B. BRAVO

 

Computa Love (EP) (2010, modern funk) !6.6

No i proszę, mocny prztyczek w nos dla tych, co niedorzecznie sugerowali, że Dam-Funk nie ma swojego stylu, bo D'Angelo i reszta Soulquarians robili to wcześniej. Tymczasem ten tu gamoń (albo chociażby Krystal Klear) to przecież czysty Riddick. Nie neo-soul, nie Prince, nie g-funk - tylko Riddick właśnie. Od pierwszych dźwięków słychać, że (też pochodzący z Kalifornii) Bravo naśladuje WRAŻLIWOŚĆ Riddicka, a nie tylko jego patenty produkcyjne. Gdybym nie znał nazwy, to strzelałbym: kolejne odrzuty z Toeachizown? Czy coś nowego Damon wysmażył? Przy okazji to również całkiem obiecująca EP-ka, aczkolwiek przed gościem stoi zadanie: odnaleźć własny idiom.

 

BALLET SCHOOL

 

"Heartbeat Overdrive"
Po pierwsze rozmawiałem sobie dwa tygodnie temu z nowo poznanym ziomem, notabene mega mózgiem od komponowania posranego, acz urodziwego popu. Ów jegomość jasno się wyraził, że dla niego najwspanialszym trickiem w songwritingu jest ekspozycja tej samej linii wokalnej (albo jakiegoś wiodącego motywu instrumentalnego, whatever) na tle wielu różnych podstaw akordowych. I oczywiście jego deklaracja momentalnie trafiła na podatny grunt. Nie ma, nie ma, nie ma lepszej rzeczy, bardziej elektryzującej me przekaźniki słuchowo-mózgowe, niż odegranie tej samej melodyjki co najmniej dwukrotnie, za każdym razem w obecności innej funkcji harmonicznej (btw Lyle Mays kiedyś udowodnił, że przy odpowiednio dobranych dźwiękach ilość takich funkcji może być "pozornie nieskończona", ale to już była jebaniutka sztuczka magika, o której jeszcze przyjdzie się kiedyś poprodukować).

Po drugie zgadywaliśmy na Heńku ze znajomymi swoje spontanicznie ulepione w pamięci top 10 ulubionych wykonawców. Ten moment gdy mówisz, że "yyy, Prince nie, bo jakieś #15", "uuu, Smiths nie, bo jakieś #37", "ooo, Blur nie, bo jakieś #53"… psychodelia trochę. No ale skoro dycha, to dycha. Ja na #9 miałem Cocteau Twins. Nie będę się tłumaczył, nie będę się rozwodził, zresztą póki co... (…insert suchar here). Po prostu jest to jedna z niewielu kapel, których przypadkowa b-strona potrafi wywołać u mnie wrażenie obcowania z capsowanym PIĘKNEM. "I niech tak pozostanie".

Po trzecie słucham chyba po raz dziesiąty w przeciągu ostatnich 30 minut tego wałkonia Ballet School i generalnie zdaję sobie sprawę, że trąbię o tym na lewo i prawo od paru tygodni, ale niestety muszę się powtórzyć: O ŻESZ KURWA CO SIĘ DZIEJE W NOWEJ MUZYCE W 2013 ROKU. Właśnie usłyszałem jeden z najśliczniejszych refrenów dekady, który brzmi jakby duet Classixx zamiast cytować "Seven Wonders", zabrał się za remiksowanie Liz Fraser z Heaven…, polegające na przyśpieszeniu wokalnego sampla i poszatkowanie go Typowym Bitem rodem z imprez pt. "AM Radio grają jak kiedyś" (w sumie na papierze wychodzi z tego nieformalny hymn eventu "Chcemy Przywrócenia Jadłodajni Filozoficznej", c'nie Marcin?).

Po czwarte, przy całej nudności tego osobistego wyznania, to kiedy panna zaczyna po raz drugi swoje delikatnie orgazmiczne jęki ("heey.. haaa..") na 1:45, pod ZUPEŁNIE inne akordy, niż w pierwszej i późniejszej trzeciej wersji refrenu, to wtedy, to właśnie wtedy moi kochani, to właśnie właśnie wtedy rozgrywa się sens muzyki pop. Podobnie jak w ubiegłorocznym "Ghost Tonight" Chairlift (tam mimikra Kate Bush, dla odmiany), ten akrobatyczny chorus FRUWA i spogląda z góry na resztę piosenki, owładnięty błogością. Upojnie szkliste arpeggia gitary zabezpieczają ten lot od dołu, a giętkie muśnięcia basu droczą się z nimi po skali jak świrnięte. Czuć pełen komfort, wzajemne zrozumienie, chemiczny interplay. Także ten. Idealne piękno jest fajne. Nie pozwólcie, by wmówili Wam, że nie jest.

A po piąte, zakończę rymowanym dwuwierszem, wspaniale wychwyconym ostatnio przez kolegę:

ZAWSZE WARZONE
W BROWARZE ŁOMŻA
(Porcys, 2013)

 

BANANARAMA

 

"Venus"
Śmieszna nazwa grupy, szczególnie biorąc pod uwagę, że był to girlsband. Sama piosenka przeciętnemu telewidzowi skojarzy się zapewne z reklamą Gillette dla kobiet, w której trzydzieści modelek w strojach bikini macha przed kamerą ogolonymi nogami. Ale to niewątpliwie byłaby profanacja. Bo pierwszą wersję "Venus" nagrali w 1969 roku Holendrzy z Shocking Blue, całkiem przyzwoitej rockandrollowej kapelki. Inne numery Shocking Blue, które doczekały się uwspółcześnionych przeróbek? Choćby "Love Buzz", sponiewierane przez Nirvanę na Bleach. (Ale to jest dobry cover, dlatego na niniejszej liście zabrakło dla niego miejsca.) Inne numery Bananarama, które stały się przebojami? Na przykład "Manic Monday", z jednym z najbardziej ambitnych tekstów w historii muzyki pop: "It's just another manic monday / Ooh Ooh Ooh / I wish it was sunday". A nie, przepraszam, to Bangles. Inny girlsband. Podobna nazwa.
(Porcys, 2003)

 

BARRY WHITE

 

Sho' You Right

"posłuchajta Barry White'a..." 
(M. Niedźwiecki)

"One starry night / I saw the light / Heard a voice that sound like Barry White / said 'Sho you right'"
(MF Doom)

kolejne trzydziestolecie, a właściwie "1987: Odyseja Singlowa", ciąg dalszy. chociaż promował album The Right Night, to nie był żaden hit, ale niejako "z urzędu" trafił na wydaną rok później składankę The Collection. z niej na dość wczesnym etapie edukacji poznałem to nagranie i dopiero dziś dostrzegam, jak bardzo ukształtowało ono moją muzyczną percepcję.

w maszynerii plastikowego aranżu każdy komponent zazębia się precyzyjnie. fabryczny loop bębnów, staccato dęciaki z klawisza, inteligentne start/stopy synth-basu który przemawia oszczędnie, ekonomicznie, acz "w punkt". no i puszczona samopas solowa gitara, co i raz powracająca do przeszywającego, "emocjonalnie dotkliwego" riffu przewodniego, równie tutaj doniosłego co linia wokalna.

a wokal... przez cały numer harmonizują tu dwa osobne głosy, co antycypuje eksperymentalne zabiegi Bowiego i Scotta Walkera z lat 90. uff – razem to "gąszcz, że szpilki nie ma gdzie wetknąć", a wtedy jeszcze nie byłem w posiadaniu Remain In Light. tak hartowało się moje zamiłowanie do repetycji – poprzez zapętloną konstrukcję bez refrenu, a może właśnie z refrenem konstytuującym całą formę.

w porównaniu do słynnych szlagierów White'a to także piosenka podejrzanie mroczna i rezonująca jakąś dźwiękową tajemnicą, co celnie streszcza fragment tekstu: "This magical moment, we're gonna make it last / We won't go too slow, won't go too fast". to utwór o impulsywnym wyznaniu z serii "nietrzeźwość desperacji", trochę "eerie", trochę "creepy", a ostatecznie po prostu wywołujący dreszcze ilekroć do niego wracam.
(2017)

BASIL KIRCHIN

Worlds Within Worlds (1974)

Mierzi mnie czasem sprowadzanie estetyki vaporwave'u do puszczania hitów z 80s i 90s w żółwim tempie. Że niby wystarczy ustawić "Africę" na prędkość 0.5 i voila. Oj, życie nie jest takie proste. Ale załóżmy, że na zasadzie pewnego "skrótu myślowego" przyjmiemy za legalną taką metodę po linii "Chucka Persona". Spowolniona melodia uruchamia w nas pewne nieuchronne procesy percepcyjne – nawiedza alternatywnym, ponurym wariantem przeszłości, kusi miękkim podbrzuszem skrytym pod stockową powłoką i takoż kreuje światy w światach (a może po prostu Świat Światów). Dziś ta strategia jawi się banałem, ale to Brytyjczyk nazwiskiem Kirchinsky ("nasi tu byli") jako pierwszy użył jej "explicite" jako podstawowego środka wyrazu i BUDULCA quasi-drone'owego malarstwa. Dźwiękowy horror drugiej części Worlds Within Worlds z 1974 roku (nie mylić z "concrete frytą" na "jedynce", rok 1971, gdzie sopran umęczył Evan Parker) to kolaż wyhamowanych, ledwo ruchomych śladów trąb i organów oraz odgłosów wydawanych przez autystyczne dzieci (proto-MHTRTC? 🤔). Mówię o tym wszystkim dlatego, że łatwo wskazać tu początek creepy eksperymentów Nurse With Wound i reszty industrialnej arystokracji, ale ostatnio wróciłem se do Eccojams Vol. 1 i wiecie, wielka szkoda że Basil Kirchin nie dożył (zmarł pięć lat wcześniej).

całość – https://www.youtube.com/watch?v=wMtqezEMe-0 (evocative moment: jeeeest jeeedeeeeen taaaakiiiii dłuuugiiii w śrooodkuuuu...)

BATTIATO


Battiato

Sycylijskiego polimata (liznął ambientu, synthpopu, Eurowizji, nowej fali, opery, jazzu, filmu i malarstwa – ...) większość osób kojarzy pewnie z autorskiego ujęcia progresywnej elektroniki na albumie Clic (btw Clic, a nie Click – błąd również i w polskiej literaturze powielany NADTO często). I słusznie, bo to pozycja warta sprawdzenia, zresztą w obu wersjach tracklisty (funkcjonują niejako dwa odmienne wydania). Natomiast dla mnie kwintesencja fillozofującego Battiato to jego self-titled z 1977. Ignorowana, bagatelizowana i kompletnie nieskumana "instalacja płytowa", która przez prawie czterdzieści minut stoi na "balustradzie muzyki" i waha się, czy nie skoczyć. Nawet Eno nie dotknął zagadnienia tak fundamentalnego, jak Francesco w pozornie naiwnym, wypełniającym stronę A "Za", gdzie kompozytor "siedzi za pianinem" i próbuje rozpocząć "normalną" narrację motywiczną, ale jakby zatrzymuje się na powtarzanym w nieskończoność akordzie bazowym, stopniowo poszerzanym o dodatkowe składowe. Efekt brzmi jak wielki praprzodek minimalistycznego eksperymentu Terre Thaemlitz z "Meditation on Wage Labor and the Death of the Album", o którego wykonaniu live pisałem kiedyś:

"...moja percepcja odruchowo przestawiła się na kontemplowanie okoliczności towarzyszących muzyce – na otoczenie oraz moje własne odczucia. Zauważyłem mianowicie, że skoro w muzyce nie zmienia się właściwie nic (poza pysznie skądinąd zniuansowaną dynamiką pacnięć w klawisze), to dużo zaczyna zmieniać się we mnie. (...) Te same łagodne akordy fortepianu wciąż zmieniały swój odcień i rezonans. Z początku wybrzmiewały neutralnie, jakby skryte, wycofane i przeźroczyste. Potem nabrały rumieńców, wywołując dyskretną nostalgię, tęsknotę, melancholię. Przechodziły też zaskakującą fazę strachu, terroru i horroru. Aż w końcu zaczęły wyrażać nieskończoność. (...) Każda kolejna sekunda była nie tylko do przewidzenia, ale była nieunikniona, nieodwołalna, nieubłagana. (...) Pomyślałem, że właściwie słucham tego utworu 'w obie strony'. W przód i w tył. Wtem olśniło mnie, że nie ma tu żadnych stron. Jest tylko pewien stan – i on się już nie zmieni" (cały artykuł tutaj).

Dojmująca i przenikliwa empiria niemocy, niewiary we własne siły towarzyszy temu seansowi. Autor zadaje być może najważniejsze pytanie w przebiegu procesu twórczego: CZY WARTO. Czy warto iść dalej, czy jest sens budować ten utwór, dokładać kolejne fazy. "Czy istnieje muzyka po Oświęcimiu". Stopniowo udaje mu się znaleźć odpowiedź – "a tooo już potrzymamy was w niepewności" ("Battle w radio"); dość, że sam raz też doszedłem do zbliżonych wniosków na poziomie metody. A skoro tego krążka wtedy nie znałem, to Il Maestro automatycznie traktuję jak bratnią duszę. Zwłaszcza, iż strona B ("Cafè - Table - Musik") oferuje bezbłędnie zmontowany kolaż zmanipulowanych ludzkich konwersacji, zapętlonych pasaży rzewnego fortepianu w wykonaniu profesjonalnego poważkowca Antonio Ballisty i operowego sopranu Marii Salvetty – można doń poprowadzić linię od Nuno Canavarro, The Books lub "Pick Up If You're There" Mercury Rev. Battiato żyje i stanowi realny symbol muzycznej syntezy ponad szufladkami. Nastawcie ów longplay na dobranoc, a nada waszym uszom nowy sens odbioru, wyostrzy zadumę i dostroi duszę.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=DujIJlGQlik (evocative moment: próba "bycia normalnym" przez konstruowanie melodii w ostatniej minucie łamie mi serce)
(2018)

 

BEACH HOUSE

 

Beach House

Devotion

Teen Dream (2010, nu-indie) !5.3

Już myślałem, że nic z tej pary nudziarzy nie będzie. I zaczyna się jak najgorzej, od naśladowania Funeral, przeterminowanego już parę lat temu. Ale w końcu takie "Norway" usprawiedliwia etykietkę "dream pop", będąc jednocześnie ładną i całkiem oryginalną piosenką. A i później bywają momenty, no, momenciki. Słuszny kierunek; szkoda, że tylko kierunek.

 

BEANIE SIGEL

 

The B.Coming (2005) 6.9

Zainteresowani kojarzą, że filadelfijski raper musiał się szybko uwinąć z nagraniem tego (trzeciego w karierze) albumu, bo goniła go odsiadka za śmiertelny postrzał w brzuch. Więc skoro zgorszone mazgaje przeszły już do lektury następnego brudnopisu, to mogę piać, bo The B.Coming – zwłaszcza w pierwszych 2/3 materiału – zachwyca. I to, jak na moje uszy, bardziej niż Kanye ostatni. Ponoć zatroskany, wiecznie znerwicowany Beanie nie pasuje tekstowo do wyluzowanej ekipy R.O.C., natomiast muzycznie to klasyczne Fella jest tu punktem wyjścia – firmowo nowojorski sound, równie ścisły, co melodyjny (repetycje miękkich pop/funk/soul/smykowych sampli + twardo stukające bity). Tylko, że wędrując w kierunku abstrakcji można zajść w rejony wręcz przejmujące. Weźmy "Feel It In The Air" – od trudno definiowalnego kolażu, którego głównymi składnikami są 3 pastelowe nuty saxu i dramatycznie zakończony zakrzyk kobiety, przeszywają ciarki. Jest w tym i nostalgia za bezpowrotnie utraconą przeszłością, i podskórny strach/paranoja, i dziwny spokój, że wszystko będzie spoczko. Temacik towarzyszy nawijce przez cały numer. Genialne.

Swingujący sprytnie "Bread And Butter", post-G-funkowe party ze Snoopem i Neptunes "Don't Stop", zwieńczone stylową harmonią r&b w refrenie "Purple Rain", bounce'ujący złowrogo "Gotta Have It", rasowy duet z Jay-Z "It's On" czy wreszcie urokliwy hicior-ballada (łudząco przypominający "Why Can't We Fall In Love" Amerie) "I Can't Go On This Way" – how could you fuck with these tracks? I nawet toporne, gangsta-uliczne "Flatline" jedzie. A Beanie należy do rodu MCs, którzy przekonują słuchacza barwą głosu i nie ma to tamto – trzeba mu wierzyć. Ponadto, kilkakrotnie fajowo cytuje Biggiego (de facto wzorzec nad-sugestywnego timbre). Razem składa się to na jedną z czołowych ofert hip-hopu roku ubiegłego – może nie o jakości historycznej, lecz na pewno urodą i bogactwem odsadzającą przereklamowanego współ-zioma z labela Cam'rona, którym to gagatkiem zajmę się może za kilka tygodni. A naczelna wada? Standardowo, jak to u niggaz – czas trwania. Standardowo ponad godzinę. Nasir Jones wiedział co robi, skracając swój debiut do 39 minut. Oj wiedział. Gdyby Beanie miał nieco mniej dni przed więzieniem...
(Porcys, 2006)

"Don't Stop"
Wielbiciele sensacji oznajmiają ściemę, węsząc ten sam loop co "Gangsta Lean" Clipse. Jak już mówiłem, sedno Neptunes to ściąganie z samych siebie przy ciągłej reinterpretacji używanych składników. Dźwięczne perkusjonalia, chłodna ściana klawiszy urywana w pół bitu i pukające kotły – skąd my to znamy. Więc czemu tak wymiata?
(Porcys, 2006)

 

BEAUTY PILL

 

The Unsustainable Lifestyle (2004) 7.0

Zosia strasznie lubi tę płytkę. Pisała nam przed wieloma miesiącami: "ta plyta naprawde mnie mozna powiedziec oczarowaala. wciaga i urzeka prostymi wydawaloby sie srodkami, bez zadnych efektow specjalnych. jedna z plyt, o ktorych do konca nie wiemy wlasciwie, dlaczego jest taka zajebista". Ech, Zosiu, kiedy zaczniesz używać polskich znaków? Naturalnie, ja jestem (w przeciwieństwie do elektro-Zosi) punkowcem z krwi i kości, toteż podszedłem do Beauty Pill z miną mądrali gotowego wytknąć im archaizmy i co? I muszę cholera przyznać, że to 100% moja drużyna: East-Coast American post-hardcore-pop wydany pod chorągwią Dischord, a wiec po-jawboxowe i po-smartwentcrazyowe granie. Zresztą check faktografię i okaże się że to ekipa na zgliszczach Smart Went Crazy założona, a Chada Clarka możecie jeszcze kojarzyć ponieważ współprodukował taki albumik Emergency & I.

Ale nie że style over substance, wręcz odwrotnie. Numery w rodzaju sztandarowych dla estetyki albumu "Goodnight For Real" czy "The Mule On The Plane" są tym, czym powinien być bieżący niezal, ale nie jest. Kopią w tyłek z siłą klasycznych actów z 90s, ale inteligentnie, jakby ze świadomością, że za nami już post-rock, że za nami, już. Clark to mózg przedsięwzięcia, lecz laska śpiewa aksamitnie co drugi track, a w ogóle są dwie laski w składzie i murzyn na dodatek. Bogactwo! No i kontrola każdego muśnięcia struny, a nie jakiś bałagan, typu irytujące dysharmonie Wolf Parade wynikające z braku umiejętności harmonizacji. Surely babe, Beauty Pill mają oko na najmniejszą partię wiosła i nawet patrzą jak się ta partia ma do innych, co dziś już powoli odchodzi do lamusa, duh. Plus, są w stanie zapodać wodewilową parodię rapu w "Won't You Be Mine" oraz sparafrazować linię ze wstępu "Till There Was You". Reasumując, wolę Lifestyle od Sonic Nurse, jeżeli komuś coś to powie.
(Porcys, 2006)

 

BEENIE MAN

 

"Girls Dem Sugar"

"Za-ga-za, Neptunes make number one tune, yeah", uprzedza Beenie Man. Nie musi. Zanim wypowie tę rekomendację, pławimy się już w najmocniej zapadającym w pamięć start/stopie, jaki Pharrell i Chad wymyślili. Brzmi to jak kukułka informująca o tym, iż minęła równa godzina – tyle, że zbudowana w XXII wieku. Eksperckie świsty i szumy eksplodują gdzieś na boku. Prawdziwym skarbem "Girls Dem Sugar" jest niejaka Mya. Możecie kojarzyć ją z kolektywnej (wspólnie z Aguilerą, Lil' Kim, Pink i Missy) wersji "Lady Marmalade" (film Moulin Rouge) albo nieskrępowanych i rozwiązłych w przekazie (na przykład: "My sex is like / WOW! / My ass is like / WOW!") własnych kawałków r&b. Jej melodia "If I could be your giiiiiiirl" prowadzi do nieba i wynajduje (3 lata wcześniej) końcówkę boskiego refrenu "Protect My Heart" Kelis – lecz zamiast zdekonstruowanej dynamiki, unosi się tu lekko i wstydliwie pośród strzelających strzępków bitu. Normalnie brak słabych punktów, kochani. MIAZGA.

TI feat. Beenie Man, "I'm Serious"

Charakterystyczne "za-ga-za" Beenie Mana, którym epatuje za każdym razem gdy stoi przed mikrofonem, pojawi się jeszcze w naszym zestawieniu i to nie raz. Za TI nie przepadam, natomiast ten tytułowy fragment jego debiutu... Kiedy fani opowiadają, że Neptunes kreują soniczne hologramy sci-fi-hopu i potrafią samymi barwami instrumentów przedstawić widok oddalającej się planety z pokładu statku kosmicznego – takich właśnie argumentów używają na poparcie tezy. Fart-bass, elektroniczna dioda na wysokich tonach i coś w rodzaju przelewającej się fali metalicznie rezonującej biżuterii skutecznie odwracają uwagę od emcee. 

"Feel It Boy"

Jakże pozytywny jest Beenie z tym swoim "za-ga-za-ga-za-za". Wyraźny start/stop rytmu i prawie-szeptany voice Janet przyprawiają "Feel It Boy" o aspekt nocno-erotyczny, bez wysilania się i spinki. Faktycznie, gdyby wybierać z tej 40-ki tracki stricte łóżkowe, ten duecik okupowałby podium. Reszta? Czysta ekonomia, nawet bez podziału na zwrotkę i refren. Sączony powoli, seksowny strumień świadomości z błyskotkami w świetle księżyca.
(Porcys, 2006)

"Who Am I (Sim Simma)" 

Oficjalnie finiszując z trzecim sezonem muszę jeszcze uhonorować inną (poza Kellmanem) osobę, której wpływ na krytykę muzyki popularnej ostatnich 20 lat trudno przecenić. Chodzi oczywiście o – surprise, surprise – Simona Reynoldsa. Wszędobylskiego, wszechstronnego, nienasyconego w obsesyjnym dążeniu do uchwycenia sedna. A może zwyczajnie penetrującego muzyczną krainę z innej perspektywy – nie "wzdłuż", a "wszerz" – i dzięki temu zdolnego konsekwentnie "przekraczać samego siebie" w porywających rozkminach i drobiazgowych opracowaniach. Grzebanie w zapiskach Reynoldsa o muzyce lat 90. to niewyczerpywalne źródło małych i wielkich olśnień. A embedowany tu kawałek to zaledwie kropla w morzu zjawisk, które ten badacz sportretował.

Nie żeby ów numer i postać self-declared "króla dancehallu" były w jakikolwiek sposób nieznane lub zapomniane. Zresztą po raz pierwszy natrafiłem nań w połowie lat "zerowych", gdy eksplorowałem producencką dyskografię Neptunes – i wtedy pozwoliłem sobie skrobnąć parę zdań o "I'm Serious", "Feel It Boy" oraz "Girls Dem Sugar" z boskim performensem Myi. Ale czym innym jest "Who Am I" w funkcji jednego z dancehallowych hymnów (#6 na liście kluczowych piosenek tego genre według Pitchforka), a czym innym dekonstrukcja "Who Am I" w duchu metody kontinuuów i innowacji, za pomocą której Reynolds wskazuje, że to po prostu modernistyczny pop czystej wody. A zatem riddim riddimem, lecz miejmy świadomość, że to mógł być najbardziej futurystyczny worldwide hit 1997 roku. 

I tym humorystycznym akcentem niniejszym ponownie zawieszam nasz fikcyjny serial. Sponsorem programu był producent napoju "Zbyszko – Trzy Cytryny".
(2017)

 

 

BEN FROST
 

By the Throat (2009, ambient/drone) !6.2

W spokojniejszych fragmentach budzi się aura łudząco podobna do poetyckiej, zrezygnowanej stagnacji Bark Psychosis. Ostrzejsze zaś wpisują się sprawnie w post-Fenneszowy krajobraz laptopowej pre-degeneracji.

BERNARD PARMEGIANI

De Natura Sonorum

"Parmegiani's music is so cheesy ! LOL !". Drodzy Państwo, ja już na tych stronach wspominałem Rudnika, Dockstadera, Kirchina czy Throbbing Gristle, więc cóż mogę nowego dodać o elektroakustycznej poezji niemal namacalnego "czystego dźwięku"? Są pewnie tacy zawodnicy, co to w słoneczny poranek zapuszczają do śniadania muzykę konkretną. Ja do nich nie należę, acz nie mogę nie pochylić się nad sonorycznym gąszczem i strukturalnym porządkiem prawdopodobnie szczytowych osiągnięć AKUZMATYKI, do których należą ten krążęk i jego następca Dedans dehors. Znajdziecie tu zachwyt nad ulotnością i dematerializacją bytu, tortury i horror, pokiereszowane "mięso taśmowe" i zarazem "masaż intelektualny" w chirurgicznie stoickim poprowadzeniu narracji. Autechre circa Confield, Olivia Block i cała dyskografia Matmos praktycznie nie istnieją bez tych zmutowanych kolaży brzmień pochodzenia naturalnego i elektronicznego, które odznaczają się taką precyzją pasmową, że spokojnie mogłyby służyć za równie wiarygodny TESTER dla audiofilskiego sprzętu, co nagrania Steely Dan czy Jamiroquaia.

całość: https://www.youtube.com/watch?v=c_JHjUFfOs8 (evocative moment – samo zakończenie, ostatni dźwięk, industrialny odpowiednik finału Rock Bottom, ale żeby go docenić, to trzeba właśnie przebrnąć przez całość)
(2018)

 

BIFF

 

ANO (2009, pop/rock) 6.1

Jeśli usłyszysz "Ślązaka" w radiu, z drugiego pokoju, zmieszanego z warkotem sokowirówki, bulgotem pralki i szczebiotem TV prezentera - to będziesz miał mylny obraz tego kawałka (irytujący voice, quasi-komediowy, pretensjonalny tekst, nieco głupawa wibracja). Dlaczego? Bo umknie ci bas. Usiądź w ciszy, załóż słuchawki i puść piosenkę raz jeszcze. Fenomenalny bas refrenu ukaże go w nowym, olśniewającym świetle. Harmonia między tym basem a hookiem wokalu = absolut. Bez basu to tylko kolejny numer na listę Trójki, do zapomnienia, nawet trochę męczący. Z basem to jeden z najzajebistszych polskojęzycznych singli 00s.

 

BILL EVANS

 

Sunday at the Village Vanguard

OK, a więc wyobraźmy to sobie – wczesne lata sześćdziesiąte, dokładnie rok 1961, czerwiec, dokładnie druga połowa czerwca... a niech to, dokładnie 25 czerwca, a więc DOKŁADNIE 56 LAT TEMU (!) co do dnia. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie jesteśmy w Nowym Jorku – wieczór w jakiejś ekskluzywnej, fancy restauracji z muzyką na żywo i z takimi charakterystycznymi dla epoki lampkami na stolikach. Sceneria trochę jak podczas randki Dona Drapera z aktoreczką Bethany Van Nuys w czwartym sezonie. Czyli "eleganckie kobiety w pięknych tutaj toaletach, eleganccy mężczyźni – białe koszule, wspaniałe krawaty". I oprawa dźwiękowa, która czyni cały klimat. Niby dyskretnie, neutralnie, acz z niebywałym wyczuciem chwili, nastroju. Nie mam pojęcia, czy właśnie tak tego dnia wyglądało wnętrze klubu Village Vanguard, ale przynajmniej w ten sposób brzmi to odtwarzane dziś z taśmy. I możecie się czepiać, że z technicznego punktu widzenia Evans, LaFaro i Motian grają tu "do kotleta" (zwłaszcza jeśli słyszycie odgłosy filiżanek i sztućców w miksie – true story). But what's wrong with that? Mozart też był dżobowiczem. Albo z bliższych analogii – osobiście doświadczyłem Namysłowskiego czy Muniaka popylających rozrywające sola z głębi duszy w towarzystwie gości pałaszujących schabowego z ziemniaczkami i popijających to procentami. Kontekst jest niczym, jeśli dźwięki serwowane do drinków i dań mają tak rewolucyjne właściwości.

Zresztą inna sprawa, że Evans przejawiał eksperymentatorskie skłonności – sceptykom polecam Conversations with Myself oparte na metodzie overdubów fortepianowych ścieżek, rodzaj kontynuacji radykalnych rozwiązań Lenny'ego Tristano. Ale rozpatrując tylko ten mityczny występ (z którego wykrojono też niemal równie wciągający zestaw Waltz for Debby) – niełatwo wyobrazić sobie bez niego dalszą historię układu piano-bas-perka. Wiele już powiedziano o niewidzialnej nitce łączącej grę Evansa i LaFaro (notabene kompozytora tutaj przepięknych dwóch spośród sześciu tracków), o telepatycznej jakości ich instrumentalnych dialogów i o nieostrym podziale na akompaniament/sola – czyli o tzw. "równouprawnieniu" sekcji LaFaro-Motian wobec wiodących pasażyków Billa. Lecz te ostatnie szczególnie budzą niemy zachwyt. Od razu słychać to, co zapowiadały już dostojne partie na Kind of Blue. Facet najwyraźniej INACZEJ traktował klawiaturę, inaczej wydobywał z niej rezonans, "pieszcząc ją przy każdym kontakcie (sorry za nawiedzony infantylizm, ja tylko MÓWIĘ JAK JEST)". Jego porównywana do harfistów artykulacja, jego pieprzone białasowskie harmonie podpatrzone u francuskich impresjonistów i zindywidualizowane podejście do samych przewrotów – to spowite "błękitną poświatą" miękkie strofy poetyckie, a nie żaden kotlet. "While they can be criticized for inspiring too many mediocre Evans-like bands, this is the real thing, and it is nearly perfect".
(2017)


BILLIE

"Girlfriend"

Dziś na Carpigianim kolega Wojtek tęsknie i czule skomentował "Wild Horses" Prefab Sprout. Jak zwykle notabene – powinien kiedyś zebrać te blurby do topu wszech czasów w jednym miejscu pod tytułem "przewodnik po arcydziełach popu dla ósmoklasistów" czy coś w ten DESEŃ.

Natomiast po lekturze nie ukrywam – niepokoi mnie, że powoli termin "poptymizm" traci oryginalne konotacje i co gorsza przez to w potocznym dyskursie rozmywa się cały sens tego konceptu. Pierwotnie była to antyteza "rockizmu". Tymczasem od lat uważnie obserwuję reakcje wiernych sympatyków McAloona i ich więź z artystą nosi wszelkie znamiona typowo (indie-)rockistowskiej obsesji – na punkcie AUTORA w sidłach własnego perfekcjonizmu. "Geniusz w pełni doceniony jedynie przez garstkę" – przecież przerabialiśmy ten model choćby z Wilsonem, Hollisem, Shieldsem... KULT JEDNOSTKI i kurczowe przywiązanie do utożsamiania tworzywa z twórcą – sorry, ale pomimo klawiszków i septymek to jest właśnie widmo rockizmu w klinicznej formie.

Dla mnie na biegunie przeciwległym od rockizmu jest taka sytuacja, że regularnie puszczam sobie na repeacie "Girlfriend" Billie Piper i przeżywam jakąś emocjonalną dewastację, jakbym katował się na przemian How It Feels to Be Something On i Thirty Heart Attacks a Day. Lecz kwestia autorstwa, kwestia POSTACI która stoi za wywołaniem tego wzruszenia – nie ma w tym odbiorze żadnego znaczenia. Kiedy zerkam na KREDYTY to widzę relatywnie anonimowe nazwiska, które pozostawiają mnie chłodnym – zresztą inne w rubryce "kompozycja" i "tekst", a inne w rubryce "produkcja". Sama wokalistka pod kątem ZAIKSÓW nie ma z tym nagraniem nic wspólnego. Co więcej, ja o niej wiem niewiele i nie czuję potrzeby tego nadrabiać. Zupełnie "bezkontaktowa" relacja z "podmiotem lirycznym".

W ogóle każde dziecko rozumie przecież, że to taśmowy produkt mainstreamowy, wytwór bezdusznej fabryki showbizu, obliczona na masową konsumpcję i monetyzację PAPKA. A jeśli ktoś podczas jej słuchania obcuje z jakimśtam "pięknem", to nie bardzo ma za to piękno kogo wyidealizować, oprawić sobie w ramki i powiesić na ścianie z dopiskiem: OTO WIELKI TWÓRCA. Nawiasem mówiąc inne dokonania Billie "spływają po mnie jak woda po kaczce", a do samego "Girlfriend" nie powracam z powodu sentymentu do konkretnej osoby która dzieli się ze mną jakąś osobistą PRAWDĄ, tylko z czysto estetycznej potrzeby zanurzenia głowy w pewnym specyficznym układzie dźwięków i słów, które działają na mnie w taki i owaki sposób.

Podobny mechanizm działa w przypadku "Zatrzymaj czas" Agnieszki Maciąg, mojej ulubionej polskiej piosenki, a ponoć wyciągniętej "z publishingu", z "banku" muzycznych gotowców. Bezosobowość autorów sprawia, że kocham "Zatrzymaj czas" jeszcze bardziej. Oddzielenie dzieła od twórcy gwarantuje poznawczy PURYZM, nieskażony "fanowską" perspektywą. I w takim najgłębszym sensie to właśnie jest dla mnie esencja "poptymizmu" – że słucham muzyki, a nie muzyków ("to jest właśnie tradycja... że nam MUSZĄ oddać"). Historycznie ta "użytkowa" funkcja odróżnia kulturowy rezonans rockowej i popowej narracji. Żadna z nich nie jest lepsza, czy gorsza, ale odnoszą się one do ZGOŁA ODMIENNYCH potrzeb, instynktów i wartości.
(2019)

 

BILLY JOEL

 

Fantasies & Delusions (2001, muzyka poważna) 6.0

Billy zabrał się za muzykę na poważnie. Albo, jak kto woli, za muzykę poważną. Właśnie do takiej kategorii należałoby chyba zaliczyć najnowszy album słynnego artysty. Fantasies & Delusions (Music For Solo Piano) jest zbiorem dziesięciu napisanych przez Joela fortepianowych miniatur. Wykonuje je młody pianista wirtuoz, Brytyjczyk Richard Joo. Dla wielu takie wydawnictwo może być sporym zaskoczeniem. Wnikliwi badacze muzycznej biografii piosenkarza wiedzą jednak, że już jako nastolatek Billy studiował klasyczną grę na fortepianie. Sam Joel wspomina: "W wieku lat 15 nie chciałem być pianistą klasycznym, nie chciałem grać dzieł innych twórców, więc zostawiłem muzykę poważną - dziewczynę z sąsiedztwa' - i uciekłem z rock'n'rollem - 'kobietą w kabaretkach na wysokich obcasach'". Łatwo się domyślić, czym Fantasies & Delusions jest dla Billy'ego - odnowieniem znajomości z dziewczyną z sąsiedztwa. Tak więc przez siedemdziesiąt sześć minut słyszymy tu tylko delikatne dźwięki fortepianu. Ale ta płyta, wbrew pozorom, wcale nie nudzi. Można ją ze spokojem polecić także fanom "piosenkowego" Joela, jakiego znali do tej pory. Coś z rock'n'rollowego polotu przedostało się bowiem do tych romantycznych utworów. I nawet, jeśli całość sprawia wrażenie głębokiego pokłonu w stronę dziewiętnastowiecznych kompozytorów, to powinna spodobać się też słuchaczom muzyki rozrywkowej. 
(Tylko Rock, 2001)

 

BING & RUTH

 

Tomorrow Was the Golden Age (2014)

Nie wiem, na ile sugeruję się intrygującym tytułem, ale ten album brooklyńskiego septetu dowodzonego przez pianistę Davida Moore'a zaskakująco sugestywnie odsyła mnie do roku 2003. Chwilami w równym stopniu kojarzy mi się z Radio Amor Tima Heckera, co z ilustracyjnymi przerywnikami Sufjana Stevensa na Michigan. Rzecz dziś rzadko spotykana: "melodyjne ambient classical", które miast demonizować mroki apokalipsy, oswają ją ciepłem i czułością, jakby pogodzone z losem.

 

BLACK HALOS

 

The Violent Years (2001)

A na okładce wyglądają na całkiem rozsądnych...

Dlaczego Jack Endino produkuje takie gówno? Czemu koleś, który jest legendą i produkował w przeszłości Bleach Nirvany, albo Up In It Afghan Whigs przykłada swoją rękę do takiej nędzy? Czy brakuje mu pieniędzy? (Zrymowało się.) No ale przecież chyba dostaje jakieś tantiemy za tysiące sprzedanych egzemplarzy krążków na których grał i realizował? To może jest pracoholikiem i musi nałogowo produkować jakieś płyty, nieważne jakie? Ale przecież na pewno dostaje codziennie dziesiątki ofert od wielu młodych zespołów, może sobie wybierać do woli. Więc dlaczego wybrał takie gówno? 

The Black Halos – czterech kolesi z Vancouver, jest to ich druga płyta. I właściwie na tym mógłbym skończyć recenzję, bo sama zawartość albumu odbiera ochotę na jakiekolwiek pisanie o muzyce. Czterdzieści minut punkowej rypanki i to w dodatku bez żadnego pomysłu. Balansują goście na granicy młodzieżowych riffów, prymitywnej panczerii a la New York Dolls i cięższych klimatów. Wokalista ryczy jak zarzynana krowa, co jest po prostu nie do wytrzymania. Pozorna energia i werwa jest w rzeczywistości nudą i śmierdzi na odległość kiczem. Najlepiej i najbardziej szczerze w całym zestawie wypada cover "Warsaw" Joy Division, co też świadczy o tym materiale.

Ale nie ma takiego wejścia, żeby nie było wyjścia. Przyszło mi właśnie do głowy, że być może dzięki wydawaniu takich śmieci, które pewnie, z racji obecnej popularności w Stanach takiego grania, sporo ludzi kupi, Sub Pop może sobie pozwolić na dystrybucję tak pięknych rzeczy, jak Arde Migali. Czyli dla każdego coś miłego. Hm, może i tak.
(Porcys, 2001)

Legendarny producent, legendarna wytwórnia, solidne rockowe wymiatanie... A jednak czegoś brakuje. Z tyłu okładki tej płyty zamieszczone są małe zdjęcia sprzętu, jakim dysponuje zespół. Jedno z nich przedstawia gitarę, na której napisane jest trochę koślawymi literkami: The Replacements. I to właściwie powinno wystarczyć za całą recenzję. Bo tu chodzi właśnie o pełne energii, punkrockowe granie z głębokim ukłonem w stronę tradycji.

The Black Halos to kanadyjska grupa, pochodząca z Vancouver. The Violent Years jest jej drugim albumem. Niemal wszystkie utwory zeń pochodzące oparte są na prostych riffach i łatwo przyswajalnych refrenach ("Some Things Never Fall", "No Tomorrow Girls", "No Class Reunion").O sile zespołu decyduje potężne gitarowe brzmienie i punkowa werwa płynąca prawie z każdego kawałka. O jego słabości – nadmierne podobieństwo piosenek do siebie i maniera głosowa wokalisty, która w miarę słuchania staje się ciężka do zniesienia. I choć czasem panowie uderzą w nutę bardziej balladową ("Capt. Moody", "50 Bourbon Street"), to brzmienie nadal jest całkiem zgrzytliwe.

Smaku dodaje słynny producent Jack Endino. Kto jak kto, ale on akurat wie, jak obchodzić się z ciętym rockowym graniem. Dzięki niemu The Violent Years tętni życiem. Mimo to, całość wydaje się zbyt monotonna i nużąca, a grupie The Black Halos wyraźnie brakuje własnej tożsamości. Może w przyszłości będzie lepiej?
(Tylko Rock, 2002)

 

BLACK KEYS

 

Brothers (2010, glam/blues-rock) !6.2

Bolan nie grał "muzyki", on w znacznej mierze sam nią "był". Jak rzadko kiedy, w jego songach nie chodziło tylko (a czasem i wcale) o same songi, lecz o dekadencki czar interpretacyjny, nadający im nowy wymiar artyzmu. (Midasowska dłoń Viscontiego też nie szkodziła.) Pomysł na wskrzeszenie tamtej postaci na papierze wygląda super, zwłaszcza jeśli poszerza wyczerpaną już formułę bluesowego revivalu. Ale skoro mimikra dotyczy Bolana, czy mrocznej strony glamu (bo przecież nie jasnej - hitów tu jak na lekarstwo), to miarą jej sukcesu jest "osobowość" i tej Auerbachowi nie wystarczyło. (A i do Viscontiego nieco mu brakuje; doh.) Przywołam stare recenzenckie porzekadło: "jak nie masz kawałków, to miej charyzmę; jak nie masz charyzmę, to miej kawałków" (lol). 

BLACK SABBATH



Vol. 4

Podobnie jak w przypadku Metalliki, zagorzali fani toczą wieczne spory o "jedynie słuszną" hierarchię kanonicznych longplayów formacji. I "czwórka" często dostaje w tych polemikach ostro po ryju – że cieniutki sound, słabo czytelne dolne pasma, brak jakże pożądanej brzmieniowej FANGI W NOS, no i kompletny deficyt prawdziwych hitów. Dochodzą jeszcze legendy o kokainowych EKSCESACH, upojeniach, zamroczeniach i... nagle wyłania się obraz jakiejś "przejściówki" przypadkiem "wysranej psu z dupy" :/ Szczerze? Rozpatrując pięć pierwszych, "zimnych jak głaz" klasyków w dyskografii SABATÓW, zupełnie inne cechy charakterystyczne widziałbym w Vol. 4. W skrócie – debiut rozpowszechnił słuchowiskowy "szatanizm" w rocku (tym samym wynajdując metal), Paranoid ma przeboje z tytułowym proto-punkiem na czele, o zjaranym Masterze niewiele powiem z pamięci, a SBS oferuje cudownie popowego, tytułowego singla. Natomiast ten materiał to ich najbardziej "progresywna" kolekcja. Formy są relatywnie nieszablonowe i pokomplikowane, a co chwila trafia się jakaś asymetria frazy czy wahnięcie metryki (z kulminacją w "Tańcu Świętego Wita" – dobra mózgi rytmiczne, ktoś to policzy tak z marszu?), co w połączeniu z zabójczymi riffami Tony'ego i mellotronowymi przestrzeniami Geezera owocuje przebłyskami straszliwej ekstazy. A może po prostu nazwijmy to po imieniu – ich najbardziej zeppelinowa. Mogę na siłę wskazać trzy wady: uroczo nieporadna ballada OZIEGO którą znają miliony; na papierze intrygujący, choć w sumie zbędny przerywnik elektroakustyczny i średnio wydarzony closer. Ale reszta – MIAZGA. And people better fucking listen!

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=_xFc86tzFG4 (evocative moment: drugi głos wiosła na lejtmotywie)
(2018)

 

BLACK TAPES

 

The Black Tapes (2009, hardcore) 5.6

Znajomy pisał o nich kiedyś: "nie biorą jeńców". Sądziłem, że to hiperbola, ale nie. To naprawdę jest dobre, polskie, surowe napierdalanie we wiosła; nie ma żartów. Przynajmniej tyle z niego zapamiętałem.

 

BLU & EXILE

 

Below The Heavens (2007)

Ok, więc słyszeliście już tysiąc razy, że to nie był zwycięski rok dla hip-hopu. Teoretycznie trudno zaprzeczyć, a to dlatego, że czołowe, mainstreamowe figury gatunku nie spisały się jakoś rewelacyjnie. Ale jak zawsze – jeśli ktoś grzebał głębiej (w sensie – w undergroundzie), to mógł się dogrzebać do miłych niespodzianek. Ja niestety nie wnikałem za daleko, ale już ten oto tytuł trafiłem. Chwalony w obiegu podziemnym, nieobecny na listach przebojów, debiut duetu zaskakuje świeżością w obrębie "pozytywnego" rapu, sytuującego się na przeciwległym biegunie do odmiany "gangsterskiej". Pozytywiści bardziej przynudzają i ciężko złapać ciarki podczas słuchania, ale z drugiej strony ich przekaz jest bliższy statystycznemu wrażliwcowi i potrafią sympatycznie wyluzować. Postacią dominującą jest tu młody MC imieniem Blu (a nie "Blue", jak podkreśla w jednym z wersów – "am blu dabudi dabuda"...) – czarujący kompetencją techniczną i zaskarbiający sobie przychylność odbiorcy szczerością. Exile za gramofonami czerpie garściami z klasycznych sampli – cytuje Nasa, pojawia się Pete Rock czy Common. Otacza bity ciepłą, bujającą mgiełką i funkowym, chilloutowym feelingiem (zbliżając się w szczytowych fragmentach, jak "So(oul) Amazin' (Steel Blazin')", do ujmującego liryzmu). Płyta nieinwazyjna, mało (praktycznie zupełnie nie-) kontrowersyjna, zero strzelanin, raz chyba wyłapałem słowo "dziwka", grzeczni chłopcy generalnie. Scherzinger im nie da.
(Porcys, 2008)

 

BOBBY HUTCHERSON

 

Dialogue (1965)

W sumie to nieco niekomfortowo podejmować mi wątek, który o wiele lepiej ująłby pewnie taki jeden gość od nas z redakcji, co sam aspiruje do miana Hutchersona młodego pokolenia (widziałem i opadła mi szczęka!). Ale ja tu jestem tylko dylematem i sobie słucham i puszczam jak mi się podoba (lol). Pierwsza opcja, jaka nasuwa się komuś stawiającemu dopiero dziesiąte czy dwudzieste kroki w świecie jazza, jazzy, jazzo (taki mój zią z liceum na obozie zimowym kiedyś pojechał tekstem, co utkwił mi we łbie do dziś, cytuję: "jakaś Elza Fitzgerald, klasyka DŻEZA") to personel mocno zbliżony do tego z Out To Lunch. Freddie Hubbard na trąbce, Richard Davis na basie i gwiazda wieczoru oczywiście. Całość zarejestrowano także w tym samym studiu (mityczne konsolety Rudiego Van Geldera) pół roku później niż kamień milowy Dolphy'ego. Jaki z tego wniosek? Chciałbym rzec, iż nijaki, aczkolwiek Blue Note miało w owym okresie swój sound, bez dwóch zdań. W ogóle krytycy rozpływali się nad obecną w partiach "chemią" między muzykami, reprezentującymi przecież odległe zakątki geograficzne (Hill z korzeniami w Haiti, Rivers z Bostonu, Hutcherson z Kalifornii), ale dla mnie to po prostu jeśli ktoś kolekcjonuje esencjonalne nagrania w historii wibrafonu to niech sięgnie obowiązkowo.
(Porcys, 2007)

 

BOWS

 

Cassidy (2001)

Druga płyta eterycznego duetu (szkocki "także-pisarz", serio + tajemnicza Dunka) to wysmakowana kolekcja miniatur głęboko zakorzenionych w estetyce lat dziewięćdziesiątych – gdzieś na pograniczu trip-hopu, synkopowanych rytmów i perłowego, kameralnego avant-popu. Czasem wypada to jak szczyptę mniej zdołowane wczesne Portishead na sennej domówce z Cinematic Orchestra ("Man Fat"), mniej skondensowany Massive z Protection ("Ali 4 Onassis") lub mroczne, leniwe struktury z debiutu Tortoise ("Blue Steeples"). Mgiełki rodem z dream-folku Mazzy Star, ambientu epoki cyfrowej, ksylofonów epoki analogowej i elektronicznie sfazowanego shoegaze'u spod znaku Seefeel też są obecne tu i ówdzie. Wreszcie, album ten zawiera "Wonderland", zaliczaną przez niżej podpisanego do najpiękniejszych impresji minionej dekady. Obserwowanie przebiegu linii basu, stopniowego narastania i rytmicznego rozwoju tej misternej, "dżezawej" opowieści to nie lada przyjemność. To właśnie tu, ocierając się jednocześnie skrzydełkami o żywy jungle, kameralną piosenkowość i post-rockowe rozłożenie akcentów (kulminacja!), Bows najpełniej realizują postulat wskrzeszenia swojego "ojca chrzestnego", arcydzieła Hex, w nieco przystępniejszej, "popowszej" odsłonie. Razem – mimo całkowicie unfocused formy – całkiem niemało. No i tytuł ładny, przypominający o córce Nasha Bridgesa, która po wielu niesfornych wyskokach ostatecznie poszła w ślady ojca, poświęcając się służbie ("niedaleko pada jabłko od jabłoni"). Polecane głęboką jesienią w pakiecie z ciepłym kocem, herbatą miodowo-malinową i rozpalonym kominkiem.
(Porcys, 2010)

 

BRAHU

 

Wchodzę do gry (2007)

Ponad dekadę od zaistnienia na trójmiejskiej scenie czekał Brahu na oficjalny solowy debiut ("Pytasz się skąd jestem? / Skąd się wziąłem? / Skurwysynu, przypomnij sobie starą szkołę"). Jako producent i MC przedstawił solidne g-funkowe gruwy, analogowe bleepy synth-basu, łaskoczące pianinka i nawet dyskretnie wepchnięte gdzieniegdzie sample wokalne z klasyki (Nas w "Skit") – a na tym tle sprawnie i dosadnie nakreślił własną wizję gdańskiego erban lajfstajl. Wiadomo, g-Funk ma do siebie to, że jego środkowoeuropejska, dość niszowa i offsajdowa w sumie wersja pokazana rządzicielom z L.A. wzbudziłaby sympatię i stworzyłaby okazję do wspólnego zjarania. Bo to uniwersalny język płynnych bioder ("Cipeczki do nas się śmieją", "Seks mają wypisany na twarzy" etc.), zdolny skonektować graczy oddalonych geograficznie, kulturowo i zarobkowo. I ta idea sprawdza się w praktyce. Energetyczne luzactwo "M Jak Melanż" nie dość, że nawiązuje do westcoastowych wyczynów a la All Eyez On Me lub Regulate, to jeszcze zabarwia je szczyptą słowiańskiej nostalgii. Dalej, rozbrajają wzmagające dramaturgię staccatto smyki w "Lamusy Się Prują" (zsamplowane z "Deszczu W Cisnej" Prońko), gdzie zresztą Brahu zalicza swoją bodaj najefektowniejszą w stricte technicznym sensie nawijkę, pędząc niczym lanserski cabriolet po pustej, sześciopasmowej autostradzie w słoneczne popołudnie. Do highlightów należą też: kawał suchara na wstępie "Do Chwili Kiedy Umrę" (organowe intro kościelne i zbudowany potem na nim bit), "groźny" (lol) klimat "Odbij" i świeży, wczesno-prinsowski liryk-funk-pop "Robię To Siano" z refrenem Hellen, która na luzie rzuca powyginaną linię refrenu gdzieś między wczesną Madonną a "Part Time Lover", ale słowa ("Nie prosiłem się na ten świat / Lecz muszę żyć / Będę żył dokładnie tak", btw zajebistość że laska śpiewa to w rodzaju męskim, niby znany patent, ale rządzi) skłaniają wręcz do egzystencjalnej zadumy. A gościnne występy poszerzają horyzont w stronę lubialnego chuligaństwa (zwłaszcza Ice Man w "Niektórzy Ludzie" – polecam tę zwrotkę fanom Jurgena Kaczówki). Słabych punktów brak. I teraz banał, ale sam ciśnie się na usta... Jeśli album, który z czysto materiałowego punktu widzenia jawi się prawie-klasykiem krajowych rozgrywek, po dziś dzień pozostaje zajawką nielicznych (głównie środowiska), to... To... To... To sorry. Zakończę więc fragmentem numeru "Mój Rap": "Jebać lamusów, gwiazdy hip-hopolo / I wszystkich tych, którzy ten klimat nam pierdolą".
(Porcys, 2010)

 

 

BRAZILIAN OCTOPUS

 

Brazilian Octopus (1969)

Gościu o nazwisku Hermeto Pascoal mógł wam się obić o uszy za sprawą udziału w przedsięwzięciu Milesa pod tytułem Live Evil – jak pamiętacie, długaśne kwaśne jamy uzupełniały tam statyczne miniaturki i właśnie w nich mieszał on, a jedną ("Little Church") nawet sam napisał. Jednakże rok wcześniej poczciwy kolo o wyglądzie kloszarda-schizofrenika z siwą brodą do kolan wymiatał straszliwie ze swoim bendem Brazilian Octopus na ich self-titled. Udało się tej ferajnie ukuć progresywną muzyczkę bez śladu zadęcia czy ambicji – czysty przepływ ciepła i pozytywnej energii. Półgodzinna seria inteligentnych, asymetrycznych figur w ślicznej instrumentacji (ksylofony, fleciki, klawiszki, co chcecie) jest spadkobiercą bossanovy, lounge'u Friends i quasi-funku soundtracków do filmów animowanych typu Tom & Jerry, ale antycypuje właściwie wszystko co po niej świeże, lekkie, z gracją, przejrzyście popowe i kolorowe.

A konkretnie? Pat Metheny z cudownego okresu Letter From Home ("Gosto De Ser Como Sou", "Casa Forte"), tony kiczowatych składanek pod wspólnym szyldem "tropicana" tudzież "chilout latino" ("As Borboletas", "Canção De Fim De Tarde") oraz zwłaszcza (!) Stereolab od Emperor do dziś, ze szczególnym naciskiem na Cobrę ("Summer Hill", "Canção Latina"). Co paradoksalne, bezpretensjonalność easy-listeningu przyprawiona zostaje autentycznym artystycznym nerwem i ambiwalencja ta ociera się o ideał. Każdy w tym feature próbuje coś wylansować, ale zapewniam – żadna pozycja nie sprawiłaby tyle namacalnej radości, co to. Po prostu nie umiem sobie wyobrazić żeby ktoś natychmiast, z uśmiechem na japie, nie pokochał tego albumu, niezależnie od upodobań stylistycznych. A płyta ponoć nie doczekała się jeszcze wydania kompaktowego (kolega kolegi kolegi zgrał ją z winyla), więc kiedy nadejdzie hype i dziewiątkowe noty dla reedycji, my już od dawna brylujemy w hamaku, no nie?
(Porcys, 2007)


BRIGHT EYES

 

Lifted or The Story Is in the Soil, Keep Your Ear to the Ground (2002, indie rock) 6.5

Pamiętacie concept-albumy? Takie dziełka, pół-muzyczne, pół-literackie. Niby zestaw utworów, ale połączonych ze sobą jakimś wspólnym sensem, a nieraz nawet historyjką. Zjawisko samo w sobie ciekawe, zwłaszcza, gdy na obu płaszczyznach artyści mieli coś wartościowego do zaoferowania. Na przecięciu dwóch form wypowiedzi powstawały kilkakrotnie wybitne, nowe sposoby przekazania rockowym słuchaczom ważnych treści. Płyty pokroju Tommy, Berlin, Lamb Lies Down On Broadway, czy The Wall są elementami kanonu, głównie dlatego, że teksty naprawdę coś opowiadały i efektywnie współgrały z muzyką. Że były to zwykle gorzkie wyznania, to inna sprawa. Dziś jednak najważniejsze wydają się dwie rzeczy. Po pierwsze, wyraźny wpływ idei "potwora lat siedemdziesiątych", jak określano płyty koncepcyjne, na świadomość twórczą kolejnych pokoleń; po drugie zachowanie ciągłości, odświeżanie tradycyjnej formuły i dostosowanie jej do współczesnych standardów.

Tak się bowiem składa, że Conor Oberst, lider i właściwie mózg projektu podpisującego się Bright Eyes, jest wyjątkowo zainteresowany w eksplorowaniu możliwości owej formuły. Już przecież przy drugim krążku, Fevers And Mirrors, zwracano uwagę na taką właśnie strukturę lirycznej narracji, rzadko spotykanej niedawnymi czasy w (zwłaszcza) niezależnej muzyce. Podkreślano niezwykle młody wiek twórcy (dziś ma dwadzieścia dwa lata), predestynujący go raczej do punkowego wymiatania, niż poetyckiego splatania poszczególnych wątków w logiczną całość. Jasne, Yankee Hotel Foxtrot też można nazwać concept-albumem, ale wtedy to i tak tylko kolejny wyjątek potwierdzający regułę, że dziś trudno stworzyć swoją Quadrophenię przed skończeniem trzydziestki.

Oberst ma widocznie te rozważania w nosie, bo na trzeciej dużej płycie sygnowanej Bright Eyes, zatytułowanej Lifted, konsekwentnie brnie we wcześniej obranym kierunku i nie pozostawia złudzeń co do faktu, że zasługuje na miano kontynuatora Townsenda, czy Watersa. Trzynaście pieśni wypełniających Lifted składa się na pasjonującą, dramatyczną, choć wtórną (może lepiej: typową) tematycznie książkę. Mówię o książce, nie tylko dlatego, że graficzna oprawa albumu nasuwa takie skojarzenia. Także sposób narracji, preferowany przez Conora, niejasny, rwany, przypominający chwilami monolog wewnętrzny, odpowiada bardziej literackiej stylistyce (podczas, gdy wyżej wspomniane klasyczne tytuły mają w sobie więcej z filmu). Poniżej chciałbym pozwolić sobie na krótkie streszczenie tej hermetycznej, acz wciągającej historii, w której każdy z nas może odnaleźć coś ze swoich rozterek. (Kolejne akapity odpowiadają treści następujących utworów. Narratorem jest Oberst.)

Na wstępie zaznaczam, że będę chciał opowiedzieć wszystko dokładnie. Nic mnie nie powstrzyma, gdyż czuję takie powołanie, a na dodatek kocham śpiewać. Lepiej przecież otworzyć się ze swoimi problemami, niż zamykać się w sobie. Czuję, że mgła ciemności została rozwiana, mam pełną klarowność i zapraszam was do miasta, w którym się urodziłem.

Ta historia nie ma początku. Jak pamięcią sięgam, pragnąłem zawsze jednego: grać, śpiewać, nagrywać płyty. Nieważne było, co przyniesie jutro. Liczyła się atmosfera bieżącej chwili. Przyjaciele, przygoda, emocje...

Sądzę, że przyszedłem na świat tylko po to, by obcować z muzyką. To ona od początku nadawała sens moim poczynaniom. Była osobną rzeczywistością. Tak, piosenki, alkohol, spotkania ze znajomymi – dzięki tym namiastkom mentalnej wolności udało mi się jakoś przetrwać gnuśne dorastanie.

Dziewczyna. Musiała się pojawić w tym opowiadaniu. Tradycyjne młodociane dylematy: czy jesteś miłością mojego życia? Często mam wątpliwości. W końcu jesteśmy tylko dzieciakami. Pamiętasz, jak pierwszy raz cię pocałowałem? Mówisz: odchodzę, zajmij się innymi kobietami, ale wiem, że jesteś jak bumerang – wrócisz do mnie. Wrócisz, prawda? Wrócisz?

Teraz chcę kochanki, której nie będę musiał kochać sercem. Mam forsę, mam forsę! Jeśli tylko znajdziesz czas, mam forsę.

Otrzymałem kolejną lekcję od życia: wszyscy jesteśmy sami na tym świecie. Trzeba zatem pomagać sobie nawzajem. Krótka rozmowa z drugim człowiekiem, "terapeutyczny" uśmiech, potrafią nieraz czynić cuda i są bardzo wskazane.

Śmierć. Jakże niepewny to temat. Kiedy nadejdzie? Czy pojawi się zbawca? Czy to prawda, na marginesie, że zginął za nas wszystkich? Czy w ogóle zginął? Nie znasz dnia, ni godziny. Nagle zgaśnie słońce, wszystko rozpłynie się w czerni. Ale dlaczego? Proszę o wyjaśnienia, bym lepiej tę zagadkę zrozumiał.

Nadszedł czas zmian. Zdecydowanych, odważnych kroków. Lecz jestem chyba zbyt strachliwy. Wygodniej jest pozostać w komfortowej nieświadomości dziecięctwa, łatwo wracać myślami do beztroskich szkolnych lat. Tak bardzo chciałbym znaleźć kogoś, kto pomoże mi przejść przez życie. Ale będzie tak, jak ma być. Nie można odmienić przeznaczenia.

Pogódźmy się nareszcie z tym, że nasza miłość ostatecznie umarła. Zestarzała się, wytarła w nas. Ale nie czas teraz na zmartwienia: idź, biegnij ku temu, którego naprawdę kochasz. I uwiedź go swym wdziękiem, zwiąż swym urokiem. A on stanie się takim samym niewolnikiem, jakim byłem ja.

Mam kumpla, który składa się głównie z bólu. Ma wielki talent plastyczny, powiedziałem mu to, lecz on odparł: nie, nie, we mnie nie ma żadnego piękna; jestem wypalony, stracony dla świata. Czy wiedzieliście, że miłość jest jak loteria? Jednego dnia wypadnie twój numer, innego nie. Trzeba czekać i trzymać kciuki przed następnym losowaniem. Tego tylko chcę: być kochanym i wierzyć w swą duszę.

Przeszedłem przemianę wewnętrzną. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem kogoś innego. Teraz patrzę w słońce i czekam, aż ono eksploduje. Nieistotne, jak skończy się ta pieśń. Kiedyś znajdziemy drogę ucieczki i będziemy wolni.

Laura, czy wiesz, że byłaś najsmutniejszą piosenką w kształcie kobiety? Niech wspomnę, jak twoja siostra poprosiła mnie, bym się tobą opiekował. A ja ją zdradziłem. Chyba zadzwoniłbym dziś, gdybym wciąż miał twój numer. Zabawne, ale zawsze byliśmy do siebie podobni; choćby to, że oboje nie jadaliśmy kolacji...

To miasto doprowadza mnie do szaleństwa. Ambicja jest najsmutniejszą drogą do porażki. Dlatego nie czytam recenzji – nie, nie śpiewam dla ciebie! Nauczyciele? Nie mam do nich pretensji, w końcu miałem piątki. Zaraz, a telewizja? ABC, NBC, CBS. Gówno to warte. Mówią nam prawdę, czy kłamią? Dość już. Gdy po raz pierwszy usłyszałem słodki dźwięk skromności, tak wdzięczny byłem, że mogłem stać się częścią tej tajemnicy: kochać, być kochanym. Miejmy nadzieję, że to wystarczy.

Całkiem dojrzałe jak na dwudziesto dwu latka, nie? Momentami szokujące wręcz w swojej szczerości. Celowo zredukowałem opowieść Conora do absolutnego minimum, także jakościowego. Nie chciałem bowiem dokonywać przełożenia, interpretacji, lecz jedynie suchego zarysu problemów poruszanych przez zdolnego writera w Lifted. Stąd też musi to wyglądać na niezłą grafomanię, godną Whartona, czy innych "mistrzów" gatunku. Zapewniam wszak, że Oberst dysponuje tak bogatym materiałem językowym, tak wyczulonym zmysłem obserwacji, że wersja oryginalna (dostępna w całości we wkładce) robi wrażenie wspaniałego fragmentu prozy, uwrażliwionej na wszelkie cechy swoiste tekstu literackiego. Samo "czytanie" Lifted dostarcza sporej przyjemności i za samą pisaną warstwę dzieła należą się młodemu Conorowi gratulacje. A muzyka?

Muzycznie Lifted jest mieszaniną alt-countrowych ascetycznych ballad (gitara, głos), ostrzejszych, rockowych numerów głęboko zakorzenionych w amerykańskiej tradycji, oraz podniosłych, rozdmuchanych songów, czasem przesadnie zorkiestrowanych z użyciem rozległego wachlarza brzmień, od sekcji dętej, przez smyki, aż po różnorodne chóry. Sprawiać to mogłoby wrażenie chaosu, lecz tak nie jest. Kilka chwil jest znakomitych, naprawdę poruszających (refren "Method Acting", walczykowate "False Advertising", motyw główny "Lover I Don't Have To Love"), inne trzymają przyzwoity poziom, zwykle dopasowując się do nastroju tekstów, stanowiąc ich ciekawą oprawę. Zdarzają się dłużyzny, stąd Lifted nie przypadnie do gustu każdemu. Trzeba mieć w sobie dużo zaangażowania i cierpliwości, by przebrnąć przez tych siedemdziesiąt minut. Ale mimo wielu niedociągnięć, Oberstowi i spółce należą się brawa. Za to, że kreatywnie rozwijają gatunek, który swe najlepsze lata ma za sobą. Za odwagę, niezależność i determinację. Tak trzymać Conor.
(Porcys, 2002)
 

BURNING AIRLINES

 

Mission: Control! (1999, post-hardcore) 7.6

✂ "Carnival", "Wheaton Calling", "Pacific 231", "The Escape Engine"

Identikit (2001, post-hardcore) 6.4

✂ "A Song With No Words", "Tastykake"

BURNING SPEAR

Marcus Garvey

Taka kochani chodzi anegdota... Parę lat temu znalazłem się przypadkiem na "zagranicznym" live AKCIE "nowoczesnego" reggae – outdoor, w sympatycznych i SUTO ZAKRAPIANYCH okolicznościach jednej z miejscówek nad Wisłą. "Koncercik" był spoko, a między piosenkami uśmiechnięty wokalista obcokrajowiec zachęcał do miłości dla muzyki reggae, więc kiedy już zszedł ze sceny, to zagadałem doń, wręczyłem iphone'a z otwartą pustą notatką i poprosiłem, żeby napisał mi swoje trzy ulubione płyty reggae, bo chętnie się podedukuję. Kolesiowi mina zrzedła, zaczął się głowić, STĘKAĆ, KWĘKAĆ (zero kumacji z mojej strony...) i ostatecznie zostawił mi coś takiego:

– randy valentine

– i octane



Serio, klimaty "mola książkowego". Jak widać problemy z wybraniem dobrych płyt reggae mają nawet czynni, praktykujący miłośnicy tego gatunku <palacz> Ja w takich sytuacjach – choć cenię wokalną charyzmę Congos, podziwiam studyjną maestrię Scratcha i nawet lubię melodykę kilku hymnów Marleya – od dawna wskazuję na opus magnum Winstona Rodneya, zadedykowane kultowemu jamajskiemu aktywiście, który zapoczątkował ruch Rastafari ("kim jest ten Marcus Garvey z płyty Burning Spear?"). Dlaczego? Sprawa, rzekłbym, rozgrywa się tu dwutorowo – trochę chodzi o produkcję, a trochę o (tak, tak) kompozycje. Przestrzenność tego materiału we wszystkich pasmach (nie tylko w dole) sprawiła, że całkiem rozsądnym komentatorom zdarzało się porównywać ją do fusion i krautrocka (mój werdykt: zbadałem WIDMO i na gruncie czysto SONORYCZNYM faktycznie okupuje ona wąską niszę między On the Corner, a Future Days <palacz>).

Natomiast w zakresie kategorii "songwriting, gościu" ten afrykański w feelingu, równie esencjonalny co rozpolitykowane standardy Feli album oferuje nie tylko zaraźliwe refreny typu "dooo yooo remembah the daaays of slaaavery", "noooone remembah old Marcus Garvey" czy zjawa hooka "gdybym WIE-dział to co wiem..." Kazika w "The Invasion", podbijane giętkim basem Robbiego Shakespeare'a. Bo (nie zaczyna się zdania od "bo") im dalej w las, tym septymowiej, a druga strona winyla obfituje w fajerwerki – mam na myśli okazjonalme tryby spoza tematu w "Tradition", jazzujące intra w "Jordan River" i "Red Gold and Green", a zwłaszcza mega sprytny, solidnie wyrafinowany closer "Resting Place", który zakrawa już nawet na miano sophisti-reggae. I co ciekawe mimo tych smaczków całość zachowuje tak bardzo rootsowy WAJB, jak tylko się da. Można? Można.

A znać należy również hauntologiczny NEGATYW tej płyty czyli Garvey's Ghost – zgodnie uznawany za jedną z zasadniczych egzemplifikacji metody miksu zwanej "dub".

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=91F5dgJehx4 (evocative moment: sam start – kiedy pierwszy raz słuchałem, to podrapałem się po głowie – "co ja pacze, Scritti?")

 

BURIAL


Ktoś pytał mnie, czy wzmianka o Untrue w pierwszej części felietonu na temat gitarocentryzmu oznacza, że polubiłem muzykę Buriala. NIE, nadal uważam, że Bevan powinien zająć się wizualiami albo multimediami, bo jak dotąd smykałki czysto muzycznej nie ujawnił. Nie podobają mi się nagrania Buriala i zdecydowanie wolę "drugą falę" dubstepu. Natomiast użyłem Untrue jako przykładu ekstremalnie anty-rockistowskiej płyty, której też można słuchać jak "dzieła", na słuchawkach, w całości, od deski do deski ("po rockistowsku") - bo chciałem uwolnić termin "rockizm" od mało szczęśliwej identyfikacji z "albumo-centryzmem". Oczywiście nie żywię żadnej urazy do Buriala i kto wie - może jego trzeci LP mi przypasuje.
(2011)

 

BYRDS

 

Younger Than Yesterday

Czwarty longplay okupuje specyficzną niszę w hierarchizacji i wartościowaniu dyskografii zasłużonej kapelki z L.A. Nie tak świeży jak wczesne folk-rocki, nie tak zuchwale nowatorski jak Fifth Dimension, nie tak eksperymentalny jak Notorious B.B. i nie tak historycznie wpływowy jak Rodeo, mój ulubiony w ich dorobku Younger Than Yesterday jest też najbliżej bycia po prostu "obiektywnie najlepszym" albumem Byrds – o ile w ogóle powinniśmy uruchamiać tu rodzaj krytycznego neopozytywizmu i stosować parametr jakiegokolwiek obiektywizmu. Ale uczciwie spójrzmy – YTY to jakby geometrycznie wymierzony punkt przecięcia wszystkich wątków, przez które grupa gdzieśtam się "przepultała". A do tego poparty najrówniejszą kolekcją, złożoną z ich najstaranniejszych songów, ułożonych w logicznej kolejności.

To rzadki przypadek sławnej płyty, którą znacznie wygodniej rozebrać na piosenkowe czynniki pierwsze, niż wpisywać w jakąś przewodnią "grand theory". A różnorodność stylów pozwala na smaczne wyliczanki. Rozwiewający wiatr we włosach, ironiczny opener (na trąbce Hugh Masekela), zaskakujące, dźwiękowe sci-fi w skocznym "CTA-102", słynne, chwytliwe "Renaissance Fair" które literalnie wynalazło Stone Roses dwie dekady wcześniej, a obok zamglone nastroje Crosby'ego w szlachetnej perełce "Everybody's Been Burned" i niesłusznie dezawuowanym, psychodelicznym odjeździe "Mind Gardens", zaskakujący autorski debiut Hillmana (w tym pierwsze symptomy oczarowania country) oraz tradycyjnie zmieniony przez McGuinna na 4/4 cover Dylana z pamiętnym wielogłosem w chorusie. Całość okraszona podejrzanie niebanalnymi basami, Rickenbackerami puszczanymi od tyłu i cytatami z Szekspira. File under: you can't go wrong.
(2017)

The Notorious Byrd Brothers

W UK historycy twierdzą, że słowa "eklektyczny" po raz pierwszy używano nagminnie, gdy na scenę weszło Roxy Music. W USA uważają, że trochę wcześniej – przy premierze piątego KRĄŻKA Byrdsów. Można te niespełna pół godziny odczytywać jako ich "elektroniczny" album, z powodu hojnego zastosowania Mooga i zamiłowania producenta Gary'ego Ushera do rozmaitych studyjnych manipulacji. Ale popularny Notorious to również ambitna propozycja subtelnej syntezy wszytkich wynalazków hippie-popu na tym etapie – acid rocka, hinduskiej ragi, "fryzjerskiej" oprawy wokalnej i oczywiście coraz wyraźniejszych wpływów country, które już wkrótce okaże się azymutem dla kolejnej inkarnacji grupy. Smakowite apogeum eksperymentacji składu dowodzonego przez McGuinna i Hillmana i żelazna referencja dla wszystkich poszukujących indie bohaterów wyrastających z trad-rocka, od R.E.M., przez Wilco po Marka Eitzela.
(2017)