ding-ding gitary w "Getting Better", arpeggio organów w "Lucy In the Sky With Diamonds", piejący kogut w "Good Morning Good Morning" i budzik w "A Day In the Life". Kolejność dowolna".

(...)
(Exclusiv, 2005)

Niewiele byłoby przesady w stwierdzeniu, że Sgt. Pepper’s... jest największym osiągnięciem w historii muzyki popularnej. Jasne, zawsze łatwo jest zaprzeczyć, ale przyjrzyjmy się całej sprawie z bliska. W krótkim czasie The Beatles przeobrazili się z młodzieńczego zespołu w grupę dojrzałych artystów, świadomych w pełni każdego swego posunięcia. Potwierdzenie tego dali na albumach Revolver i właśnie Sgt. Pepper’s..., wydanych bezpośrednio po sobie. Fenomen The Beatles tkwi w tym, jak na bieżąco kształtowali i modyfikowali rocka wraz z każdym następnym utworem. Wszystkie piosenki na Sierżancie są absolutnym majstersztykiem, by wspomnieć tylko obie wersje kawałka tytułowego, "Lucy In The Sky With Diamonds", "Getting Better", "Good Morning, Good Morning", czy finałowe, chyba najlepsze wspólne dzieło Lennona i McCartneya, "A Day In The Life". Ale jeszcze lepiej brzmią one jako całość, w takiej, a nie innej sekwencji. Przesiąknięty duchem swoich czasów, pełen narkotycznej, psychodelicznej otoczki, z legendarną okładką, z tekstami wydrukowanymi na kopercie pierwszy raz, z intrygującą koncepcją formalną, wreszcie z produkcyjnymi cudami George’a Martina, Sgt. Pepper’s... jest ideałem, do którego chcąc, czy nie chcąc, odnieść musieli się wszyscy późniejsi twórcy.
(Tylko Rock, 2002)

Magical Mystery Tour (1967, psychodeliczny pop) 9.7

Zagadnienie unikalnego uroku Magical Mystery Tour w naszpikowanym monumentalnymi dziełami katalogu Fab Four zamknął parę lat temu przepięknym strzałem z woleja w samo okienko Scott Plagenhoef. Zwrócił bowiem uwagę na podejrzaną dysproporcję między jakością zawartej tu muzyki, a jej relatywną (powtórzmy: re-la-tyw-ną) anonimowością w informacyjnie przeładowanej post-kulturze masowego recyklingu. Ile razy zerkaliście znudzeni na jakiś nowy ranking, opracowanie, przekrojowy artykuł – i mieliście odruchy wymiotne na widok tych samych tytułów, nieskazitelnie oprawionych w porcelanowe ramki. Wśród tak zwanych beatlesowskich "tytanów" albumowych ciężko znaleźć choćby mały powiew świeżości – coś co nie zostałoby uprzednio tysiąckrotnie zmiędlone, zmemłane, do cna wyeksploatowane. I u wielu KONSUMENTÓW popkultury niestety budzi to reakcje już nie tyle znużenia, co obrony, wyparcia, zaprzeczenia. W tym kontekście nawet tak "prowokacyjne" i "niegrzeczne", a w gruncie rzeczy przecież dziecinnie naiwne hasła jak "fuck the Beatles" należy spróbować zrozumieć – to nic innego, jak wyrażenie desperackiego głodu "nowego porządku", bo ile można hołdować tym samym dziadom. Szczerze przyznam, że i ja również wolałbym, aby czołówka tego podsumowania rozkładała się na większą liczbę wykonawców, choćby i ze względów "higienicznych". Widok aż ośmiu płyt Beatlesów w top 20 dekady może – nie ukrywam, mam świadomość – przyprawiać o lekkie mdłości. Ale cóż poradzić – jak pewnie wielu z was lubię fajne piosenki, lubię przełomowe zdarzenia, lubię rzeczy ponadczasowe, spadające na cztery łapy w każdych warunkach, "w deszcz i niepogodę". A oni tego mieli najwięcej, i co mi pan zrobi.

Gdyby zaś dla picu poudawać, że każde z "pozbawionych niedoskonałości" wydawnictw kwartetu w rzeczywistości nagrała inna kapelka, to autorzy Magical Mystery Tour byliby w tym gronie zdecydowanie najgorzej rozpoznawalną i najmniej medialnie przemaglowaną grupą. W znacznej mierze dlatego, że na europejskim rynku nie było takiego longplaya i dokooptowano go do żelaznego kanonu dopiero po dekadzie. EMI i Capitol znów nie dogadały się w kwestii zagospodarowania materiału powstałego wokół kolejnego filmu. Brytole woleli format epki, która po raz pierwszy tak dobitnie uwydatniała autorską supremację Paula i obnażała skromny wkład Johna. Amerykanie uzupełnili tracklistę stronami A/B wydanych równolegle singli (tu już Lennon nadrobił) i w ten sposób powstało coś – zgodnie z tytułem – magicznego. Połączenie firmowej groteski i surrealistycznego malowania dźwiękiem z serią "kryminalnie" wręcz przebojowych, nośnych hooków i WYCACYKOWANYCH, bajkowo-kalejdskopowych aranżacji ukazuje zespół w szczytowej formie, na sekundę przed twórczą blokadą i mentalnym resetem indyjskich wojaży. Gdyby ktoś oznajmił, że to jego #1 życia, to nie mrugnąłbym okiem, a nawet musiałbym gryźć się w język, żeby odruchowo nie wypalić "totalnie się zgadzam". Sęk w tym, że nikt nigdy tego nie oznajmia, choć na podstawie samej zawartości mógłby. I dobrze, bo dzięki temu faktycznie możemy mieć tę jedną płytę Beatlesów "dla siebie", możemy "nastawić ją" w domowym zaciszu, z dala od "całego tego zgiełku" i rozkoszować się choćby smakiem "Fool on the Hill", o którym wprawdzie rozmawiałeś z rodzicami jako brzdąc, ale później nikt nigdy nie zmuszał cię do niego pod pretekstem GREATESTEVEROFALLTIME.
(2017)

The Beatles (1968, pop/rock) 9.8

10 rzeczy, które przychodzą mi do głowy, gdy mam powiedzieć coś "odkrywczego" na tak ZMECHACONY temat, jak Biały Album:

1. "Maharishi... What have you done?". 

2. Nie miał racji Lester Bangs, że to Fabsi zainicjowali "powrót do źródeł" w rocku – Wild Honey było wcześniej.

3. Miał rację Simon Reynolds, że Biały Album to pierwsza manifestacja post-modernistycznej (auto)referencyjności i uzależnienia od przeszłości popu, a więc RETROMANII.

4. Zarzewie kryzysu wewnątrz bandu: śmierć Epsteina, precedens z obecnością Yoko na sesjach (dotąd niepisana reguła "boys only" LOL), Macca (słusznie) ośmieszający skillsy Ringo za bębnami (i NAZAJUTRZ przeprosiny w formie udekorowania zestawu kwiatami).

5. Napięcia, spory, kłótnie utrudniające selekcję – stąd decyzja o podwójnym albumie, wbrew poradom Martina.

6. Nie było wcześniej takiej płyty "od sasa do lasa" – ale nie, ale nie, naprawdę NIE BYŁO :|

7. Mimo absurdalnego rozrzutu gatunkowego te pastisze, stylizacje i ćwiczenia są charakterystyczne, cholernie zapamiętywalne (przed laty spróbowaliśmy z Ambrocore odtworzyć z pamięci 30 tytułów i umknął nam tylko "Savoy Truffle").

8. Ma rację Tymon sugerując, że to płyta Bitli, do której najwięcej można wnieść samemu – nieukończona, szkicowa, dokumentująca sam proces, a nie jego efekt.

9. Często kusi, by nazywać coś czyimś Białym Albumem, ale ta metafora to nie tylko nieskrępowany eklektyzm "po całej mapie" (London Calling), lecz również osobna, indywidualna praca nad utworami (Speakerboxxx/The Love Below) oraz testowanie, jak daleko można dekonstruować zespół, aby nim pozostał (Kid A).

10. Nie ma większego gamonia w muzyce, niż Ringo – wyjazd do Indii natchnął go ponoć do "ukończenia" kompozycji, nad którą pracował; posłuchajcie "Don't Pass Me By" – "to jeszcze nie jest muzyka", choć zapewne jedyna piosenka w kosmosie, która antycypuje zarówno ABBĘ, jak i Mekons.
(2017)

Yellow Submarine (1969, psychodeliczny pop / muzyka poważna) 5.5

Abbey Road (1969, rock) 9.8

5 rzeczy, które przychodzą mi do głowy, gdy mam powiedzieć coś "odkrywczego" na tak ZMECHACONY temat, jak Abbey Road:

1. https://www.facebook.com/SubstanceOnly/posts/930732770353075 (pracoholik Macca vs olewka Lennona i Martin ratujący sytuację "dla dobra muzyki", "dla potomności").

2. Ich "progresywny" album – czyli jak rozumiem, gdyby się nie rozpadli, to przeskoczyliby Tarkusa, Close to the Edge i Lamb Lies Down on Broadway?

3. Perfekcjonizm w postaci symetrycznych i nieskazitelnych decyzji konstrukcyjnych, jak powrót "The Huge Melody" na finał strony B czy wycięcie "Her Majesty" (przypadkowo doklejonej później przez realizatora do mastera).     

4. Często chwali się Harrisona za dwa wiekopomne brylanty, a rzadziej akcentuje się fakt, że facet przywiózł z USA Mooga i partie syntezatorów jakby "nieczęsto, niejednokroć" robią brzmienie i klimat płyty.

5. Odrębny topos Abbey Road to topos "powrotu Mistrza" kiedy go już właściwie nie było, "bramka z niczego" w ostatniej minucie meczu o wszystko – w muzyce chyba nikt tego osiągnięcia nie musnął, a w sporcie jakiś Jordan, jakiś Zidane.
(2017)

Materiał wypełniający Abbey Road zrealizowany był przez Liverpoolczyków w trudnych dla zespołu momentach, ale przyniósł tyle wspaniałych, klasycznych tematów muzycznych i pomysłów, że trudno nie zachwycać się nim i dziś. Czerpiąc z szerokiego zakresu tradycji muzyki rozrywkowej, The Beatles sami kreowali nową tradycję, wpisując większość z zawartych na Abbey Road utworów do żelaznej klasyki gatunku. Mamy więc żrące, krwiste "Come Together" i jeszcze mocniej uderzające "I Want You" Lennona, "Oh! Darling" McCartneya z zapierającym dech w piersiach wrzaskiem, czy wreszcie dwa liryczne diamenty Harrisona, "Here Comes The Sun" i "Something". Do tego dochodzi jeszcze, zasługująca na oddzielne potraktowanie, dłuższa forma zajmująca niemal całą drugą stronę płyty. Jak w kalejdoskopie zmieniają się tu nastroje, począwszy od "You Never Give Me Your Money", przez świetne "Mean Mr. Mustard" i "Polythene Pam", aż po końcowe, jak przystało na tytuł, "The End". Potem tylko króciutkie "Her Majesty" i wielkość ostatniego dzieła Beatlesów staje się faktem.
(Tylko Rock, 2002)

Let It Be (1970, rock) 9.4

Let It Be... Naked (2003, rock) 9.4

Legenda dotycząca okoliczności powstawania ostatniego właściwego longplaya w karierze Fab Four to rzecz powszechnie znana i jestem absolutnie pewien, iż każdy oddany sympatyk grupy uznałby powtórne opowiadanie tego fragmentu z jej historii za okrutnie banalny frazes. Aczkolwiek, zważywszy przedmiot tej rozprawy, choćby mocno zredukowane wprowadzenie do tematyki wydaje się nieodzowne. Jak wszyscy są zaiste zorientowani, w dwa miesiące po wydaniu podwójnego albumu w białej okładce, zwanego zwyczajnie The Beatles (a to, jak się dowiaduję, też fakt pomijany nawet wśród zagorzałych fanów) zespół przystąpił w studiach Twickenham w Londynie do rejestracji prób, które kontynuowane w piwnicach Apple miały potem posłużyć jak punkt wyjścia dla planowanej płyty i zarazem filmu, obojga pod wspólnym tytułem Get Back. Założeniem było hasło powrotu do rockandrollowej estetyki cechującej pierwotne stadium aktywności formacji. W efekcie na kamerowane zmagania muzyków składały się wykonania numerów odgrzebanych z początku działalności, covery standardów i garść świeżych szkiców, zatopione razem w luzackich żartach i atmosferze rozluźniającej olewki. "Sweet Loretta Fart, she thought she was a cleaner, but she was a frying pan".

Ale to była nerwowa sesja, najeżona wzajemnymi pretensjami, spięciami oraz (kilkudniowym) odejściem Harrisona. Nic nie szło tak, jak powinno, a efekty wielogodzinnych jamów absolutnie nie potrafiły sprostać założonym celom. Projekt został zarzucony, majowa edycja Get Back w ostatniej chwili wstrzymana, a band podążył naprzód, by rozpocząć wkrótce pracę nad swym finalnym opusem. Stosy, kilometry taśm ze stycznia 1969 zostały zagospodarowane ponownie dopiero w marcu roku następnego. Z inicjatywy Johna i George'a z chaotycznymi brudnopisami zgłoszono się do niejakiego Phila Spectora. Człowiek ów, jak powszechnie wiadomo, to esencjonalny producent w całych dziejach muzyki popularnej, perfekcjonista, wynalazca prekursorskich technik nakładek śladów i gęstych aranżacji, określanych mianem "ściany dźwięku", osoba hiperrealna wręcz. Zatem niczym Keitel w The Bonnie Incident, Spector zadzwonił do drzwi i gdy otworzyli mu, przedstawił się: "Jestem Wolf. Rozwiązuję problemy". Na co Allen Klein, ówczesny menadżer trzech czwartych grupy, odparł: "To dobrze, bo mamy tu jeden". A Ringo, jedyny obecny w studiu członek kapeli, dodawał: "To prawdziwa przyjemność widzieć pana w akcji, panie Spector".

Pięknie, lecz McCartney nigdy nie zaakceptował takiego obrotu sprawy: był przeciwny angażowaniu Spectora, gdyż miał biegunową od Lennona (któremu Phil wyprodukował póżniej solowe arcydzieła) wizję brzmienia, i naturalnie rezultaty zabiegów mistrza zawsze uważał za kompletną pomyłkę. Zdania wśród słuchaczy pozostały podzielone do dziś: żaden inny krążek Fabs nie wywołał tylu kontrowersji właśnie z powodu genezy jego narodzin. Beatlemaniacy ekstremiści etykietowali interwencję Spectora skandaliczną profanacją tego, co chcieli osiągnąć songwriterzy. Zwolennicy natomiast chwalili gościa za ulepienie sensownego kształtu z oddanych mu do dyspozycji surowych śladów pieśni. Rzeczywiście, Spector sugestywnie podbarwił tracki, nadając im ciężkawy, rafinowany poblask. "Across The Universe" z transcendentnej, acz prywatnej odysei Lennona przeobraziło się w patetyczny, wodnisty hymn, nie wspominając o hollywoodzkiej słodkości bijącej z hojnych orkiestrowych teł "The Long And Winding Road" lub pedalskiej instrumentacji "I Me Mine". Lecz te sztuczne wypełnienia i sklejenia są tylko wyrazistym echem legendy: Let It Be, wydane wreszcie w maju 1970, to dziś jeszcze jeden niedotykalny posąg zbudowany przez geniuszy. Jak więc można go w ogóle przeredagowywać?

Cóż, przez te wszystkie lata McCartney optował za ewentualnym zamknięciem problematycznej kwestii i wraz z Let It Be... Naked może sobie pogratulować, bo właśnie odniósł sukces. To wydawnictwo, podejrzanie i odrobinę niesmacznie wypuszczone w dwa lata po śmierci Harrisona (który jednak zdążył zgodzić się na przedsięwzięcie), prezentuje Let It Be dokładnie tak, jak chciał tego Paul. To nie jest ani dokument archiwalny z (nigdy nieukończonego) przygotowania Get Back, jak życzyli sobie tego niektórzy, ani samo Get Back w postaci rozebranej ze studyjnego blichtru, korzennej płyty. Kryterium stanowi czystość samych ścieżek: słowo "naked" oznacza w praktyce "bez Spectora". Zmieniła się też sama sekwencja utworów, a nawet ich dobór. Total time pozostał identyczny, ale teraz "Get Back" to opener, a "Let It Be" to closer. Skoro Macca dążył do konkretyzacji zawartości, to logiczne wydaje się usunięcie pijackiej przyśpiewki "Maggie Mae" oraz trawestującego Stonesów przerywnika "Dig It" (choć, jak powiedział kiedyś Kuba, jest to ich humor, zrozumiały tylko dla ich klanu, więc wara nam od niego, a ponadto serwuje jako wyborny prolog do "Let It Be"). Kapitalne posunięcie to z kolei włączenie "Don't Let Me Down", z singla podchodzącego z owego okresu. Czyli McCartney święci triumf, ale czy same odświeżone nagrania się sprawują?

Rzućmy uchem. Po pierwsze, ucięto kultowe zaśmiechy i czaty, w dużej mierze decydujące o unikatowym klimaciku oryginalnego Let It Be. Po drugie sound, na zasadzie masteringu, spisuje się lepiej, idealnie. Po trzecie, operacje na samych teksturach nie odbiły się czkawką na odbiorze. Zabieg sprawia wrażenie alternatywnego miksu, a nie plastikowej przeróbki. Następujące fragmenty wydają się zachowane w poprzednim ujęciu: "Dig A Pony", "For You Blue", "Get Back", "One After 909" i "I've Got A Feeling". Najpoważniejszy remont przeszło "The Long And Winding Road", pozbawione smykowego zaplecza, wyegzekwowane minimalnie, wzbogacone stłumionymi organami (był taki koleś Billy Preston, ktoś może kojarzy). Podobnie "Across The Universe", puszczone w odpowiedniej prędkości (odrobinę szybciej niż w interpretacji spectorowskiej), uszczuplone o (nie)sław(et)ne chóry, których miejsce zajęły rozległe, spogłosowane pociągnięcia sitaru. "I Me Mine" również: wypierdalamy tę planszę, nie ma tej planszy. A raczej drugoplanowej aranżacji Spectora: miałkich, podniosłych smyków i dęciaków w kanałach. Ciekawie wypada odmienne nieco wykonanie pieśni tytułowej, urozmaiconej nieznanym, skromniejszym solem George'a. Pozostałe różnice oscylują wokół subtelności, wciąż wszakże fascynujących dla poszukiwaczy drobiazgów (zwłaszcza bardziej oddychające, rześkie pasmo).

Poza przetasowaną tracklistą i zaktualizowaną tkanką dźwiękową, Naked oferuje jeszcze dwie atrakcje. Do części tłoczenia dodano krążek bonusowy, Fly On The Wall, wypełniony dwudziestoma minutami strzępków rozmów, chichotów i luźnych gadek popełnionych między ułamkami kolejnych take'ów kawałków. Zupełnie jakby chciano zrekompensować ich brak na właściwej płytce. Fly On The Wall nie kryje wprawdzie tak zapamiętywalnych, klasycznych skitów jak czynią to kolejne odcinki Anthology, lecz dość impresywnie oddaje nastrój błądzenia po omacku, jakim charakteryzowały się wspomniane we wstępie sesje. Obok dramatycznych wyznań poczucia zniewolenia i wtłoczenia w schematy rządzące fonograficznym światkiem tudzież obok grypsów Lennona w rodzaju "I'd like to say that I like the intimate idea" funkcjonują swobodnie cacka pokroju sekundówek wczesnych mutacji "All Things Must Pass", "Imagine" czy "Jealous Guy" (z innym tekstem!). Ponadto, książeczka zawiera ekstrakty z książki Let It Be, a dokładniej zapis dialogów czwórki i reżyserującego kręcony wtedy na bieżąco film Michaela Lindsaya-Hogga.

Natomiast purystów automatycznie zbulwersuje cover art: słynna, ikoniczna okładka, która zainspirowała multum czterodzielnych obrazków, od Hot Space, przez Remain In Light, po The Best Of Blur została wymieniona na zupełnie nowy, szarawy artwork, przyjemny na swoich prawach, ale przecież inny. Naturalnie, fakt ten może być żelaznym argumentem na teorię, iż "są rzeczy których niema" (Daro booeoeoeosss), a cała ta akcja z Let It Be... Naked to legalna porażka.

Ostatecznie jednak, oceniam tu materiał wypełniający podstawowy dysk, a nie kontrowersyjną być może dla kogoś ideę (i jej szczegółowe aspekty) reedytowania w całkowicie nowej postaci klasycznej płyty sprzed ponad trzech dekad. I przy całej swojej genialności, materiał ten ma własne przemówienie, niezależne od opakowania, w które go odziejemy. Rozważania nad bezcelowością wypuszczania tej wersji są zbędne: każdy wierny wyznawca nabędzie ją choćby po to, by mieć własne zdanie w dyskusji. Zauważyłem tylko, że autorzy (a przynajmniej ich lwia część) artykułów komentujących Let It Be... Naked rozmijają się z sednem sprawy, wstukując potworne ilości znaków krytykujących ingerencję w materię zamkniętego dzieła, będącego częścią mitycznego dorobku rocka. Stąd zapominają o oczywistym. To są bezskaźne piosenki bezskaźnych artystow i jeśli kogokolwiek wcześniej niezainicjowanego, o zdrowych uszach, skonfrontowalibyśmy dziś z nimi, spornie skutek pozostałby identyczny z tym, jak na ich medialną premierę reagowali słuchacze w roku 1970. Albo przechodnie wobec tamtego słynnego występu na dachu budynku wytwórni. To dobre, ja znam.
(Porcys, 2004)

Love (2006, rock psychodeliczny) 5.0

Rozpoczyna "because the world is round, it turns me on", na głosy, a capella. Po chwili ciszy niepokojący, apokaliptyczny pomruk, który okazuje się być rewersem pogłosu wieńczącego decrescendo "A Day In The Life" narasta złowrogo, by wybuchnąć startowym akordem "A Hard Day's Night". (John Oswald wpadł na tę kombinację dawno temu.) Perkusyjne "solo" Ringo z "The End" prowadzi do właściwej wersji "Get Back", podkręconej szumem rozentuzjazmowanej widowni. I tak dalej, przez prawie osiemdziesiąt minut. Z czysto muzycznej, "sonicznej" perspektywy, słuchanie Love wprowadza w stan błogości. W sensie, dajcie że spokój – tracklista zawiera "I Want To Hold Your Hand", "Help!", "Eleanor Rigby", "LSD" czy "I Am The Walrus"! Słyszeliście kiedyś "I Am The Walrus"? Na pewno słyszeliście. No więc jak według was coś co posiada "Walrusa" może być słabe? Nie może. Więcej nawet – każde wybrzmienie, każdy wers, każda zaśpiewana zgłoska są jak przepustka do nieba, bo nagrał ją najwybitniejszy zespół wszechświata. W tym sensie nie można odmówić Love pewnej magicznej jakości, która wynika z nadprzyrodzonych właściwości materiału źródłowego.

Problem polega na operacjach przeprowadzonych na tym materiale. I wcale nie w aspekcie technicznym, ponieważ robota wykonana przez Martinów zachwyca precyzją montażu i nawet sporą wyobraźnią – przejście z "Benefit For Mr. Kite" do riffu "I Want You", wstęp do "Yesterday" w postaci intra "Blackbird" albo nałożenie "Within You Without You" na "Tomorrow Never Knows" to przykłady na sprawność i pomysłowość edycyjną. Powstaje jednak sakramentalne pytanie "po co?" – bowiem od strony artystycznej, żonglerka fragmentami różnych utworów Bitli prowadzi do nikąd. Nie wypowiadam nawet słowa "profanacja", które w dobie takich "arcydzieł" jak The Grey Album czy wykonanie piosenki "Back In The U.S.S.A." z telewizyjnej audycji "Idol", straciło swoją wagę. Nie zaprzeczam też idei mashupów – uważam że funkcjonują one jako piękna diagnoza dzisiejszej kondycji popkultury i często potrafią dokonać zachwycającej rekontekstualizacji użytych składników (Greg Gillis, na ciebie patrzę). Ale właśnie. Przemieszanie (choćby i wirtuozerskie) ze sobą numerów Wielkiej Czwórki zwyczajnie nie działa. Nie rodzi się nowa jakość, nie wnosi to nic do mitu zespołu, nie zmienia perspektywy na jego dokonania. Każdy może sobie otworzyć Adobe Audtion, a następnie przygotować własny miks na podstawie tych kompozycji – i nie dajcie się ogłupić że pieczę sprawował nad tym przedsięwzięciem człowiek który uczestniczył wraz z chłopakami w ich studyjnych eksperymentach, jeden z najlepszych producentów w dziejach. Krążą plotki, że jest już kompletnie głuchy.

Dlatego spójrzmy prawdzie w oczy: Love to pierwsza pozycja w oficjalnym katalogu Beatlesów, która jest zwyczajnie zbędna. Trzyczęściowe Anthology pozwalało wniknąć w atmosferę sesji i alternatywne take'i klasycznych hitów – wartościowa rzecz jeśli pamiętamy, że grupa aranżowała na wiele różnych sposobów te same tune'y. 1 ukazywało chartsową historię formacji i była gratką dla tych, którym żal było zawsze wydawać kasy na te kompilacje singli ze zdjęciami na balkonie – 10 na 27 tytułów nie pochodziło z żadnego regularnego longplaya. Z kolei Let It Be... Naked prezentowało McCartneyowską wizję albumu, który przeszedł wcześniej do legendy – i jeśli zżyłeś tymi songami przez całe lata, to nie możesz ich nagle źle oceniać w odchudzonych, bez-smykowych opracowaniach. Lecz Love? Trudno mi zrozumieć do kogo skierowano to wydawnictwo. Ci znający repertuar Fabsów na pamięć nie odnajdą tu niczego nowego. Ci nie znający repertuaru Fabsów na pamięć niech sięgną wpierw po ten repertuar. Love, ujmując rzecz w skrócie, to skok na kasę. Treściowo, zasługuje na 10.0. Formalnie i ideologicznie – na 0.0.
(Porcys, 2007)

***

równiutko 7 lat po ukazaniu się remasterów wszystkich studyjnych dzieł Beatlesów na rynek wjeżdża ostatni skarb z ich dyskografii, który dotąd nie był oficjalnie dostępny na CD i cyfrowo (oczywiście wersja "japanese import" istniała, a jakże).

to poszerzony zestaw live z dwóch występów w Hollywood Bowl zarejestrowanych w 1964/1965, pierwotnie opublikowany w 1977, który teraz promuje nadchodzący dokument Eight Days a Week w reżyserii Rona Howarda.

mam do tego wydawnictwa sentyment, GDYŻ był to w ogóle jeden z pierwszych winyli, z jakimi zetknąłem się jeszcze jako berbeć. według legendy rodzinnej mój ojciec dostał go w prezencie od swojego ojca, czyli mojego dziadka, który przywiózł płytę z Londynu.

dlatego materiał ów (mniej lub bardziej świadomie) zawsze uważałem za wzorzec dla każdej koncertówki na świecie, a ostatnio wręcz traktowałem jako rodzaj nagrania instruktażowego przed wykonami z Beatles For Sale.

jeśli kogoś ominęło, to zachęcam -
kawał power-popowego wymiatania live i tylko szkoda, że zrezygnowano z oryginalnego projektu obwoluty, bo był dość charakterystyczny i ładny.

***

"Paul's broken a glass, broken a glass. Paul's broken a glass. A glass, a glass he's broke today". od paru dni "Antologia" Beatlesów w serwisach streamingowych. abstrahując od mitologii i "skracając dystans" - wiadomo po co jest "Antologia". po to żeby usłyszeć zespół w trybie roboczym. porównać słynne "oficjalne" wersje z alternatywnymi wariantami i wykonami live. sporadycznie odnaleźć jakąś perełkę wsród odrzutów. jednak to materiał potężny objętościowo - aż 6,5 godzin nagrań. więc proszę - taka oto plejka na start dla nowicjuszy w temacie. 40 tracków z "Antologii" w których wg mnie czai się najwięcej zaskoczeń i rewelacji.
(2016)